Pod adresem Unii Europejskiej płynie głównie krytyka.

Że jest słaba. Bez wsparcia silnego sojusznika, jakim są Stany Zjednoczone, zostanie „zjedzona” przez Rosję. Albo że jest uzależniona od Chin – i przeistacza się w muzeum dla azjatyckich turystów oraz rynek zbytu dla tamtejszych koncernów. 

Amerykańska administracja oskarża europejskie elity o celowe odchodzenie od „zachodniej cywilizacji” czy łamanie wolności słowa. Rosjanie o to, że Europejczycy są wojennymi podżegaczami, wspierającymi „nazistowski” reżim na Ukrainie.

Do grona krytyków dołączył także prezydent Wołodymyr Zełenski, który podczas przemówienia w Davos wytknął Europie brak decyzyjności i przekładanie wiecznego deliberowania nad realne działanie. 

Problem polega na tym, że te zarzuty nie uwzględniają skali zmian, jakie zachodzą w Europie. 

Europejska impotencja kontra amerykańskie zdecydowanie

Ukraińców zrozumieć nietrudno. Z ich perspektywy – walczących na froncie bądź marznących w mieszkaniach w efekcie rosyjskich ostrzałów – ciągnące się tygodniami konsultacje w Brukseli są groteskowe. 

Zełenski co rusz próbuje więc wstrząsać europejskimi sumieniami i jednocześnie wkradać się w łaski amerykańskiego prezydenta. Wykorzystuje przy tym lubianą przez Trumpa retorykę.

Polityczne połajanki są jednak obliczone na dyskontowanie bieżących emocji, czego sukces mierzony jest „klikalnością”. Ukraiński prezydent zestawia więc europejskie niezdecydowanie z amerykańską gotowością do użycia siły, dając za przykład przechwycenie przez Stany Zjednoczone tankowców z rosyjską banderą w ramach morskiej blokady Wenezueli. 

W stosowaniu tego rodzaju porównań Zełenski nie jest odosobniony. Tyle tylko, że ten zabieg retoryczny zafałszowuje rzeczywistość.

Przez ostatnie cztery lata UE – i tworzące ją państwa, wraz z Norwegią czy Wielką Brytanią, wielokrotnie działały niezwykle skutecznie na rzecz obrony Ukrainy. 

Od samego początku pełnoskalowej agresji Europa wspiera bezpośrednio Kijów i miesza szyki Moskwie. Od ponad roku w znakomitej większości finansuje pomoc wojskową i gospodarczą dla Ukrainy. Przez ten czas Europejczycy podejmują także wysiłek – nieraz za pomocą estetycznie wątpliwego lizusostwa – na rzecz zdystansowania Trumpa od pomysłu resetu z Rosją. 

UE zdaje się wychodzić ze słusznego założenia, że porzucenie obranego przez nią kursu będzie nie tylko tragedią dla Ukrainy – ale również postawi pod znakiem zapytania dalsze losy europejskiej Wspólnoty.

Koniec „westsplainingu”?

Wbrew obiegowej opinii, rosyjscy oficjele nie kłamią za każdym razem kiedy otwierają usta. Grzmiąc o tym, że to Europa jest główną przeszkodą na drodze do porozumienia pokojowego z Ukrainą, paradoksalnie mówią, jak jest. Dlatego, że pokój w rosyjskim rozumieniu jest tożsamy z kapitulacją Kijowa i zmianą władzy w państwie. 

Dla Kremla europejskie podżeganie wojenne jest równoznaczne ze wsparciem dla Ukrainy. Pomagając jej, Europa zmieniła paradygmat myślenia o swoim bezpieczeństwie. Zaledwie pięć lat temu Rosja była dla UE kluczowym partnerem handlowym, bez którego trudno było sobie wyobrazić funkcjonowanie unijnych gospodarek. Teraz Rosja to zagrożenie, które popycha Wspólnotę do budowy zdolności obronnych.

Można wątpić w trwałość tej zmiany. Jednak nie sposób zaprzeczyć, że unijny mainstream przyjął do pewnego stopnia punkt widzenia będący przez lata udziałem Polaków czy Estończyków. 

Przez lata przepaść w postrzeganiu Kremla przez wschód i zachód UE zdawała się nie do zasypania, stanowiąc źródło frustracji i poczucia osamotnienia przedstawicieli wschodnich krajów w unijnych strukturach. 

Ta „easternizacja” polityki unijnej jest widoczna w pracach Komisji Europejskiej, uchwałach Parlamentu Europejskiego czy na poziomie decydentów państw członkowskich. Postawienie na stanowisku szefowej unijnej dyplomacji Kai Kallas – Estonki, która według opinii pewnego anonimowego unijnego biurokraty ma „jeść Rosjan na śniadanie” – dowodzi, że ci, którzy kiedyś byli klasyfikowani jako „rusofobi”, teraz mają możliwość nadania tonu.

Oczywiście można mieć zastrzeżenia do Kallas o to, że skupia się głównie na kwestii wojny rosyjsko-ukraińskiej kosztem innych spraw, co rodzi ryzyko „odbicia wahadła” przy następnej kadrowej rotacji. Niemniej, tezy o odgórnym dyskwalifikowaniu głosu wschodniej części Wspólnoty mają coraz mniej sensu – tym bardziej, że agresja Rosji wskazała na to, że to właśnie po stronie wschodu UE leży racja. 

Dla Moskwy stanowi to urzeczywistnienie jednej z większych obaw: wypełnienie systemu zachodnich sojuszy treścią przez tych, którym obawy przed Rosją zaszczepiono krótko po narodzinach. 

Sankcje działają 

Gdyby ta zmiana paradygmatu nie była poparta czynami, można by ją uznać za retoryczną wydmuszkę. I tu pojawia się standardowa argumentacja, że Europa jest w stanie wysyłać jedynie dywizje składające się z nadziei i wyrazów zaniepokojenia. 

W rzeczywistości UE od początku pełnoskalowej inwazji zmusza Rosję do ponoszenia realnych kosztów poprzez instrumenty sankcyjne. Krytycy wyśmiewają liczbę pakietów sankcji (obecnie proceduje się ich dwudziestą odsłonę), które rzekomo nijak nie wpływają na rosyjską gospodarkę. 

To teza kłamliwa – od połowy 2024 roku widzimy narastające problemy gospodarcze najeźdźcy, a unijne restrykcje są ich kluczowym źródłem. 

Założenia europejskich sankcji są dość proste. W porównaniu ze Stanami Zjednoczonymi – które za pośrednictwem dolara mogą oddziaływać na większość gospodarek świata – Europa dysponuje przede wszystkim siłą własnego rynku. A Rosjanie czerpali z niego ogromne zyski. Należało zatem odciąć im do niego dostęp. 

Do tej pory najbardziej bolesne dla Kremla jest embargo na morskie dostawy rosyjskiej ropy. Zamknięcie unijnego rynku skazało Rosjan na sprzedaż ropy Indiom i Chinom, zmuszając do znacznej obniżki cen. Według wyliczeń Kyiv School of Economics, od marca 2022 roku do końca 2025 roku dyskont na rosyjską ropę przyniósł Kremlowi blisko 175 miliardów dolarów straty. Dla porównania, szwedzkie SIPRI ocenia realne wydatkowanie Rosji na wojnę w zeszłym roku na poziomie około 150 miliardów dolarów.

Co ciekawe, embargo odbiłoby się na rosyjskim budżecie jeszcze mocniej, gdyby nie amerykańska obawa o wzrost cen ropy jako takiej. W 2022 roku administracja Bidena przeforsowała mechanizm limitów cen, który umożliwił zachodnim podmiotom eksport surowca z Rosji, jeśli jego cena mieściła się poniżej ustalonego poziomu. Mechanizm ten rozmiękczył siłę embarga. 

Na kryzys rosyjskiej gospodarki wpłynęło także wycofanie się części europejskich firm z rynku, embargo na import węgla, odłączenie rosyjskich banków od systemu płatności SWIFT czy szereg innych obostrzeń wprowadzonych przez Europę w koordynacji z sojusznikami (a czasem i bez).

Szczególnym przypadkiem jest drastyczne ograniczenie dostaw rosyjskiego gazu do UE. Jego udział w unijnym koszyku importu spadł z przedwojennego poziomu blisko 40 procent do 12 procent w zeszłym roku. Kreml stracił zachodni rynek na własne życzenie, bo chciał zaszantażować Europę. W efekcie uniemożliwił Gazpromowi prowadzenie sprzedaży przynoszącej od 20 do 30 miliardów euro rocznie. 

Ku rozczarowaniu Rosjan, bez ich gazu UE wcale nie zamarzła, tylko się od niego uniezależniła. I oczywiście, można mieć do Europy zarzuty, że derusyfikacja energetyczna następuje za wolno. Zarówno gaz, jak i ropa są wciąż dostarczane na rynek europejski za pomocą dwóch rurociągów. 

Postęp w tej sprawie komplikuje jednak opór tych państw, które co do zasady nie chcą odejścia od importu węglowodorów z Rosji – szczególnie Węgier. Mimo to Komisji Europejskiej, wraz z aktywnymi na tym obszarze państwami członkowskimi, udaje się sukcesywnie zacieśniać reżim sankcyjny. 

Również w kontekście procedowania restrykcji widać zmianę wewnątrzunijnego paradygmatu. Bruksela zdołała sprawnie nałożyć sankcje na obie nitki Nord Streamu bez niemieckiego oporu. Z drugiej strony, uchwalone w grudniu zeszłego roku – i forsowane przez Komisję od samego początku inwazji – rozporządzenie o całkowitym odejściu od rosyjskiego gazu do końca 2027 roku ma zostać zaskarżone przez Słowację i Węgry.

Konsekwencja mimo przeszkód

Regularne uchwalanie pakietów sankcyjnych charakteryzuje prawidłowość, która ma znaczenie w konfrontacji z Rosją: konsekwencja. 

Ciągła dyskusja nad wdrażaniem kolejnych środków mających na celu degradację rosyjskiej gospodarki pokazuje Rosji, że nadzieje na wyłamanie się Europy z proukraińskiego bloku są płonne. 

Jest to szczególnie ważne ze względu na rosyjską kalkulację złamania oporu Ukraińców na skutek stopniowego odwracania się sojuszników. 

Poszukując nowych metod nacisku na Rosję, UE działa coraz odważniej. Chociażby poprzez eksplorowanie możliwości stosowania „sankcji wtórnych”, a więc karania podmiotów z państw trzecich za obchodzenie unijnych restrykcji – na przykład Chin czy Indii. Wcześniej Bruksela była bardzo zachowawcza, jeśli chodzi o stosowanie kar o charakterze eksterytorialnym.

Równie dużą zmianę stanowi aktywna polityka na rzecz zwiększenia twardego bezpieczeństwa po dekadach odcinania kuponów z „dywidendy pokoju”. Tutaj UE ma pełnić rolę komplementarną do NATO. Finansuje transfery broni dla Ukrainy i udziela krajom członkowskim wyjątkowych w swoim rozmiarze pożyczek na zakup uzbrojenia.

Finansowa broń atomowa

Bezprecedensowe było także pozbawienie Rosjan ich własnych pieniędzy. Zamrożenie rosyjskich rezerw finansowych przez kraje G7 w reakcji na inwazję na Ukrainę przyjmuje się obecnie za rzecz naturalną. Tak samo, jak przekazywanie odsetek z tych aktywów na rzecz Ukrainy. 

Opinia publiczna, jak gdyby nigdy nic, przeszła nad tym do porządku dziennego. Jednak unijna „weaponizacja” finansów na taką skalę – około 200 miliardów euro należących do innego państwa – jeszcze niedawno była nie do pomyślenia. Głównie ze względu na ryzyko dla europejskiego systemu finansowego i rażącą ingerencję w prawo własności. Niemniej, rezerwy błyskawicznie zablokowano przy konsensusie państw członkowskich.

Znaczenie tej decyzji jest obecnie umniejszane tym, że do tej pory nie zdecydowano się przeznaczyć całości zamrożonych aktywów na rzecz Ukrainy. Ma to być kolejny dowód unijnej niedecyzyjności. W grudniu ubiegłego roku tak zwanej pożyczce reparacyjnej w oparciu o rosyjskie aktywa sprzeciwiła się Belgia, w której zgromadzono lwią część tych środków. 

Jednak szklanka jest jednocześnie do połowy pełna. I tak udało się znaleźć rozwiązanie zabezpieczające znaczną część ukraińskiego zapotrzebowania na pomoc finansową na dwa lata – to kredyt od UE oparty o wspólny dług. 

Co więcej, rosyjskie aktywa zamrożono bezterminowo. Zwolniło to UE z konieczności przedłużania ich statusu co pół roku. W przeszłości Węgry groziły w tej sprawie wetem. Samych rosyjskich środków nie ruszono, ale nie można wykluczyć, że dyskusja na ten temat powróci.

Błąd poznawczy Kremla

Przy tym wszystkim należy przyznać, że europejska polityka wobec Ukrainy i Rosji nie jest pasmem niekończących się sukcesów. Po czterech latach konsensus osiąga się coraz trudniej. Świadczy o tym chociażby odstąpienie od wspólnego zadłużenia na rzecz Ukrainy przez trzy unijne kraje: Węgry, Słowację i Czechy, czy węgierskie weto wobec wydzielenia tych środków. Mimo to, ustawiczne przedstawianie Europy jako aktora bezwolnego i niedecyzyjnego – tak jak to zrobił Zełenski – jest po prostu niezgodne z rzeczywistością. 

Taki zarzut jest też, z punktu widzenia Ukrainy, lekkomyślny. Od momentu powrotu Trumpa do władzy ciężar wsparcia dla Ukrainy – zarówno wojskowy, jak i finansowy – wzięła na siebie przede wszystkim Europa. Lukę po pomocy amerykańskiej udaje się, póki co, zapełnić dzięki bezpośrednim transferom i kupowaniu amerykańskiego uzbrojenia w ramach NATO-wskiej inicjatywy PURL (Prioritized Ukraine Requirements List). 

Nie są to mechanizmy idealne. W przypadku pozyskiwania sprzętu z USA widoczny jest rozziew pomiędzy tempem realizacji dostaw pomiędzy konkretnymi państwami. Na tym tle Skandynawowie, przodujący w wydzielaniu środków, wzywają pozostałe kraje Sojuszu do potraktowania tej inicjatywy poważnie. 

Zmiany podejścia w Waszyngtonie próżno oczekiwać, co tylko uwydatnia znaczenie europejskiej pomocy. Rosjanie doskonale o tym wiedzą – i to właśnie dlatego sukcesywnie krytykują Europejczyków oraz stawiają ich w roli głównej przeszkody dla amerykańsko-rosyjskiego resetu. 

Dla Kremla wytrwałość europejskiego bloku jest czymś nielogicznym. Europa – rozumiana jako UE i europejska część NATO – jest przecież z natury tworem słabym. 

Wieloczłonowa, z rozdrobnionymi centrami decyzyjnymi, może co najwyżej aspirować do roli elitarnego, ale mimo wszystko towarzyskiego klubu. Szczególnie jeśli jest pozbawiona amerykańskiego lidera. 

Kreml przeżywa więc dysonans poznawczy. Europa jest przez ostatnie cztery lata decyzyjna i konsekwentnie wspiera Ukrainę. A przecież miała jedynie głośno pohukiwać, potępiając agresję, po czym zapomnieć o sprawie i wrócić do business as usual. 

Moskwa się przeliczyła 

Europejska wytrwałość – w zakresie wsparcia dla Ukrainy, ekonomicznego nacisku na Rosję czy retorycznego deklarowania braku zamiaru wznowienia kooperacji z Moskwą – jest kluczowa jako element odstraszania. Być może na równi z budową zdolności militarnych.

W przeszłości Kreml często błędnie interpretował polityczne sygnały płynące ze strony jego adwersarzy, biorąc je za dobrą monetę. Błędne rozpoznanie politycznej woli Zachodu wobec pomocy dla Ukrainy jest tego koronnym przykładem. 

To właśnie dlatego nie należy manifestować żadnej woli do ustępstw, jeśli te mogłyby zostać odczytane przez Rosjan jako oznaka słabości – niezależnie od postawy innych. 

Wbrew rosnącemu przekonaniu, UE wciąż dysponuje pokaźną siłą w postaci swojego soft power wobec swoich sąsiadów. Jest ono tym silniejsze, im bardziej Bruksela i państwa członkowskie dowodzą swojej decyzyjności. Wspieranie Ukrainy i wzmacnianie jej pozycji negocjacyjnej względem agresora to jeden z najlepszych sposobów na odczarowanie unijnego bezhołowia.

Nie pozostaje to także bez znaczenia dla Ukraińców. W obliczu utraty wsparcia z USA i poczucia, że dla obecnej administracji w Waszyngtonie istotniejszy od losu Ukrainy jest reset z Rosją, świadomość tego, że Europejczycy stoją u boku Ukrainy, jest jeszcze ważniejsza. 

„Wsobność” europejskiego projektu oraz jego osłabienie stanowiłoby kolejny cios dla Kijowa, utratę najważniejszego kierunkowskazu na drodze do modernizacji. Powszechne przeświadczenie o „zdradzie Zachodu” mogłoby zaprowadzić Ukrainę na bardzo niepewne tory, oddziałujące na całą Europę w sposób destabilizujący.

To Europa ma karty 

Przejawy słabości Europy i jej niewiara we własne siły podważałyby nie tylko spójność projektu, lecz także wpłynęły na bliższe sąsiedztwo, oddając je na pastwę Rosji czy Chin. Zmiana europejskiego kursu – chociażby rozczłonkowanie wspólnego stanowiska w rozmowach z Rosją, animowane częściowo przez Waszyngton zaprzepaściłoby dokonania ostatnich czterech lat. A Europejczycy zdołali w tym czasie dokonać wyraźnej rewizji własnej polityki i po raz kolejny wykorzystać kryzys jako okazję do reformy.

Zełenski ma rację, że Europa bywa powolna – ukraiński prezydent myli jednak powolność z bezsilnością. Europejczykom można zarzucić przede wszystkim to, że nie wykorzystują swojego potencjału w pełni. Świadomość wrogiej polityki Moskwy powinna pozostać politycznym drogowskazem dla europejskich decydentów. Cztery lata wojny pokazały, że Wspólnota potrafi uczyć się w kryzysie. Teraz stawką jest to, czy potrafi tę lekcję przekuć w trwałą strategię.

Europa posiada wszelkie karty, aby wywrzeć wpływ na przebieg rosyjsko-ukraińskiej wojny. Do ich zagrania niezbędna jest jednak konsekwencja, poparta silnym przeświadczeniem o byciu podmiotem, a nie przedmiotem historii.