Atakując Iran, Izrael i Ameryka deklarowały kilka celów. Część z nich to twarde cele militarne. Likwidacja potencjału rakietowego – a szerzej: wojskowego – Iranu. Uniemożliwienie wspierania i inspirowania proirańskich, często terrorystycznych organizacji regionalnych przez Teheran. Likwidacja programu nuklearnego. 

Iran ma nie mieć możliwości stwarzania zagrożeń – realnych lub subiektywnych – dla obu państw. Jego pozycja regionalna, a częściowo także suwerenność ma zostać co najmniej zredukowana. W tym Tel Awiw i Waszyngton są zgodne. 

Jest jeszcze jeden cel – zmiana reżimu w Iranie. 

Dla Izraela jest to cel zasadniczy i radykalny: po reżimie nie może pozostać ślad. 

Sam Iran zaś ma być nie tylko niechętny, ale i niezdolny do aktywnej polityki.

Dla USA sprawa jest bardziej złożona. Raz wątek ten pojawia się bardzo mocno, co było widać gdy Trump wspierał i zachęcał do protestów w styczniu, albo żądał bezwarunkowej kapitulacji. I zanika, gdy możliwe były rozmowy polityczne zarówno z rządem Iranu, jak i dystansującymi się wobec obecnego porządku przedstawicielami obecnych elit.

Z kolejnym tygodniem konfliktu staje się jednak jasne, że również dla Waszyngtonu załamanie i zmiana reżimu stają celem zasadniczym.

Scenariusz obalenia reżimu przez Irańczyków

Przy obecnej przewadze militarnej i determinacji Ameryki rozbicie sił irańskich wydaje się kwestią czasu. 

Realistyczny wydaje się scenariusz załamania reżimu, czyli dezintegracji i degradacji systemu politycznego – choć pierwsze ciosy nie były knock-outem. 

Liderzy i dowódcy są sukcesywnie namierzani i likwidowani; ci, co żyją, większość czasu muszą tracić na gubienie tropów. Przy dotychczasowej skali ataków prawdopodobne jest więc, że z czasem państwem będą „rządzić” izolowane i słabnące ośrodki i walczący o przetrwanie liderzy. 

Gdyby w grę wchodziła operacja lądowa, byłyby to gotowe struktury państwa podziemnego, dysponującego silną armią do prowadzenia działań dywersyjnych i partyzanckich. Koszmary z Afganistanu i Iraku zapewne by zbladły wobec tego, z czym musieliby się mierzyć Amerykanie w Iranie. Dlatego operacji lądowej ma nie być – i nie ma na to nawet sił. 

Dla Waszyngtonu początkowo optymalny wydawał się wariant załamania reżimu pod wpływem masowych protestów społecznych. Nowe władze zakończyłyby wojnę. 

Frustracja społeczna w Iranie jest potężna i jest to jasne od lat. System nie daje żadnych nadziei na reformę, a już na pewno nie w czasie wojny. Kraj grzęźnie w kryzysie gospodarczym i nie zanosi się na to, by mógł kiedyś z niego nie wyjść, choćby ze względu na sankcje. W Republice Islamskiej zachodzą gwałtowne procesy laicyzacyjne, a kosztowna i nieefektywna polityka ekspansji regionalnej zbankrutowała wraz wojną z Izraelem w 2025 roku.

To wyciągnęło ludzi na ulice w styczniu i kosztowało życie 7 (albo ponad 30) tysięcy osób. Żadna władza przy takiej skali ofiar nie może mówić o legitymacji społecznej, a jej przedstawiciele w takiej sytuacji muszą drżeć o życie. Szczególny wymiar niezadowolenia przejawiają mniejszości etniczne i religijne, sunniccy Kurdowie i Beludżowie, w dalszej kolejności szyiccy Azerowie i inni. To napięcie stale rośnie. 

I USA, i Izrael próbują rozegrać Islamską Republikę. 

Nawołują do protestów, Izrael atakuje lokalne koszary i posterunki sił bezpieczeństwa, zachęcając do otwartego buntu. Niemal otwarcie wspierane są zbrojne ruchy kurdyjskie – ta prowincja powoli zaczyna płonąć. Do masowych protestów wciąż jednak jeszcze nie doszło.

A może część elit pójdzie na współpracę?

Równoległym pożądanym dla USA scenariuszem jest wyłonienie z elity rządowej sił, które gotowe byłyby się poddać i stać się częścią powojennej stabilizacji. Przede wszystkim pozwoliłoby to szybciej zakończyć wojnę – pokazać dokument, wywieźć uran i pozostałe rakiety. 

Takie reformatorskie siły stałyby się ważnym elementem transformacji, absorbując i kanalizując presję społeczną. 

Jest to podstawowa lekcja z każdej rewolucji – udają się one tylko wtedy, gdy część elit i aparatu przymusu przejdzie na stronę rewolucjonistów. 

Taki wariant byłby także odrobioną lekcją z Afganistanu i Iraku. Tam odsunięto całą dotychczasową elitę (talibów, partię Baas, służby i wojsko), co natychmiast zepchnęło ją na pozycje radykalnej i zbrojnej opozycji. Byłby to również powrót do sprawdzonych rozwiązań z czasów po drugiej wojnie światowej. Denazyfikacja Niemiec czy demilitaryzacja Japonii oznaczały śmierć części ścisłego kierownictwa (w Japonii jednak cesarz pozostał) i zaangażowanie dawnych nazistów w proces budowy demokratycznych i wolnych państw. 

Koszty moralne takiego scenariusza są ogromne, jego trwałość niepewna. Sytuacja Iranu różni się też od tamtych dwóch przykładów. Ale schemat pokojowej transformacji i kooptacji starych elit ma oczywiste plusy. Po niemal tygodniu wojny problemem pozostaje jednak brak chętnych po stronie irańskiej. Albo – jak przyznaje sam Trump – wszyscy, z którymi rozmawiano, zginęli. W izraelskich atakach.

Stany Zjednoczone nie marzą o demokratyzacji Iranu

Poważny niepokój może wzbudzać znaczenie demokratyzacji Iranu w tym procesie – bo o niej na poważnie jest niewiele. Trumpa i jego elektorat mało ona interesuje. Co więcej, administracja wyklucza jakiekolwiek ambicje budowy instytucji w Iranie. 

Można traktować to jako cynizm i brak odpowiedzialności. Z drugiej strony, to ważna lekcja z Iraku i Afganistanu, jak też znak czasów. Wtedy działania USA okazały się niezwykle kosztowne i kontrproduktywne – były przyczyną totalnej krytyki z lewej i prawej strony.

Z tym zatem koniec. Oczywistym celem jest stabilność, warunki do robienia interesów.

Jednak o tym, jak ma wyglądać Iran, muszą zdecydować sami Irańczycy – opozycja, skruszeni przedstawiciele elit, ktokolwiek. 

Jest w tym minimalizm i pragmatyzm: priorytet niskich kosztów i wewnątrzsterownej stabilności. W podstawowym dziś aspekcie wolność Irańczyków jest przede wszystkim instrumentem – na dobre i na złe.

Sprzeczne interesy sojuszników

Z tak zarysowaną rekonstrukcją planów na zmianę reżimu Iranu wiążą się co najmniej trzy fundamentalne problemy. Pierwszym jest różnica między aliantami – USA i Izraelem. 

Łączą ich cele militarne i chęć zmiany reżimu. Dalej są schody. 

USA chcą wygrać wojnę, ustabilizować sytuację, zarabiać pieniądze i wycofać wojsko z Bliskiego Wschodu. Niezbędna jest do tego stabilność Iranu. 

Inaczej jest z Izraelem. Z jego perspektywy z obecnego Iranu nie powinno zostać nic – stąd zaciekłość w niszczeniu kadr reżimu. Zasadniczo każdy inny stabilny i silny Iran, w dodatku zbytnio związany z USA, byłby dla Izraela rywalem i potencjalnym zagrożeniem. 

Nie stabilność, a chaos w Iranie pozwala go Izraelowi kontrolować.

Ewentualny rozpad Iranu ułatwiałby więc zadanie Izraelowi. Hipotetyczne zagrożenia ze strony Iranu gwarantowałyby także stałą pomoc dla Izraela z USA. W całym regionie rywalem pozostawałaby jedynie Turcja. 

W praktyce ostatnich dni oznacza to, że Izrael odstrzeliwuje potencjalnych partnerów do rozmów dla USA i grozi samodzielnym prowadzeniem działań wojennych w przypadku braku satysfakcjonujących rozwiązań.

Rozziew między USA a Izraelem obecnie jest mało dostrzegalny, ale będzie narastał, a wraz z nim – zwłaszcza po stronie USA – frustracja. Kolejne tygodnie i miesiące mogą doprowadzić do poważnej rewizji tych relacji. Tymczasem jednak płacić za to będą Irańczycy.

A co na to Irańczycy?

Głównym „problemem” w tej całej układance są jednak sami Irańczycy. Niezależnie od wszystkich frustracji związanych z obecnymi władzami, niezależnie od niedawnej hekatomby protestujących, pomimo zaciekłej walki o fundamentalne założenia polityki wewnętrznej i zagranicznej, które targają irańską elitą w pierwszym tygodniu wojny – Irańczycy nie wystąpili otwarcie przeciw władzom. 

Powodów jest wiele i nie wiadomo, jak je zważyć. Dla części – zapewne mniejszości – powodem jest bez wątpienia szczere przywiązanie do dotychczasowego porządku. 

Dla części dylemat, jak zachować się wobec oczywistej agresji na własny kraj. Agresji zdemonizowanego Izraela, ale też Izraela, który właśnie rozprawia się z Gazą. Agresji USA, przeciwko którym wybuchła niegdyś ogólnonarodowa rewolucja zwana islamską (w 1979 roku). 

To też zapewne strach, że kraj jest na drodze do scenariusza irackiego, afgańskiego czy syryjskiego (a wrzenie w Kurdystanie jest pierwszym aktem). Oraz ostrożność i wyrachowanie: wiadomo, że dziś siły bezpieczeństwa nie miałyby cienia skrupułów i żadnych hamulców w tłumieniu protestów – a z każdym dniem stają słabsze, więc może warto poczekać. 

Problem ten zapewne jeszcze ostrzej występuje w elicie (czy w armii) – zdemaskowany spisek lub otwarty bunt to natychmiastowa reakcja aparatu bezpieczeństwa albo izraelska rakieta. 

Przy dotychczasowej dynamice ataków, ale także przy postępującej degradacji infrastruktury państwa i narastających niedoborach, scenariusz protestów czy strajków staje się coraz bardziej realny. Jakich? Gdzie? Z jakim skutkiem – natychmiastowym i długofalowym? To pozostaje kwestią otwartą.

Dobre pytanie – co będzie dalej?

Czegóż można oczekiwać w tej wojnie? Przed czym stoi Iran? Oczywiście nie wiadomo: Iran jest państwem nieprzeniknionym, a wojna zawsze zaskakuje planistów i analityków. 

Przewaga militarna USA i Izraela jest miażdżąca, determinacja liderów – dla których ta wojna może stać się być albo nie być – ogromna. Zniszczenie potencjału militarnego Iranu wydaje się kwestią czasu. Teheran ma ograniczone i szybko kurczące się środki i nie może liczyć na żadne Lend Lease (wsparcie sprzętem, które uratowało ZSRR w czasie wojny z Niemcami) czy wsparcie w rodzaju otrzymywanego przez Ukrainę. Tu jednak pojawia się trzecie fundamentalne wyzwanie: Iran wciąż się broni, ceny ropy i gazu szaleją, presja na USA rośnie – do końca nie można wykluczyć scenariusza TACO [Trump Always Chickens Out] – rejterady, która w niczym nie poprawi sytuacji.

Nawet w hipotetycznym scenariuszu długotrwałego oporu i zaostrzonych represji ludzie muszą władzę uznawać, a gospodarka musi działać – Iran nie jest Koreą Północną. 

Krótko mówiąc, przetrwanie Islamskiej Republiki Iranu w obecnej postaci jest mało prawdopodobne, hipotetyczna ewolucja w stronę jeszcze ostrzejszej dyktatury raczej nie rokuje trwałych efektów. 

Alternatywa jest bardzo niejasna: w Iranie nie widać zorganizowanej, ogólnonarodowej opozycji. Nie widać, by protesty wyłoniły reprezentację polityczną, osobowość, komitety. 

Nie doszło do wyłonienia opozycji w ramach elity, przy czym i tak jej mandat byłby ograniczony. Iluzją jest opozycja emigracyjna. Niezależnie od trudno mierzalnych sympatii monarchistycznych, syn obalonego w 1979 roku szacha, Reza Pahlavi nie ujawnił żadnych zdolności politycznych i organizacyjnych. 

Kolejne ugrupowanie – punktowo silni w Iranie i popularni zwłaszcza w Europie postmarksistowscy Mudżahedini Ludowi (MEK/MKO) są skrajnie kontrowersyjną grupą nawet u siebie. Jednym z powodów jest fala terroru w latach osiemdziesiątych czy walka po stronie Iraku w wojnie iracko-irańskiej. 

Naturalna i bardzo żywotna w ostatnim czasie idea państwowa, czy też imperialna, oraz nacjonalizm perski – jako alternatywa dla islamu – stoją w otwartym konflikcie z aspiracjami autonomicznymi mniejszości etnicznych. Ryzyka napięć, konfliktów, chaosu po załamaniu reżimu zlekceważyć nie można. Gdy zaś jest się częścią upadłego systemu albo nieżyczliwym „sąsiadem”, nie sposób ich nie podsycać i nie wykorzystywać. 

Historia – który to już raz? – funduje Irańczykom ciężkie dylematy na dziś i pisze Iranowi bardzo wyboistą drogę.