4 września Donald Tusk oświadczył w Sejmie, że machina rozliczeń została uruchomiona i że nikt jej nie zatrzyma. Chodzi o Zondacrypto, największą aferę korupcyjną ostatnich miesięcy.

Przypomnijmy: pod koniec kwietnia Zondacrypto ogłosiła upadłość i wstrzymała wypłaty dla klientów. 23 sierpnia Przemysław Kral, który kierował największą polską giełdą kryptowalut, zdecydował się na współpracę z prokuraturą. Dzień później WP.pl i TVN24 podały, że Radosław Piesiewicz, prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego, przyjął od Krala w listopadzie 2025 roku zegarek Patek Philippe o wartości 40 tysięcy euro, zobowiązawszy się rzekomo do interwencji u Mateusza Morawieckiego i prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów w interesie giełdy. Katowicki sąd zastosował wobec Piesiewicza trzymiesięczny areszt. Co więcej, ujawniono, że jesienią 2025 roku z kancelarii Krala popłynęły do fundacji Zbigniewa Ziobry trzy przelewy na łączną kwotę 450 tysięcy złotych – po tym, jak PiS odmówiło fundacji zgody na zbieranie pieniędzy pod szyldem partii.

Afera Zondacrypto – upadek PiS-u?

W czerwcowym sondażu CBOS PiS miało 22,1 procent, w lipcowym 19,1, w sierpniowym 16,5, a we wrześniowym 15,0. Narzuca się wniosek, że sprawiła to afera – gdyby nie to, że przeczą mu daty. Na przykład, CBOS realizowało sierpniowe badania między 17 a 20 sierpnia, czyli trzy dni przed tym, jak Kral poszedł na współpracę z prokuraturą. Dlatego ten spadek raczej tłumaczony jest lipcowym odejściem z PiS-u blisko czterdziestu posłów skupionych wokół Morawieckiego. Sondaż realizowany między 7 a 9 września jako pierwszy mógł w ogóle uchwycić aferę – i odnotował najpłytszy z trzech kolejnych spadków, 1,5 punktu.

Jest to mniej zaskakujące, niż się wydaje. A literatura porównawcza tłumaczy, dlaczego. Politolożka Catherine De Vries i ekonomista Hector Solaz tłumaczą, że

afera korupcyjna prowadzi do wyborczej kary tylko wtedy, gdy po kolei spełnią się trzy warunki: wyborcy pozyskają informację, przypiszą winę właściwemu sprawcy, a następnie zmienią swoje zachowanie.

Wystarczy zerwać jedno ogniwo, by cały łańcuch zawiódł – i właśnie dlatego, jak zauważają autorzy, mierzalna kara w demokracjach jest na ogół łagodna. Co ciekawe, Polska doświadczyła już wszystkich trzech wariantów, jakie model ten zakłada.

Polska różnie reaguje na afery korupcyjne

Afera Rywina to przypadek, do którego teoria pasuje najlepiej. 27 grudnia 2002 roku „Gazeta Wyborcza” opublikowała korupcyjną propozycję producenta filmowego Lwa Rywina. W zamian za pieniądze i stanowisko prezesa Polsatu Rywin oferował zmianę ustawy antykoncentracyjnej postulowanej przez Sojusz Lewicy Demokratycznej (SLD), która to bezpośrednio godziła w spółkę Agora. W tym czasie Sojusz Lewicy Demokratycznej miał za sobą 41 procent w poprzednich wyborach i około 30 procent w sondażach. W 2004 roku było to już poniżej dziesięciu, a w 2005 roku SLD zdobył jedynie 11,3 procent. Każde ogniwo teoretycznego łańcucha wytrzymało.

Informacja o korupcji dotarła wszędzie, ponieważ przebieg sejmowej komisji śledczej – pierwszej w historii III RP, powołanej 10 stycznia 2003 roku i przesłuchującej około pięćdziesięciu świadków – przez piętnaście miesięcy był nadawany w telewizji. Wina przylgnęła zbiorowo, ponieważ Rywin powoływał się na „grupę trzymającą władzę”, zamiast wskazywać konkretne osoby. Dlatego partia nie mogła oczyścić się z zarzutu, poświęcając jednego człowieka. Komisja dostarczyła tego, co ekonomistka Elena Costas-Pérez wraz ze współautorami uznaje – na materiale hiszpańskich wyborów lokalnych z lat 1996–2009 – za rozstrzygającą kombinację intensywnego zainteresowania prasy z formalnym, quasisądowym postępowaniem. Samo nagłośnienie ma niewielki wpływ. Ale tam, gdzie rządzącemu politykowi faktycznie postawiono zarzuty, dochodzi do realnych strat głosów. Afera Rywina dostarczyła obie rzeczy naraz.

Afera taśmowa z 2014 roku pasuje gorzej do standardowego modelu przebiegu afer korupcyjnych. Przypomnijmy: afera wybuchła po tym, jak tygodnik „Wprost” ujawnił, że od lipca 2013 do czerwca 2014 roku podsłuchiwano kilkudziesięciu polityków, prezesów i przedsiębiorców w warszawskich restauracjach. Ta afera dotyczyła raczej obyczajów, nie pieniędzy. Pozostawiało to wyborcom swobodę sporu o to, czy w ogóle mają do czynienia z korupcją. Zarzuty karne objęły Marka Falentę i kelnerów, którzy wykonywali nagrania, nie zaś nagrywanych ministrów; a Donald Tusk we wrześniu tego roku odszedł do Rady Europejskiej. Ten sam mechanizm, który spotkał SLD, wydarzył się na poziomie przywództwa. Andrew Eggers i Alexander Fisher udokumentowali podobny scenariusz na przykładzie brytyjskiej afery wydatkowej: posłowie, których dotyczyły zarzuty, w ponadprzeciętnym stopniu rezygnowali z ubiegania się o reelekcję, przez co znaczna część kary została pobrana jeszcze przed dniem wyborów. Wyborczy koszt dla tych uwikłanych posłów, którzy jednak wystartowali, autorzy szacują zaledwie na około 1,5 procent – mimo że o aferze słyszało 93 procent brytyjskich wyborców.

Taśmy bywają często przywoływane przy wyjaśnianiu porażki PO w 2015 roku.

Platforma Obywatelska przegrywała z PiS-em już przed taśmami. Przez całe lato sondażowo utrzymywała się w okolicach 25 procent, w październiku wyrównała, a w listopadowych wyborach samorządowych zdobyła 26,36 procent wobec 26,85 procent PiS-u i rządziła jeszcze przez szesnaście miesięcy. Brakuje więc wyraźnych dowodów na to, by taśmy zaważyły choćby w przybliżeniu tak mocno jak afera Rywina.

Zondacrypto to ewenement?

Zondacrypto zawodzi na trzecim ogniwie łańcucha standardowych przebiegów afer korupcyjnych – i tutaj Polska stawia problem, którym literatura niemal się nie zajęła. Prawie każdy model wyborczej rozliczalności za korupcję jest modelem karania rządzących. Andreas Bågenholm, analizując 215 kampanii wyborczych w 32 krajach europejskich w latach 1981–2011, mierzy wyniki partii rządzących i przetrwanie rządów. Jego zasadnicze ustalenie brzmi, że

afery, które nie zostają upolitycznione, mają znikome skutki, a partie prowadzące kampanię wokół korupcji przeciwnika radzą sobie lepiej niż te, które tego nie robią – wniosek zwykle odczytywany jako instrukcja dla opozycji. Polska go odwróciła.

Tutaj to rząd upolitycznia aferę przypisaną partii, która nie sprawuje władzy. Sankcja, którą zakłada teoria – odsunięcie od władzy – została już wymierzona. Pozostaje usuwanie pojedynczych osób. A osoby, o których mowa, i tak znajdują się na obrzeżach samej partii.

Przypisywanie winy również zawodzi w sposób podręcznikowy. Zapytani na początku września przez IBRiS, którą partię afera obciąża najbardziej, 53 procent badanych wskazało PiS. Ale odpowiedź różniła się na poziomie elektoratów: wśród wyborców partii rządzących było to 86 procent, a wśród wyborców opozycji 41 procent, z czego 49 procent wskazało zamiast tego Koalicję Obywatelską.

Scenariusz ten współbrzmi z eksperymentem hiszpańskich politologów Evy Anduizy, Ainy Gallego i Jordiego Muñoza. Respondenci oceniali ten sam opis afery korupcyjnej łagodniej, gdy jej bohaterem był polityk partii, którą popierali. Autorzy odnotowali wprawdzie, że to skrzywienie słabnie wśród wyborców najlepiej zorientowanych w polityce. Ale w eksperymencie wszyscy otrzymywali identyczne informacje, których nie dało się podważyć.

W Polsce, podobnie jak w innych silnie spolaryzowanych krajach, coraz częściej spór toczy się o same fakty.

W takich warunkach wiedza polityczna może stronniczość wzmacniać, a nie osłabiać. Kto lepiej zna politykę, ten sprawniej wybiera wygodne źródła, odrzucając te niewygodne. I z łatwością znajduje argumenty na obronę swoich.

Na Zondacrypto skorzysta prawica

Aferę Zondacrypto można rozpatrywać jako nowy wątek w dyskusji o konsekwencjach afer korupcyjnych. W szczególności pokazuje, kogo spotyka kara, gdy polityczny podział jest zbyt silny, aby go przekroczyć. Wyborca odchodzący od SLD w 2003 roku mógł pójść do PO albo do PiS-u. Wyborca odchodzący od PiS-u w 2026 roku niemal nie ma dokąd pójść poza prawicą.

Korzyści z kary są zatem wyciągane, ale nie przez tych, którzy ją wymierzają – czyli w tym przypadku to nie partie rządzące korzystają z afery, a paradoksalnie właśnie partie opozycyjne.

Wniosek jest raczej kłopotliwy niż krzepiący. Modele wyborczej rozliczalności zakładają, że to wyborcy są narzędziem sankcjonowania kary. W Polsce nie mogą pełnić tej roli, bo kara nie przekracza podziału: im głośniej rząd upolitycznia aferę, tym pewniej przesuwa głosy wewnątrz bloku przeciwnika, a nie do siebie. Przykładami są rezultaty politycznych skandali we Włoszech z lat 1992–1994 czy na Słowacji z 2020 roku.

Cały ciężar spada więc na instytucje, które mają ustalić fakty – a to droga najwolniejsza i najmniej widowiskowa z możliwych. W dodatku wiedzie ona przez organy i instytucje wymiaru sprawiedliwości, o których niezależność spierano się przez całą ostatnią dekadę.

Afera Rywina nie zniszczyła SLD w dniu, w którym „Gazeta Wyborcza” ją ujawniła. Zniszczyło je piętnaście miesięcy ustaleń: kolejne przesłuchania, zeznania i dokumenty, które składały się w obraz trudny do zbycia jako polityczna nagonka. Jeśli Zondacrypto ma cokolwiek zmienić, będzie to ta sama droga – o zmianie nie przesądzi to, jak głośno rząd będzie o aferze mówił, lecz to, co zdołają ustalić prokuratura i sądy. A także, czy te ustalenia będą wiarygodne dla tych, którzy dziś widzą w nich narzędzie władzy. Tyle że ta droga jest powolna.

A do wyborów zostało niewiele ponad rok.