Największą bolączką produkcji komiksowych i superbohaterskich jest to, że tkwią w niemożliwym rozdarciu. Mają zadowolić fanów (niewykonalne), przyciągnąć szeroką publiczność i zarobić dużo pieniędzy dla akcjonariuszy (bez związku z jakością), wpasować się narracyjnie w filmowo-serialowe uniwersum DC lub Marvela (uciążliwe), a wisienką na tym torcie bywają jeszcze aspiracje twórców, którzy chcieliby wynieść masową rozrywkę na nieco wyższy artystyczny poziom (żeby zyskać przychylność krytyków i zdobyć potencjalne prestiżowe nagrody).

„Latarnie” [2026–, HBO], serial Chrisa Mundy’ego, Damona Lindelofa i Toma Kinga, to wręcz idealny materiał do wiwisekcji – nie do końca udana, ale niewątpliwie ambitna produkcja, której twórcy na każdym kroku mierzą się z przewidywalnym repertuarem przeciwności. Sporo z nich przezwyciężają, od innych odwracają uwagę, a niektóre, niczym kryptonit dla Supermana, okazały się siłami zbyt potężnymi, żeby je pokonać.

Przynęta na krytyka

Produkcje komiksowe są tak wszechobecne, że ich pierwotny gatunek stał się przezroczysty lub neutralny dla widzów. Żeby je chociaż powierzchownie wyróżnić spośród wielu podobnych produkcji, twórcy podczepiają do nich rozmaite inspiracje i podgatunki.

Oto więc w danym serialu pojawiają się superbohaterowie – ale to klasyczny sitcom („WandaVision” [2021, Disney+); superbohaterowie – ale to dramat sądowy („Mecenas She-Hulk” [2022, Disney+]); superbohaterowie – ale to czarny kryminał („Spider-Noir” [2026, Amazon]). Takie seriale jak „Legion” [2017–2019, FX] czy „Watchmen” [2019, HBO], które wykorzystały komiksowy rodowód jako platformę do eksplorowania autorskich obsesji, pozostają niestety wyjątkami.

„Latarnie”, będące pod parasolem DC Studios, prowadzonym od 2022 przez reżysera Jamesa Gunna („Strażnicy Galaktyki” [2014]; „Superman” [2025]) i producenta Petera Safrana, miały reprezentować telewizyjną odnogę nowej ofensywy programowej wytwórni pod nowym przewodnictwem i rzucić wyzwanie Marvelowi, który od dłuższego czasu zdawał się dominować zarówno w kinach, jak i w streamingu. Produkcja była w developmencie już od 2019 roku, rozwijana przez Grega Berlantiego i pierwotnie miała wyglądać zupełnie inaczej, ale w 2024 została całkowicie przebudowana według nowych wytycznych. Jako artystyczny drogowskaz i wyznacznik prestiżu posłużył tu serialowy hit – „Detektyw” [2014–, HBO] – którego mroczna aura miała jednak sprowadzić na Ziemię kosmicznych superbohaterów. Drugim punktem odniesienia był z kolei szpiegowski serial „Kulawe konie” [2022–, Apple TV] – zaangażowano nawet jednego z jego reżyserów, Jamesa Hawesa, do realizacji dwóch pierwszych odcinków.

Na straży jakości produkcji stanęło aż trzech twórców: Chris Mundy („Ozark” [2017–2022, Netflix]), który miał swój udział w czwartym sezonie „Detektywa”, Damon Lindelof, scenarzysta „Zagubionych” [2004–2010, ABC], „Pozostawionych” [2014–2017, HBO] oraz „Watchmen”, a także autor komiksów Tom King, znany z prowokacyjnych reinterpretacji superbohaterskich opowieści („Vision”, „Mister Miracle”, „Supergirl: Kobieta Jutra”).

Na papierze „Latarnie” mają więc niemal wszystko, żeby osiągnąć sukces – mocne emblematy prestiżowej telewizji, solidny zespół autorów. Czy coś mogło pójść nie tak?

Przeładowanie

„Latarnie” to serial, który już od samego początku grzęźnie pod ciężarem własnych ambicji. Nie chodzi tu jednak o artystyczne aspiracje, ale o samo narracyjne brzemię, które twórcy – częściowo na własne życzenie – biorą na swoje barki. Po pierwsze, muszą sprawnie i przekonująco wyjaśnić widzom niezaznajomionym z komiksami, czym są tytułowe Zielone Latarnie i zrobić to w sposób, których ich nie zniechęci. A nie jest to łatwe zadanie, kiedy mamy do czynienia z międzygalaktycznymi stróżami prawa, wybieranymi spośród najodważniejszych kandydatów w danym sektorze kosmosu i dysponującymi supermocami za pośrednictwem specjalnych pierścieni (które, co istotne dla fabuły, trzeba co jakiś czas ładować za pomocą latarni). To superbohaterskie pochodzenie jest jednocześnie czymś koniecznym – bez niego produkcja by nie powstała – ale też traktowanym jako coś niemal wstydliwego, czemu nie należy poświęcać zbyt wiele uwagi. Słowem: kostium Zielonej Latarni powinien pozostać w szafie.

Po drugie, scenarzyści wprowadzają swoich bohaterów in medias res, co dodatkowo podnosi poziom trudności. Hal Jordan (Kyle Chandler) jest pierwszą Zieloną Latarnią z naszej planety, pilotem i weteranem, wciąż brawurowym i aroganckim, ale ewidentnie lata swojej świetności ma już za sobą. John Stewart (Aaron Pierre) to poukładany i zmotywowany potencjalny następca Hala, ale jego relacja z mentorem jest dość antagonistyczna. Razem prowadzą śledztwo dotyczące strzelaniny podczas meczu futbolowego w Rushville w stanie Nebraska, Hal jest bowiem przekonany, że w całą sprawę zamieszane są istoty pozaziemskie. Na miejscu muszą współpracować z Kerry (Kelly Macdonald), pełniącą funkcję lokalnego szeryfa i sceptyczną wobec niezgodnego duetu superbohaterów. Każda z tych trzech głównych postaci ma też swoją istotną dla fabuły przeszłość, tak zwaną backstory, wymagającą zgłębienia, nie mówiąc już o kulturowym znaczeniu postaci Johna Stewarta, który w latach siedemdziesiątych był jednym z pierwszych afroamerykańskich superbohaterów, wzorowanym wówczas na Sidneyu Poitierze (gwieździe takich filmów jak „W upalną noc” z 1967, reż. Norman Jewison, czy „Zgadnij, kto przyjdzie na obiad” z 1967, reż. Stanley Kramer).

Po trzecie, scenarzyści wznoszą tu strukturę podzieloną na dwie płaszczyzny czasowe (nie licząc kilku retrospekcji), co oznacza dwa powiązane ze sobą śledztwa. Jedno z nich zajmuje trzy czwarte serialu, drugie wypełnia trzy finałowe odcinki. Ta dysproporcja również wpływa na dynamikę całości – pierwsza część wydaje się nadmiernie rozdmuchana, a druga sprasowana. Można odnieść wrażenie, że mamy tu kilka seriali rywalizujących ze sobą albo że każdy ze scenarzystów grawituje w nieco innym kierunku. Jest w tym serialu jednak jeden element, który sprawia, że możemy przymknąć oko na wiele z tych niedociągnięć. Ten as w rękawie to obsada.

Dynamiczny duet

Po sukcesie pierwszego sezonu „Detektywa”, kiedy było już wiadomo, że serial będzie antologią i w potencjalnych kolejnych odsłonach pojawią się nowe pary śledczych, widzowie dzielili się w mediach społecznościowych swoimi propozycjami na takie duety. Raczej nikt nie mógł wtedy wpaść na zestawienie Kyle’a Chandlera, charyzmatycznego trenera z „Friday Night Lights” [2006–2011, NBC] i Aarona Pierre’a, nowej gwiazdy kina akcji z „Rebel Ridge” [2024, reż. Jeremy Saulnier], ale gdyby nie ta para, „Latarnie” nie miałyby racji bytu. To serial w dużej mierze oparty na dialogach, co wynika bezpośrednio z nadmiaru ekspozycji, ale pozwala też aktorom na pokazanie licznych odcieni ich wciąż ewoluującej relacji. Dzięki temu Chandler i Pierre mogą błyszczeć, wymieniać się kąśliwymi uwagami i skutecznie odwracać naszą uwagę od mielizn komiksowej mitologii. Kroku dotrzymuje im nieoceniona Kelly Macdonald, której zmęczona irytacja stanowi przeciwwagę dla ich sztubackiej dynamiki.

O ile fabuła pozostawia sporo do życzenia, to charakterystyka bohaterów jest mocną stroną serialu. Jeden z jego najciekawszych elementów to niejednoznaczny stosunek Johna Stewarta do zostania Zieloną Latarnią i związanych z tym oczekiwań otoczenia. Ojciec Johna (J. Alphonse Nicholson) był początkowo jednym z kandydatów, ale został odrzucony ze względu na swój strach – proces rekrutacji tylko go straumatyzował. Jego żona Bernadette (Jasmine Cephas Jones) musi dopiero wyjaśnić strażnikom galaktyki amerykański kontekst rasowy, w świetle którego życie w lęku to codzienność czarnych mężczyzn w Stanach Zjednoczonych. Po tym incydencie rodzice Johna postanawiają go wychować na człowieka, który niczego się nie boi, żeby przygotować go do przyszłej – w ich mniemaniu: należnej mu – roli. W ramach treningu decydują się na dość radykalne rozwiązania – porzucają go w niebezpiecznych dzielnicach, żeby samodzielnie odnalazł drogę do domu, albo zestrzeliwują jabłka z czubka jego głowy, w stylu Wilhelma Tella. Sam John z kolei, im bliżej mu do celu, staje się coraz bardziej sceptyczny wobec swojego rzekomego przeznaczenia.

To wszystko treść trzeciego odcinka, zatytułowanego „OutKast”, najlepszego epizodu serialu, który przy okazji jest przedstawicielem nowego trendu. Ze względu na potrzebę utrzymania uwagi rozproszonego współczesnego widza, twórcy coraz częściej eksperymentują w obrębie serialu już na samym jego początku, właśnie w okolicach trzeciego odcinka, a nie tak jak dawniej, pod koniec sezonu. Zapoczątkowanie tego trendu przypisuje się serialowi „The Last of Us” [2023–, HBO], którego trzeci epizod niespodziewanie zwrócił uwagę szerokiej publiczności kilka lat temu.

W przypadku „Latarni” modyfikacja formuły na początku sezonu zadziałała odświeżająco – twórcy umieścili wydarzenia w nowym, szerszym kontekście, jednocześnie pogłębiając i komplikując portret głównego bohatera, zanim przejdziemy do kulminacji pierwszego śledztwa.

Widać tu wpływ zarówno Damona Lindelofa, jak i Toma Kinga, którzy zawsze starają się, żeby ich opowieści były o czymś więcej. Tutaj skupiają się na dziedzictwie emocjonalnym pozostawionym przez rodziców i na tym, jak wpływa ono na wybory dziecka już w dorosłym życiu. Czy można od niego uciec, czy jesteśmy na nie skazani? To dominujący temat, który przewija się przez kilka wątków serialu i stanowi solidny fundament całości.

Ciężar uniwersum

„Latarnie”, podobnie jak wiele innych komiksowych produkcji z ambicjami, muszą ostatecznie ulec wobec swojej największej słabości, jaką jest przynależność do większego uniwersum.

Choć scenarzyści starają się, jak mogą, żeby historia Hala i Johna mogła funkcjonować jako zamknięta, satysfakcjonująca całość, zobowiązania franczyzowe wdzierają się w ich narrację jak wierzyciele upominający się o spłatę długu w imieniu korporacyjnych bogów. Wymuszone odniesienia do innych filmów, takie jak obecność postaci Guya Gardnera (Nathan Fillion), wynikają z tego, że John Stewart musi pojawić się w kontynuacji „Supermana” Jamesa Gunna w 2027 roku, co sprawia, że cały serial jest niczym przystawka przed głównym daniem. Nie odbiera mu to pewnych niezaprzeczalnych zalet i w obliczu ograniczeń twórcy niewątpliwie wykonali kawał dobrej roboty, ale niedosyt i niesmak pozostają. „Latarnie” to kolejny superbohaterski serial, który usilnie stara się wszystkich przekonać, że jest czymś więcej, po czym okazuje się dokładnie tym samym. Niespełnioną obietnicą.

Serial:

„Latarnie”, twórcy: Chris Mundy, Damon Lindelof, Tom King, USA 2026–.