We wtorek, po trzech latach od przejęcia władzy, Sejm uchwalił ustawy, które mają złagodzić surowe prawo antyaborcyjne. Ustawa ma znieść karę za pomoc w przerywaniu ciąży. A lekarz mógłby przerwać ciążę z powodu ciężkich i nieodwracalnych wad płodu.
Lecz dziś i tak w wielu miastach Polski odbędą się protesty przeciwko brakowi dostępu do aborcji. Organizatorki domagają się realizacji obietnicy wyborczej Koalicji Obywatelskiej i Lewicy, czyli legalizacji aborcji do 12. tygodnia ciąży. Protesty odbędą się przynajmniej w 27 miastach.
Z jednej strony posłanki zaangażowane w prace nad liberalizacją antyaborcyjnych przepisów cieszą się z sukcesu. Z drugiej – aktywistki mówią, że to ochłap i nie o to chodziło.
Trzeci element całości to prezydent, który zapewne nie podpisze obecnych ustaw ani nie podpisałby obiecanej trzy lata temu liberalizacji.
Czy jest więc o co walczyć? I czy jest z czego się cieszyć, jeśli oczekuje się od państwa bezpiecznego dostępu do aborcji?
Oświadczenie woli rządzących
Argument, że prezydent i tak tego nie podpisze, powinien zamykać dyskusję. Nawet najlepsze rozwiązanie nie weszłoby w życie, więc po co układać się o nie w Sejmie? Zwłaszcza że to walka beznadziejna, bo PSL od początku powtarza, że jest przeciw liberalizacji prawa do aborcji i może się zgodzić jedynie na przywrócenie dopuszczalności trzeciej przesłanki. Ale przecież jest też przeciw dekryminalizacji, a jakoś udało się ją przegłosować. Może możliwe były lepsze negocjacje w tej sprawie?
No dobrze, ale co z prezydentem? Z nim nie da się już ułożyć.
Organizacje, które szykują dzisiejsze protesty, odpowiadają, że o gniew kobiet z tego powodu powinien się martwić prezydent, a nie Sejm.
Wskazują w ten sposób, że taki argument to wykręt. I mają rację.
Ważne jednak jest także to, że ustawa, nawet taka, która nie wejdzie w życie z powodu weta prezydenta, jest czymś w rodzaju oświadczenia woli. Wskazówką, którą daje koalicja rządząca tym, którzy dziś mają wątpliwości. Na przykład wspomnianym lekarzom, którzy boją się przeprowadzić konieczny zabieg i narażają w ten sposób pacjentki na cierpienie, a nawet śmierć.
Nawet jeśli lekarze nie mogą przeprowadzić zabiegu z powodu nieodwracalnych wad płodu, to mogą z powodu zagrożenia dla zdrowia kobiety. Przecież już od ponad dwóch lat obowiązują wytyczne ministra zdrowia opracowane wspólnie z ministrem sprawiedliwości, ułatwiające dostęp do aborcji z powodu zagrożenia dla życia i zdrowia kobiety. Zagrożenie to, według wytycznych, obejmuje również zdrowie psychiczne. A potwierdzić to można jednym orzeczeniem psychiatry.
Po wprowadzeniu w życie tych ułatwień dostęp do aborcji rzeczywiście się poprawił. Jednak nadal są lekarze, którzy szukają powodów, żeby odmówić, i to właśnie robią.
Jasna deklaracja rządzących w sprawie dopuszczalności aborcji z pewnością rozwiałaby wiele obaw. Chociaż oczywiście nie załatwiłaby dobrze sprawy.
Bo przecież wtedy, kiedy trzecia przesłanka była legalna, aborcje na jej podstawie przeprowadzały tylko pojedyncze szpitale.
To tylko światopogląd?
Jest jeszcze polityczne znaczenie tej sprawy. Od dawna widać, że Koalicja Obywatelska, największa partia obozu liberalno-demokratycznego, szuka wyborców z prawej strony sceny politycznej. Zaostrzyła retorykę wobec Ukraińców, imigrantów, zrezygnowała z działań na rzecz rozdzielenia państwa od Kościoła.
Jeśli KO wykazywała aktywność w sprawie unormowania związków jednopłciowych, to raczej wtedy, kiedy trzeba było to utrudnić. Tak było, kiedy Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej nakazał transkrypcję aktów małżeńskich polskich par, które pobrały się za granicą. I tak jest teraz w sprawie aborcji.
Deklaracje walki o legalizację z kampanii wyborczej nie zostały zrealizowane. Nie chodzi tu o to, czy było realne wprowadzenie stosownych ustaw. Tylko o to, że ze strony przewodniczącego Donalda Tuska KO nie było widać determinacji w tej sprawie. Nawet najmniejszej. Jest zupełnie inaczej, niż obiecywał.
KO kieruje się logiką, która odpowiada na realny wzrost siły partii prawicowych i populistycznych w całej Europie.
Być może uważność na prawicową wrażliwość wyborców może służyć pozyskaniu ich w wyborach. Jednak wciąż coraz bardziej paląca jest odpowiedź na pytanie, czy to jest dobra kalkulacja. Czy liberalna demokracja z domieszką prawicowego populizmu może być skuteczna w wyborach? Jak pisał Ben Stanley dla „Kultury Liberalnej”, badania sugerują, że taka taktyka jedynie prowadzi do prawicowych wyborców przesuwających się jeszcze bardziej na prawo – i głosujących na skrajną prawicę.
Rezygnacja z wyrazistego profilu, który można było obserwować przed 15 października 2023 roku sprawia, że KO jest nijaka. Ani prawicowa, ani liberalno-demokratyczna, ani nawet centrowa. Żadna.
Czy „żadna” partia może wygrać wybory z wyrazistymi populistami?
Widać, że w miarę upływu kadencji Sejmu koalicja rządząca próbuje wykazać się działaniem, którego brak wytykano. Trwa walka o Trybunał Konstytucyjny. Donald Tusk czasami ogrywa Karola Nawrockiego – jak z cenami paliw. Teraz można tak odebrać głosowanie w sprawie aborcji – coś zrobiono. Jednak martwe i nijakie prawo niewiele zmieni.
Trybunał być może można odbić mimo prezydenta. W każdym razie widać ostatnio determinację w tej sprawie. Ciężarne kobiety, które boją się o własne życie w szpitalach, nie będą miały poczucia, że rządzący próbują je odbić z rąk polityków, dla których najważniejsze są przekonania dotyczące statusu płodu ludzkiego.
Jesienią przyszłego roku okaże się, czy te lekceważone przez KO sprawy „światopoglądowe” rzeczywiście warto było lekceważyć.