Upadek Starmera – co poszło nie tak?
Starmer odszedł jako najmniej popularny premier od pięćdziesięciu lat, a jego następca – niemal na pewno były burmistrz Manchesteru Andy Burnham – odziedziczy partię w stanie głębokiego kryzysu. Jednak niespełna dwa lata wcześniej Partia Pracy odniosła miażdżące zwycięstwo wyborcze. A jednak do wiosny 2026 roku partia straciła setki radnych i oddała trwającą stulecie dominację w Walii. Na koniec przyglądała się, jak partia Reform UK Nigela Farage’a zadomawia się na pozycji lidera sondaży. Do niedawna było to nie do pomyślenia.
Polski czytelnik mógłby ulec pokusie złożenia porażki Starmera na karb swoistego brytyjskiego wyjątku. W końcu mowa o kraju, który od co najmniej 2016 roku źle sam sobą zarządza, pozbywając się premierów średnio raz na dwa lata – i to z wielkim entuzjazmem.
Rząd Starmera poniósł jednak porażkę w sposób, który powinien niepokoić każdego, kto doszedł do władzy, obiecując, że będzie rozsądną, kompetentną alternatywą dla populizmu. A więc powinien niepokoić także koalicję Donalda Tuska.
Nie chodzi o to, że Starmer rządził szczególnie źle, wedle miary menedżerskiej kompetencji. Była to raczej porażka politycznej odwagi. Płyną z niej trzy lekcje.
Deklarowanie antypopulizmu to za mało
Pierwsza lekcja brzmi: partia, która chce być alternatywą dla prawicowego populizmu, musi nią faktycznie być. Nie może toczyć walki na gruncie wybranym przez populistów.
Co więcej, powinna wiedzieć, dokąd naprawdę odpływają jej wyborcy. Zdobywszy większość elektoratu na obietnicy spokojnych, uporządkowanych i umiarkowanych rządów, Partia Pracy przez dwa lata skręcała na prawo, ścigając się z Reform UK na polu zaostrzania kwestii imigracji. A jednak, kiedy głosy zaczęły się przemieszczać, popłynęły w przeciwną stronę: po majowych wyborach lokalnych zaledwie około 5 procent wyborców Partii Pracy z 2024 roku przeszło do Reform UK, podczas gdy mniej więcej 32 procent powędrowało do Zielonych lub Liberalnych Demokratów.
Partia Pracy kierowała ogień na prawo, a wykrwawiła się na korzyść lewicy i centrum.
Nie jest to swoiście brytyjska pomyłka. Ale z pewnością doskonale udokumentowana w badaniach porównawczych nad rywalizacją partyjną. Jak wykazują Tarik Abou-Chadi i Werner Krause, jest to efekt przyczynowy, a nie przypadkowa zbieżność. Gdy partie głównego nurtu dryfują w prawo, radykalna prawica dokonuje przełomu w sondażach [1]. Dlatego manewr ten rzadko przynosi zakładane oczekiwania.
Zamiast w prawo, lepiej skręcać w lewo?
Kolejne badanie, autorstwa Wernera Krausego, Denisa Cohena i Abou-Chadiego, nie znajduje dowodów na to, że zaostrzanie stanowiska w sprawie imigracji uszczupla poparcie radykalnej prawicy. Przeciwnie – często przynosi skutek odwrotny, nadając narracyjnej ramie narzucanej przez populistów autorytet ponadpartyjnego konsensusu. Wobec centrolewicy pętla zaciska się jeszcze mocniej. Abou-Chadi i Markus Wagner stwierdzają, że bardziej autorytarne i bardziej eurosceptyczne pozycjonowanie, jak już się z czymś wiąże, to z niższym, a nie wyższym poparciem dla socjaldemokracji. Dzieje się tak, ponieważ garstka wyborców, których partia mogłaby odzyskać od radykalnej prawicy, jest zdecydowanie mniejsza niż progresywnych wyborców, których pozyskują rywale z obozu zielonych i lewicy libertariańskiej.
Dane nie są jednomyślne, ale ich ciężar przechyla się w jedną stronę: dla partii centrum ściganie się z radykalną prawicą to sposób, by przegrać dwa razy.
Polska to podręcznikowy przykład tego wzorca. Najostrzejszym jak dotąd werdyktem na temat rządu Tuska były wybory prezydenckie z czerwca 2025 roku, gdy kandydaci obozu rządzącego uzyskali w pierwszej turze 44,9 procent. Wynik ten jest rażący wobec 53,7 procent, które te same partie zdobyły w 2023 roku. Karol Nawrocki nie wygrał dlatego, że liberałowie stali się nacjonalistami; wygrał dlatego, że liberałowie – a zwłaszcza młodzi i lewica – zostali w domach, podczas gdy prawica poszła do urn. Beneficjentem skrętu w prawo nie był nawet główny nurt w postaci PiS-u, którego sondażowa strata do KO wciąż rośnie. Zamiast tego, zyskuje twardsza prawica Mentzenowskiej Konfederacji i Grzegorza Brauna.
Koalicja, która usiłuje zabiegać o prawicowych wyborców na polu migracji czy suwerenności, nie uzyska nowych głosów, a tylko zniechęci progresywny i centrowy elektorat.
Uczciwość to nie wszystko – potrzebna jest narracja
Druga lekcja brzmi: kompetencja bez opowieści jest pusta. A uczciwość to ryzykowny towar, jeśli sprzedaje się go jako jedyny produkt.
Starmer oferował powagę, lecz żadnej narracji. W ten sposób, zamiast oferować odpowiedź na publiczną frustrację wobec systemu, stał się jej ucieleśnieniem. Cała oferta jego rządu sprowadzała się do tego, że jest uczciwszy i dojrzalszy niż populiści. Właśnie dlatego nawet umiarkowane skandale, jak przyjmowanie darmowych biletów na koncerty od donatorów czy nominacja Petera Mandelsona, powiązanego z aferą Epsteina, na ambasadora Wielkiej Brytanii w Waszyngtonie, wyrządzały nieproporcjonalnie duże szkody.
Tusk, oddajmy mu sprawiedliwość, jest politycznym graczem o nieporównanie większym doświadczeniu niż Starmer. Ale jak przekonała się koalicja, kompetencja i czyste ręce to atuty, które szybko tracą na wartości w brudnym rzemiośle sprawowania władzy.
Niedawne doniesienia o przyspieszaniu przyjęć w trybie VIP w Szpitalu Południowym w Warszawie to dokładnie ten rodzaj historii, która wyrządza ponadprzeciętną szkodę partii. Szczególnie jeśli jej główną strategią jest podkreślanie bycia cnotliwszą niż jej poprzednicy.
Starmer nie dowiózł – a jak będzie z Tuskiem?
Trzecia lekcja, zarazem najtrudniejsza, brzmi: trzeba dostarczyć coś namacalnego.
W przeciwnym razie potwierdza się dokładnie ta opowieść, którą snują populiści. Diagnoza populistów głosi, że nic nie działa, a obecny ustrój trzeba po prostu obalić, a nie reformować. Seria ruchów Starmera – od dopłat do ogrzewania zimą, przez reformę świadczeń socjalnych, po podwyżki podatków, które jego kanclerz skarbu najpierw zapowiedział, a potem porzucił – przyniosła jednak wyrzeczenia bez żadnej nagrody.
Sytuacja Polski jest zarazem łatwiejsza i trudniejsza. Łatwiejsza, bo wzrost gospodarczy sprawia, że nie ma tu stagnacji w brytyjskim stylu, z której trzeba by się tłumaczyć. A trudniejsza, bo tak wiele z tego, co koalicja obiecała – liberalizacja prawa aborcyjnego, związki partnerskie, naprawa sądownictwa – zostało zablokowane, po części przez wewnętrzne spory, a po części przez weto prezydenta.
Nazywanie Nawrockiego „wetomatem” jest satysfakcjonujące i nie mija się z prawdą. Tylko co to obchodzi wyborców, którym obiecano zmianę, a zapewniono pat?
Niedowiezienie obietnic, bez względu na przyczynę, uwiarygadnia tezę, że liberalna demokracja niczego nie potrafi dowieźć.
Jaka jest przyszłość Wielkiej Brytanii, a jaka Polski?
Nie znaczy to, że Tuska nieuchronnie czeka los Starmera. Z powodu ordynacji proporcjonalnej Tusk od początku nie cieszył się Starmerowskim złudzeniem niepodważalnej siły. Z kolei fragmentacja koalicji jest w polskim rządzeniu stanem normalnym, a nie kryzysem.
Wybierana w wyborach bezpośrednich prezydentura daje koalicji realne ograniczenie, ale i wygodnego kozła ofiarnego, którego Starmer nigdy nie miał. A polska prawica na razie raczej się rozdrabnia, niż konsoliduje, co kupuje czas, jakiego Partia Pracy nie miała.
Najważniejszą lekcją jest jednak ta, którą przypadek brytyjski wyraża najdobitniej. Restauracja systemu, której nie udaje się skonsolidować, jest interregnum, a nie punktem zwrotnym. W Wielkiej Brytanii Reform UK prowadzi dziś w sondażach, a miażdżące zwycięstwo centrolewicy wydaje się raczej krótką pauzą przed powrotem do władzy populizmu w bardziej radykalnym wydaniu.
Dla Polski odpowiednikiem tego rozliczenia są wybory parlamentarne 2027 roku. A odpowiednikiem zagrożenia – PiS ciągnięte w prawo pod wodzą Przemysława Czarnka i flankowane przez Konfederację i Brauna, którzy normalizują to, co do niedawna było nie do pomyślenia.
Perspektywa ta stawia przed Tuskiem wybór trudniejszy niż cokolwiek, z czym mierzył się Starmer: między dowleczeniem się do porażki z niespełnionymi obietnicami, a bardziej drastyczną, przekraczającą normy drogą, do której namawiają niektórzy jego sojusznicy.
Upadek Starmera jest ostrzeżeniem, że zachowawcza, menedżerska droga wcale nie jest bezpieczna. Czy ta śmielsza jest mądrzejsza? Na to pytanie polskie centrum musi odpowiedzieć samo, zanim zrobią to jego wyborcy.
Źródła:
Tarik Abou-Chadi & Werner Krause [2020], „The Causal Effect of Radical Right Success on Mainstream Parties’ Policy Positions: A Regression Discontinuity Approach”, „British Journal of Political Science”, 50(3), s. 829–847.
Werner Krause, Denis Cohen & Tarik Abou-Chadi [2023], „Does Accommodation Work? Mainstream Party Strategies and the Success of Radical Right Parties”, „Political Science Research and Methods”, 11(1), s. 1–8.
Tarik Abou-Chadi & Markus Wagner [2020], „Electoral Fortunes of Social Democratic Parties: Do Second Dimension Positions Matter?”, „Journal of European Public Policy”, 27(2), s. 246–272.