Dźantar Mantar – niepozorna ulica i jednocześnie mały park w centrum Delhi – przez dziesięciolecia był jednym z symboli indyjskiej demokracji. To właśnie w tym miejscu obywatele Indii mogli legalnie protestować, sprzeciwiając się polityce partii rządzącej lub żądając od pracodawców należnych im praw. Ale władze indyjskie, pod wodzą premiera Narendry Modiego, właśnie zniszczyły symboliczne znaczenie tego miejsca.

Zgodnie z decyzją władz Dźantar Mantar stracił status przestrzeni, w której mogą odbywać się protesty. Co prawda, rządzący wyznaczyli inne miejsca dla protestów, ale są one oddalone od społeczno-politycznego centrum indyjskiej stolicy – Dźantar Mantar znajduje się nieopodal gmachu parlamentu. Dlatego nowe miejsca nie pozwolą protestującym i ich postulatom być równie zauważalnymi.

Dlaczego Indie protestują?

Decyzja o wyrzuceniu oponentów z centrum stolicy to nie jedyne antydemokratyczne działanie rządu Narendry Modiego.

Wydaje się, że Modi jest poważnie zaniepokojony skalą trwających od lipca protestów młodego pokolenia. Oraz faktu, że dołączyła do nich indyjska inteligencja.

Celem lipcowych protestów, o których pisałem na łamach „Kultury Liberalnej”, było usunięcie z rządu ministra edukacji Dharmendry Pradhana. Był on odpowiedzialny za chaos i bałagan podczas egzaminów wstępnych na wyższe uczelnie, a także za wycieki tematów egzaminacyjnych. Skala sprzeciwu i jego charakter były przez władze na tyle nieoczekiwane i uznane za niebezpieczne, iż Modi skłonił nieudolnego ministra do złożenia dymisji.

Obecna fala protestów dotyczy natomiast majstrowania Indyjskiej Komisji Wyborczej przy listach wyborczych. Komisja, składająca się z urzędników w większości wskazanych przez rząd, kilka miesięcy temu rozpoczęła rewizję list wyborczych. Oficjalnie po, by wykluczyć osoby, które nie mają prawa wyborczego lub też zmarły. Praktyka pokazała jednak, że

komisja wykluczyła z udziału w wyborach około 130 milionów osób. Przede wszystkim tych, które należą do mniejszości etnicznych, narodowych i religijnych.

Kto nie może głosować w Indiach?

Wykluczenia dokonywano pod byle jakim pretekstem i to potencjalny wyborca musiał udowodnić, że należy mu się prawo do głosowania. W przypadku mniejszości plemiennych czy osób zamieszkałych na głuchej indyjskiej prowincji nie zawsze było to możliwe. Brakowało dokumentów potwierdzających choćby obywatelstwo – bo mimo rozwiniętej w Indiach biurokracji jej efekty bywają niezadowalające. Tony papierów poniewierających się na biurkach urzędników nie zawsze odzwierciedlają stan faktyczny i miejsce konkretnej osoby w społeczeństwie.

Analizując proces weryfikacji, krytycy rewizji list wyborczych zauważyli, że ma ona służyć przede wszystkim usunięciu grup społecznych, które są nastawione niechętnie wobec narodowo-religijnego nurtu, jakim jest ruch hindutvy.

Hindutva otwarcie deklarowała od lat, iż Indie są krajem wyznawców hinduizmu, a przedstawiciele innych tradycji religijnych nie powinni mieć istotnego głosu w sprawach ważnych dla kraju.

Ruch ten cieszy się od lat wsparciem Narendry Modiego.

W ten sposób komisja odmawiała osobom niewyznającym hinduistycznej tradycji religijnej prawa do decydowania o losach kraju. Ofiarami takiego założenia padali przedstawiciele ludności plemiennej wyznający animizm lub kult przodków, muzułmanie, a także chrześcijanie. To w dużym stopniu elektorat partii Narodowego Kongresu Indyjskiego, która jest w opozycji do rządzącej Indyjskiej Partii Ludowej (BJP).

BJP czuje się zagrożona?

Upublicznienie tych wiadomości sprawiło, że z początkiem października Indiami wstrząsnęły kolejne protesty. O ile jednak lipcowym przewodziła Partia Karaluchów, czyli zupełnie nowy podmiot na indyjskiej scenie politycznej, to w październiku protesty rozpoczęli zwolennicy Kongresu Indyjskiego. Szybko jednak dołączyła do nich młodzież oraz sympatycy Karaluchów. Nie ulega wątpliwości, iż październikowe protesty przeraziły rządzących w jeszcze większym stopniu aniżeli lipcowe. Zaczęli oni dostrzegać w dynamice antyrządowych wystąpień rzeczywiste zagrożenie dla BJP.

Głównym żądaniem protestujących jest dymisja Gyanesha Kumara, głównego komisarza wyborczego Indii, który zainicjował akcję weryfikacji list. Zdaniem protestujących, jednoznaczna sympatia Kumara okazywana rządowi Modiego dyskwalifikuje go jako szefa niezależnej i bezstronnej komisji wyborczej.

Protestujący uważają, iż działania Gyanesha Kumara rzucają cień na proces demokratycznych wyborów w Indiach i zagrażają demokracji.

Reakcja władz na protesty jest raczej przykładem użycia brutalnej siły aniżeli chęcią dialogu. Tym bardziej że w Delhi nie dochodzi do jakichkolwiek form dewastowania miasta, plądrowania sklepów i lokali usługowych, co obserwujemy we Francji. Demonstracjom towarzyszą natomiast indyjskie trójkolorowe flagi narodowe. Jest to szczególnie istotne w przypadku młodego pokolenia, którego każdy protest uznawany był przez Narendrę Modiego i jego rząd za działanie antynarodowe i antypaństwowe. Jeżeli jednak młodzież demonstruje pokojowo pod Trójkolorową, to naprawdę trudno w przekazie propagandowym przedstawiać ją jako wroga narodu państwowa.

Mimo to policja indyjska brutalnie rozgania protestujących. W użyciu są wszystkie środki przymusu bezpośredniego z tradycyjnie używanymi przez indyjskich policjantów długimi bambusowymi pałkami. Jednocześnie władze dokonują tak zwanych prewencyjnych aresztowań. Do aresztu trafił między innymi przywódca ruchu Karaluchów Abhijeet Dipke oraz szefowa lewicowego Indyjskiego Ruchu Studenckiego Neha Bora. Jednocześnie w demonstracjach aktywnie uczestniczą przedstawiciele Indyjskiego Kongresu Narodowego z jego przywódcą Rahulem Gandhim.

Protesty inne od wszystkich

Nie ulega wątpliwości, iż zapoczątkowane w lipcu i trwające w październiku protesty są największym wyzwaniem dla sprawującego władzę już od dwunastu lat premiera Narendry Modiego. Komentatorzy podkreślają fakt odmienności tegorocznych demonstracji od wcześniejszych. Protestujący w Indiach zwykle nie oczekiwali natychmiastowej realizacji ich żądań. Spełnienie oczekiwań miało następować w dłuższym okresie.

Tym razem żądają rozwiązań natychmiastowych.

W lipcu – dymisji Dharmendry Pradhana; teraz – Gyanesha Kumara.

Nie tylko dynamika ostatnich protestów jest dla indyjskich władz niepokojąca. Sposób ich przeprowadzania jest także zaskoczeniem.

Oto młodzi ludzie jednoczą się pod trójkolorowym sztandarem i występują w obronie innych Indii, aniżeli te, które buduje od dwunastu lat Narendra Modi.

Jakich Indii chcą młodzi?

Chodzi im o Indie, których ideałem jest hasło „jedność w różnorodności”, a nie jedność wyłącznie pod pomarańczowym sztandarem hindutvy. Tych młodych ludzi nie przekonują umizgi Modiego w mediach społecznościowych kierowane w ich stronę. Widzą raczej śmiesznego staruszka nie nadążającego za współczesnymi wyzwaniami, z którymi mierzy się indyjska młodzież.

Jednocześnie ci młodzi protestujący, do których dołączają liczne grupy inteligencji, widzą, iż obietnice Modiego nie są realizowane. Na przykład te dotyczące likwidacji bezrobocia wśród młodych. Około 40 procent absolwentów wyższych uczelni indyjskich do 25. roku życia nie może znaleźć w kraju pracy odpowiadającej ich kwalifikacjom. Rosną koszty codziennego utrzymania, a władze nie potrafią uporać się ze wzrostem cen. Zamiast tego ludzie otrzymują propagandowe hasła o hinduistycznych Indiach.

Poza tym młodzi i wykształceni coraz krytyczniej postrzegają politykę zagraniczną Indii prowadzoną przez rząd Modiego. Nieodosobniony jest pogląd, że pod wodzą BJP Indie straciły życzliwość sąsiadów.

W gruncie rzeczy Nowe Delhi nie ma pozytywnych relacji z żadnym z krajów sąsiedzkich.

Wrogość w relacjach z Pakistanem, nieufność w stosunkach z Chinami, pogorszenie relacji z Bangladeszem i Nepalem. Polityka otwarcia na Azję Południowo-Wschodnią też nie przynosi spodziewanych rezultatów gospodarczych. Relacje z Unią Europejską nijakie, ze Stanami Zjednoczonymi przypominające sinusoidę, a z Rosją – może i niezłe, ale dla najludniejszej demokracji świata kompromitujące.

To wszystko zauważają młodzi Indusi, którzy pragną nowych, otwartych i demokratycznych Indii. I są coraz bardziej zniecierpliwieni rządami BJP i Narendry Modiego.