Sparaliżowane centrum Delhi, policja bijąca pokojowych demonstrantów, gaz łzawiący i bambusowe pałki w akcji – to najbardziej lapidarny opis wydarzeń, które miały miejsce w drugiej połowie lipca w indyjskiej stolicy, w miejscu o nazwie Dźantar Mantar. Od lat właśnie tutaj odbywają się pokojowe demonstracje indyjskich obywateli. Zgodnie z tradycją mogą tu wyrażać swe niezadowolenie z polityki władz oraz organizować antyrządowe pikiety, demonstracje i strajki głodowe.

W lipcu tego roku protesty organizowała społeczna inicjatywa będąca początkowo prześmiewczą aktywnością w mediach społecznościowych. Chodziło o parodiowanie rządzącej Indiami Indyjskiej Partii Ludowej (BJP). Inicjatywa przyjęła nazwę Partii Łowców Karaluchów (CJP).

Dlaczego Karaluchy?

Karaluchy, to określenie, którym wiosną tego roku prezes Sądu Najwyższego Indii określił młodych niepracujących ludzi, żyjących jego zdaniem na koszt społeczeństwa. Ale młodzi, wykształceni ludzie są bez pracy nie dlatego, że pasożytują na państwie – w Indiach panuje potężne bezrobocie i brakuje miejsc pracy. Rządy BJP pod kierownictwem premiera Narendry Modiego, trwające już od 2014 roku, nie potrafiły do tej pory rozwiązać tego ogromnego problemu społecznego. Nic zatem zaskakującego, że młodzi zareagowali na nazwanie ich „karaluchami” protestem. 

Początkowo był on prześmiewczy, a jego miejscem były media społecznościowe. Jednak kilka tygodni temu przeniósł się on do stolicy, Delhi. Hasłem tego protestu, który rozpoczął się w okolicy Dźantar Mantar, są słowa: Chalo Sansad, co znaczy „Idźmy do parlamentu”. Trzeba pamiętać, że Dźantar Mantar znajduje się nieopodal Parliament Street – czyli w niedalekim sąsiedztwie gmachu indyjskiego parlamentu, pilnie strzeżonego przez policję. 

Na Dźantar Mantar protestujących przywiodła upubliczniona i nagłośniona przez Partię Karaluchów afera – wyciekły pytania egzaminacyjne największego w Indiach ogólnokrajowego egzaminu wstępnego na stacjonarne studia medyczne (NEET-UG 2026). Spowodowało to, że egzaminy z maja tego roku zostały unieważnione, a następnie przeprowadzone ponownie pod koniec czerwca. 

Dla tysięcy przystępujących do testów stanowiło to ogromny stres, który w ponad dwudziestu przypadkach zakończył się samobójstwami młodych ludzi. Nie była to pierwsza afera z wyciekiem pytań egzaminacyjnych przygotowywanych przez National Testing Agency (NTA). Z tego też powodu nagłośnienie przez „Karaluchy” sprawy doprowadziło do wielotysięcznego protestu na Dźantar Mandar.

Trwa on od początku lipca. Podstawowe żądanie protestujących to dymisja ministra Dharmendry Pradhana, szefa resortu rozwoju zasobów ludzkich, obecnie ministerstwa edukacji. Protestujący żądają ponadto uwolnienia aktywisty z Himalajów Ladaku Sonama Wangchuka, który rozpoczął z początkiem lipca strajk głodowy w sprawie afery egzaminacyjnej i który został przez policję siłą zabrany do szpitala. Chcą także wypłacenia wielotysięcznych odszkodowań rodzinom tych młodych ludzi, którzy w wyniku stresów związanych z wyciekiem pytań, unieważnieniem egzaminów i ich ponownym przeprowadzeniem popełnili samobójstwa. 

Zasadniczym żądaniem protestujących jest reforma indyjskiego systemu edukacyjnego oraz wykorzenienie korupcji ze struktur edukacyjnych.

Inteligencja mówi „dość”

Protest na Dźantar Mantar to jednak nie tylko wystąpienie młodych ludzi rozczarowanych brakiem pracy i koniecznością szukania możliwości zarobkowych znacznie poniżej swego wykształcenia lub poza granicami Indii. Wedle danych indyjskich niemal 40 procent wykształconych młodych Indusów nie może znaleźć zatrudnienia na indyjskim rynku pracy. Do protestu w indyjskiej stolicy przyłączyli się także rodzice młodych ludzi, nauczyciele, pracownicy uczelni wyższych, osoby pracujące i dobrze wykształcone, a także wysokiej klasy specjaliści. Wielu z nich przybyło spoza Delhi. Ich udział w proteście pokazuje, że budzić się zaczynają Indie ludzi wykształconych. Ci dostrzegają, iż populistyczne rządy BJP i Narendry Modiego w perspektywie długofalowej niekoniecznie sprzyjają rozwojowi kraju oraz klasie wykształconej.

Oznacza to jednocześnie, że protesty zorganizowane i kierowane przez Indyjską Partię Karaluchów, to już nie tylko przejaw buntu Pokolenia Z czy Pokolenia Y. To prawda, impuls do natarcia „Karaluchów” na skostniałe struktury władzy BJP dali przedstawiciele tamtych generacji. Ale włączenie się pokolenia starszych i wykształconych obywateli Indii w obecne protesty oznacza, iż spora część indyjskiej inteligencji dostrzega już, iż populistyczny charakter rządów BJP staje się groźny także dla podstaw indyjskiej demokracji.

Założyciel ruchu „Karaluchów” Abhijeet Dipke zyskał już poparcie ze strony najważniejszych partii opozycyjnych, indyjskich organizacji rolniczych, krajowych celebrytów, łącznie z gwiazdami Bollywoodu. 

Tegoroczna afera egzaminacyjna, nie pierwsza w Indiach, jest pochodną skorumpowanego systemu działającego w tym kraju na wielu szczeblach. 

Coraz brutalniejsze protesty

Antykorupcyjne protesty nie są w Indiach nowością. W 2011 roku organizował je ruch aktywisty Anny Hazarego. Został dość szybko uciszony przez władze, mimo iż zyskiwał coraz silniejsze poparcie społeczne. Jednak populistyczne slogany głoszone przez partię Modiego, a także paramilitarne bojówki wspierające rządzących spod znaku Narodowego Stowarzyszenia Ochotników (Rashtriya Swayamsevak Sangh, RSS), skutecznie wygasiły późniejsze protesty.

Kiedy pisałem te słowa, bilans pacyfikowanego 20 lipca protestu był dramatyczny. Ponad 180 osób odniosło poważne obrażenia w wyniku akcji policji. 150 z nich wymagało hospitalizacji, w tym jedna osoba znajdowała się w stanie krytycznym. Policja zatrzymała ponadto wielu uczestników demonstracji. 

Komentatorzy wydarzeń w Delhi zgodnie twierdzą, iż od kilkudziesięciu lat nie widzieli w indyjskiej stolicy takiej brutalności wobec protestujących ze strony policji. 

Tym bardziej iż protest „Karaluchów” był pokojowy. 

Przywódcy protestu ogłosili dzień później, iż odwołują hasło Chalo Sansad, czyli „Idźmy do Parlamentu”, ze względu na troskę o bezpieczeństwo uczestników demonstracji. Jednocześnie zapewnili, iż protest na Dźantar Mantar będzie kontynuowany.

Brutalna interwencja policji doprowadziła do radykalizacji nastrojów wśród protestujących, a także wśród opozycji. O ile na początku lipca jeszcze nie padały hasła żądające dymisji premiera Narendry Modiego, to już po 20 lipca takie oczekiwania zostały postawione. Ogłosili je przedstawiciele Indyjskiego Kongresu Narodowego, czyli partii opozycyjnej wobec rządzącej Indyjskiej Partii Ludowej. Słowa te padły podczas pikiety pod rezydencją premiera Modiego, zorganizowanej w dzień po akcji policji na Dźantar Mantar. W pikiecie tej wzięli udział czołowi politycy Partii Kongresowej – z Rahulem Gandhim oraz Priyanką Gandhi Vadrą na czele. Doszło do przepychanek z policją, a jeden z członków indyjskiego Senatu został zatrzymany przez służby. Dla indyjskich parlamentarzystów był to szok.

Skorumpowane Indie

Część komentatorów w Indiach uważa, iż przedstawiciele rządzącej partii BJP uznali trwający już wiele dni protest Indyjskiej Partii Karaluchów za istotne zagrożenie dla populistycznego i nacjonalistycznego rządu Narendry Modiego. Korupcja w szkolnictwie każdego szczebla, brak rzeczywistych perspektyw przed wykształconymi młodymi ludźmi, rozszerzające się bezrobocie wśród młodych specjalistów, to bolączki znane powszechnie w indyjskim społeczeństwie.

Rządząca partia BJP nie potrafi rozwiązać tych problemów. W zamian proponuje Indusom hasła pełne nacjonalizmu i ideologię „hindutvy”, czyli powszechnej dominacji hinduizmu we wszystkich sferach życia społeczno-politycznego Indii. Wreszcie – szerzy nieufność i niechęć wobec mniejszości etnicznych i religijnych. 

Wbrew wielowiekowej indyjskiej tradycji BJP widzi w mniejszościach wyłącznie zagrożenie dla indyjskiej idei narodowej, która w praktyce ociera się o działania niemal faszystowskie. W rejonach rządzonych przez BJP coraz częściej dochodzi do ataków i pogromów, których ofiarami padają muzułmanie i chrześcijanie, a także przedstawiciele ludności plemiennej. Za ataki odpowiadają aktywiści Rashtriya Swayamsevak Sangh (RSS), organizacji od lat oskarżanej o działania mające znamiona faszystowskie. Mimo to RSS jest popierana przez rząd premiera Narendry Modiego, polityka, który w młodości był aktywnym członkiem tego ugrupowania. Szerzący się faszyzm może tylko zaostrzyć społeczne konflikty – które, jak pokazał lipiec, już i tak sięgają zenitu.