Swego czasu teatralne działania polskiej prawicy były znaczące i dla wielu atrakcyjne. Choć dla części warszawiaków „miesięcznice” zapoczątkowane w roku 2010 mogły być czymś żenującym, miały one swój wewnętrzny sens i przejrzystość. Tworzyły go różańce, hymny narodowe i religijne, a także głoszone teorie spiskowe. Pomińmy kwestię, czy cele Jarosława Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza pokrywały się z intencjami ludzi, którzy dziesiątego dnia każdego miesiąca trwali na warcie lub brali udział w innych, pochodnych formach tego „teatru” (vide intronizacja Chrystusa na Króla Polski). Przekaz był czytelny – nie trzeba było telewizji Republika, by go interpretować.

Smętne gawędy demokratyczne

Zestawmy to z wydarzeniami z piątkowego wieczoru sprzed tygodnia: oto człowiek w garniturze i krawacie próbuje sforsować bramę za pomocą nożyc do cięcia prętów. A na miejscu pojawia się prezydent, by siłą przecisnąć się obok sędzi Anny Korwin-Piotrowskiej. Widać setki polskich flag i inne stałe elementy przedstawienia, ale nikt już nie modli się o zmianę. Znajdujemy się raczej o krok od zamachu. Duch późnego PRL-u (z jego charakterystycznym „wystawaniem” w kolejce po deficytowy towar) ustąpił miejsca duchowi marszu ONR-u. Pytanie brzmi: czy ta nowa odsłona ulicznego teatru jest dla prawicy równie popularna i przystępna, co poprzednia? Podejrzewam, że nie. Kontrnarracja ulicy jest jednak wyjątkowo słaba. W obronie sądów organizowano głównie milczące protesty pod szyldem KOD-u. Odwiedziłem jeden z nich w Szczecinie, przed Sądem Okręgowym na placu Żołnierza Polskiego. Było to doświadczenie niezwykle przygnębiające. Ktoś coś mówił, jakieś „gawędy przy wyłączonym mikrofonie”, a dookoła setka ludzi skulonych razem, odwróconych plecami do ulicznego ruchu. Pojawiły się zaledwie dwie flagi, dyskretnie schowane gdzieś z boku. Do tego nieśmiałe okrzyki: „Kon-sty-tucja” i „De-mo-kracja”.

Teatr, a nie Kon-sty-tucja

Dlaczego to ma znaczenie? Przychodzi mi na myśl kontrast z protestami przed Sądem Najwyższym USA, gdzie ludzie manifestują, domagając się prawa do bycia wysłuchanymi. Pary jednopłciowe urządzały tam śluby. Kobiety domagały się ochrony prawa do aborcji – lub wręcz przeciwnie, jej zakazu. Odbywały się tam wiece w sprawach lepszej opieki zdrowotnej, dostępu do mieszkań, edukacji, praw wyborczych i wielu innych kwestii.

Protesty te są zawsze barwne (zawsze znajdzie się ktoś przebrany za Statuę Wolności czy amerykańskiego bielika), a jednocześnie pełne znaczenia. Amerykanie uwielbiają przebierać się i przygotowywać transparenty, które sprowadzają rozpatrywane przez sąd sprawy do prostych haseł dotyczących praw obywatelskich. Nikt nie może mieć wątpliwości, że sąd ten ma ogromne znaczenie.

Można by sobie życzyć czegoś podobnego w Warszawie. Zaskakujące były słowa Korwin-Piotrowskiej o tym, że setki spraw – w tym około 350 wniesionych przez polskich obywateli – utknęły w martwym punkcie z powodu opieszałości i działań blokujących ze strony kierownictwa Trybunału Konstytucyjnego pod wodzą Julii Przyłębskiej i Bogdana Święczkowskiego. Tymczasem, przysłuchując się retoryce broniącej Trybunału, można odnieść wrażenie, że głównym problemem jest jedynie kwestia trójpodziału władzy czy budżet tej instytucji. Ani słowa o ludziach, których dramatyczne sprawy pozostają niewysłuchane, a których prawa są ograniczane przez bezczynność Trybunału.

Obecny rząd polski miał na starcie silne poparcie ulicy, czego dowodem były masowe marsze z czerwca 2023 roku. Brak konkretnych, odczuwalnych dla społeczeństwa rezultatów – na przykład złagodzenia restrykcyjnego prawa aborcyjnego – osłabił tę energię. Nawet rząd o charakterze technokratycznym potrzebuje w tak krytycznych momentach wsparcia płynącego z ulicy.

Spór wokół Trybunału Konstytucyjnego powinien dotyczyć tego, czym instytucja ta się zajmuje i co może osiągnąć, a nie tylko jej miejsca w polskim porządku konstytucyjnym. Pewna dawka „teatru” w obronie praw obywatelskich byłaby skutecznym antidotum na teatr uprawiany przez prawą stronę sceny politycznej.