Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Komentarz nadzwyczajny > Milcząca, zirytowana większość...

Milcząca, zirytowana większość [Spór o Uniwersytet]

Monika Helak

W debacie o kondycji polskiego szkolnictwa wyższego na temat studentów mówi się sporo, ale niestety – najczęściej w trzeciej osobie. Tymczasem to ta właśnie grupa powinna być podstawowym źródłem wiedzy o problemach akademii i możliwych rozwiązaniach.

Komentarz do Tematu Tygodnia „Po 25 latach wolności. I po co nam dziś uniwersytet?” [LINK]


 

Student jest figurą podatną na różnego rodzaju ataki – postacią, którą można sprowadzić do prostego, często wulgarnego, zestawu cech. W paradygmacie reformy minister Barbary Kudryckiej najprostszym rozwiązaniem problemu nieefektywnej finansowo uczelni – fabryki dyplomów – było zmniejszenie liczby studentów lub wprowadzenie choćby częściowej odpłatności za studia. Uczelnie miały też być ewaluowane według czytelnych kryteriów – dzięki temu, jak zakładano, powinny szybko wspinać się po szczeblach rankingów. Z kolei za remedium na rosnącą liczbę bezrobotnych absolwentów uznano „upraktycznienie” programów nauczania i powiązanie ich z biznesem.

Skutki wprowadzenia tej reformy znamy. Powszechne głosy oburzenia ze strony wykładowców akademickich punktowały konieczność gonienia za kolejnymi grantami, parania się biurokracją czy niepewność bytową związaną ze zbyt niskimi nakładami na naukę. Uczelnie z kolei z mozołem wcielają w życie pseudozawodową, stricte utylitarną ofertę, w której nie czują się za dobrze ani prowadzący, ani uczestnicy kursów. Istotny kontekst stanowią bolączki wymieniane przez prof. Marcina Kulę – fetysz standardyzacji na siłę oraz usiłowanie uczynienia wszystkich działań uniwersytetu absolutnie mierzalnymi i porównywalnymi. Na ten stan rzeczy narzekają w mediach właściwie wszyscy poza… studentami. Nie buntujemy się. To jednak nie oznacza, że mamy powody do zadowolenia.

Zarzut pierwszy: studenci są niezainteresowani studiami

Gdy zaczynałam studia w 2011 r., nowelizacja ustawy o szkolnictwie wyższym wchodziła właśnie w życie. Równocześnie był to szczyt popularności Barbary Kudryckiej jako minister nauki i szkolnictwa wyższego. Naszym podstawowym nastawieniem było po prostu uczenie się i realizacja zainteresowań.

Aby to zrobić, musieliśmy uczęszczać na zajęcia. Obecnie na większości uczelni rejestracja na nie odbywa się przez system elektroniczny, w którym gromadzi się wszelkie dane: nazwiska prowadzących, sylabusy, terminy, godziny, oceny… W nim także określone są limity przyjęć. Za każdym razem, gdy tylko otwierano zapisy, by trafić do upatrzonej grupy, musieliśmy zdążyć przed innymi. Póki możliwe były przeszeregowania czy dopisywanie ponad limit, nie cierpieliśmy na tym zanadto. Teraz jednak wydziały stają wobec ograniczonej liczby studentów, których trzeba w miarę równo rozdzielić pomiędzy grupy. Jeśli grupa się nie zbierze, zajęcia nie ruszają, a prowadzący nie realizuje swojego obowiązku dydaktycznego. I w konsekwencji nie dostaje pieniędzy. Coraz bardziej naciska się zatem na to, by limitów jednak się trzymać. Tylko jaki to ma sens w przypadku fakultetów dotyczących skrajnie różnych, czasem wręcz „niszowych” tematów? Czy można oczekiwać od studenta, który na dane zajęcia zapisał się pod przymusem albo z przypadku, by autentycznie się w nie angażował?

Dlaczego nie występujemy jednym frontem? Czy nie możemy – jako ludzie akademii: wykładowcy, doktoranci i studenci – wspólnie dążyć do zmiany?

Monika Helak

Do każdego przedmiotu przypisane są tzw. punkty ECTS, które teoretycznie określają nakład pracy studenta potrzebny do zaliczenia danych zajęć. W reformie miały być walutą rozliczeniową między studentem a ministerstwem – jeśli przekroczyło się limit punktów przypisany na dany rok, trzeba było zapłacić. Student więc zmuszony był do przeliczania tej edukacyjnej waluty, a kwestia jego rozwoju (co mogło się wiązać z chęcią zaliczania dodatkowych przedmiotów) schodziła na najdalszy plan. Wraz z wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego stwierdzającym nielegalność opłaty za drugi kierunek studiów – wprowadzonej przez minister Kudrycką – problem ten niejako rozwiązał się sam, jednak przez dwa lata kładł się cieniem na życiu studentów.

Te niby drobne zmiany systemowe całkowicie zmieniły też perspektywę studiowania i, patrząc szerzej, uprawiania nauki. Ścigamy się między sobą o dobrych prowadzących i ciekawe tematy zajęć, choć można by temu zapobiec, elastyczniej podchodząc do programu. Dlaczego na przykład czasowo nie zaproponować zwiększenia liczby zajęć popularnych i zmniejszenia wymiaru tych mniej interesujących?

Oczywiście, na to pytanie łatwo odpowiedzieć. Pensum, czyli wymiar zajęć obowiązkowych do przeprowadzenia dla każdego pracownika naukowego, ustalane jest odgórnie, zapisami ustawowymi (choć, co warto podkreślić, ustawodawca proponuje widełki, a nie sztywne godziny). Każdy zatrudniony, czy chce, czy nie, musi je zrealizować. Można by jednak wspólnie działać na rzecz zmiany tych zapisów. Z pewnością część uczonych chętniej zajęłaby się raczej pracą badawczą niż dydaktyczną i vice versa – obecnie zaś większość zmuszona jest wykonywać każdą z nich w mniej więcej podobnym wymiarze. Na zmianie skorzystałyby obie strony – studenci, bo nie musieliby się obawiać zmarnowanego semestru ze zniechęconym do nich na starcie dydaktykiem, i pracownicy, bo mogliby poświęcić więcej czasu temu, w czym się czują najlepiej i w czym są najefektywniejsi.

Innym problemem jest ogromne obciążenie obowiązkowymi zajęciami. Gdy rozmawiam z moimi znajomymi studiującymi na najlepszych zagranicznych uczelniach, szybko się orientuję, jak dużo czasu spędzają w salach wykładowych polscy studenci. Niewiele pozostaje czasu na lektury, pisanie czy dyskusje bardziej seminaryjne. W rezultacie kryterium wyboru zajęć często sprowadza się do łatwości zaliczenia czy niekłopotliwego wykładowcy. Postawa ta wzmacniana jest dodatkowo przez medialną presję na ciągłe „dokształcanie się”, praktyki, staże czy pracę. Czasem tę ostatnią wymusza zwyczajna życiowa konieczność (system stypendiów tak naukowych, jak i socjalnych pozostawia bardzo wiele do życzenia). Student jest zmęczony, a jego pasje rozmieniają się na drobne. Znów: zmiana w tym zakresie byłaby opłacalna dla wszystkich. Dzięki temu łatwiej można by było zwiększyć liczbę bardziej interesujących dla obu stron zajęć seminaryjnych i zmniejszyć związany z pensum wymiar dydaktyczny.

Zarzut drugi: ze studentami nie da się rozmawiać

Dlaczego więc, skoro znajdujemy tutaj tyle punktów wspólnych, nie występujemy jednym frontem? Czyż nie możemy – jako ludzie akademii: wykładowcy, doktoranci i studenci – wspólnie dążyć do zmiany?

Reforma minister Kudryckiej wzmocniła na uczelniach logikę rywalizacji wszystkich ze wszystkimi – uczelni z uczelniami, wydziałów z wydziałami, pracowników z pracownikami – jednak nie znaczy to, że przed 2011 r. nie miały one innych problemów. Świat polskiego uniwersytetu jest wciąż światem wyraźnie feudalnym. Nadal głównymi decydentami są ci, którzy niegdyś osiągnęli najbardziej prestiżową pozycję, mają najwyższe tytuły naukowe i najczęściej też – to ci najstarsi. Choć prawo zapewnia nam studencką samorządność i rozliczne organy, które pozwalają kontrolować działania władz uniwersyteckich, nieustannie zderzamy się z nieufnością i mentalnością oblężonej twierdzy. Uniwersytetowi brakuje autentycznego poczucia solidarności i wspólnotowości. Widać to nie tylko w logice rywalizacji, lecz także w niechęci wielu uczonych do spłaszczenia rozdętej uniwersyteckiej hierarchii.

Można się z tym zderzyć na wielu poziomach. Uczelnie wyższe mają problem z transparentnością; tym gorzej, że przenosi się to także na bardziej podstawowe relacje między studentem a administracją. Nie jest odruchem władz uniwersyteckich konsultacja czy wyjaśnianie studentom wprowadzanych zmian, jeśli takiego obowiązku nie wymusza prawo. W środowisku ludzi uczących (się) sztuki myślenia, zadawania pytań i dialogu, nie widzimy deliberacji ani prób uzgodnienia stanowiska z tymi, którzy w hierarchii stoją najniżej. Komunikacja władz ze studentami sprowadza się często do suchych ogłoszeń na drzwiach sekretariatu i oschłej, często nieprzyjemnej „obsługi serwisowej” w dziekanatach. Rzecz jasna, wciąż istnieją enklawy, gdzie głos studencki jest znacznie silniejszy i gdzie podchodzi się do niego z szacunkiem. Nie zmienia to jednak generalnej tendencji myślenia i postępowania, wedle której żak (wieczny bumelant albo, w przypadku samorządowca, pieniacz) jest zwyczajnie niegodny zaufania. I nie jest partnerem do dyskusji, bo stoi za nisko w hierarchii.

Mało jest przestrzeni na samym uniwersytecie, która by sprzyjała twórczej deliberacji. Najbardziej pożądany student to student milczący.

Monika Helak

Sama doświadczyłam takiej postawy, gdy tylko zaangażowałam się w ruch studencki. Od tego momentu zaczęłam interesować się prawem uczelnianym, obiegiem dokumentów, techniką obsługi studenta, czyli wszystkim tym, co na co dzień powinno sprawnie i niewidocznie funkcjonować. Stałam się też podmiotem w organach uniwersyteckich tam, gdzie głos studencki musi zostać uwzględniony i widziałam, jaką sprawia niedogodność, gdy wykorzystywany był „zbyt” aktywnie. Nieufność posunięta jest do tego stopnia, że na jednym z posiedzeń rady mojego wydziału jako studenci musieliśmy tłumaczyć się, dlaczego głosowaliśmy przeciwko. Pytanie padło, mimo że inicjatywa będąca przedmiotem dyskusji i tak została przyjęta, a nasz sprzeciw miał wymiar głównie symboliczny. Innym razem, gdy jako członkini samorządu poprosiłam o wgląd do dokumentów finansowych wydziału (czyli o dostęp do informacji publicznej), spotkałam się z odmową i argumentem, że student „i tak nic z tego nie zrozumie”.

Przeciwko prostym diagnozom

Opisane wyżej problemy rzadko stają się przedmiotem medialnej debaty. I nic dziwnego – sami nie dopominamy się o słyszalność. Jednak w mikroskali daje się dostrzec dużo aktywnych, wartościowych osób, którym chce się dyskutować o stanie uczelni i poświęcać swój czas – już rozrywany przez zajęcia uniwersyteckie, rozliczne dodatkowe fakultety i zwykłą zarobkową pracę – na stworzenie Programu Naprawy Uczelni.

Mało jest jednak przestrzeni na samym uniwersytecie, która by temu sprzyjała. Najbardziej pożądany student to milczący student. Tutaj właśnie władze uniwersyteckie powinny uderzyć się w pierś, bo to one mają największy wpływ na stworzenie środowiska bardziej inkluzywnego i otwartego na głos drugiej strony. Na razie jednak zaliczenie tej lekcji ze społeczeństwa obywatelskiego polskie uczelnie mają jeszcze przed sobą.

SKOMENTUJ

Nr 316

(4/2015)
2 lutego 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail