Trwa zbieranie podpisów pod „Listem otwartym ludzi kultury do Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego Marty Cienkowskiej”. Sygnatariusze proszą „o zawieszenie wszelkiej współpracy z izraelskimi instytucjami, organizacjami pozarządowymi i osobami fizycznymi, które nie sprzeciwiają się polityce Izraela, przez instytucje znajdujące się pod egidą Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego”. Uważam, że mimo iż pod listem podpisało się już niemal pięćset osób, ministra nie powinna przychylić się do ich prośby.

List jest reakcją na działania zbrojne Izraela, podjęte w odpowiedzi na atak na to państwo przez organizacje terrorystyczne: Hamas w strefie Gazy i Hezbollah w Libanie, a następnie bezpośrednio przez wspierający te organizacje Iran. Jest rzeczą charakterystyczną, że wezwanie sygnatariuszy do bojkotu wymierzone jest jedynie w państwo napadnięte, nie zaś w napastników. I choć oczywiście Hamas i Hezbollah nie są państwami, a tym samym Ministerstwo nie może ich bojkotować, to zdziwienie budzi to, że sygnatariusze nie wzywają na przykład do bojkotu kultury irańskiej. Najwyższy Przywódca tego państwa właśnie potwierdził obowiązywanie hasła „Śmierć Izraelowi” i oznajmił, że ta „rakowata narośl […] zbliża się do końcowych stadiów swego odrażającego istnienia”. Iran hasło to realizuje w praktyce, odpaliwszy na Izrael od kwietnia 2024 roku niemal 3 tysiące rakiet i dronów. Być może sygnatariusze tej agresji nie potępiają, czy wręcz ją popierają – do czego zresztą mają rzecz jasna prawo.

Konieczność szczególnego potraktowania Izraela uzasadniają oni tym, że – w słowach ich listu – działają „w obliczu ludobójstwa, którego dokonuje państwo Izrael w Strefie Gazy, polityki apartheidu stosowanej na okupowanych palestyńskich terytoriach i agresji na Liban”. Uzasadnienie to budzi jednak wątpliwości: Izrael walczy w Libanie z Hezbollahem, który zaatakował go pierwszy i odmawia zaprzestania ataków. Państwo libańskie, które te ataki skrytykowało, obiecało rozbroić Hezbollah, lecz nie było w stanie tego dokonać. Trudno w tej sytuacji mówić o „izraelskiej agresji”.

Palestyńczycy na okupowanym Zachodnim Brzegu są istotnie dyskryminowani, a w ostatnim czasie poddawani zmasowanemu terrorowi żydowskich osadników, któremu władze państwowe się nie przeciwstawiają. Bojkot osób za to odpowiedzialnych byłby z całą pewnością wskazany. Ale dyskryminacja Palestyńczyków nie ma charakteru rasowego czy etnicznego, lecz polityczny. Nie cieszą się pełnią praw obywatelskich przysługujących żydowskim i palestyńskim obywatelom Izraela. Inaczej zapewne byłoby, gdyby Izrael wszystkich Palestyńczyków z Zachodniego Brzegu wygnał, jak uczyniła to Turcja, usunąwszy cypryjskich Greków z podbitego Cypru Północnego, lub narzucił im obywatelstwo izraelskie, jak uczyniło Maroko na podbitej Saharze Zachodniej. Dyskryminacja, jakiej Palestyńczycy doświadczają, jest rzeczywista. Można jej zaradzić, jedynie umożliwiając powstanie państwa palestyńskiego, co obecny rząd izraelski wyklucza. Jest to godne napiętnowania, ale apartheidu nie stanowi.

Zarzutem najcięższym jest jednak oskarżenie Izraela o ludobójstwo w Gazie. „Nie ma wątpliwości, co do faktu ludobójstwa – piszą sygnatariusze – potwierdziły to liczne organizacje, w tym ONZ, Amnesty International, Human Rights Watch, B’Tselem, Lekarze bez Granic, Międzynarodowe Stowarzyszenie Badaczy Ludobójstwa (IAGS), a także ponad 800 specjalistów prawa międzynarodowego i studiów nad ludobójstwem”. Stwierdzenie to jest w najwyższym stopniu mylące. Istotnie – rozmaite agendy ONZ oskarżają Izrael o ludobójstwo. Trzeba jednak pamiętać, że organizacja ta około jednej czwartej wszystkich rezolucji potępiających jakieś państwo, jakie w swej historii uchwaliła, wymierzyła w Izrael właśnie. W przypadku Rady Praw Człowieka, która powołano w miejsce Komisji Praw Człowieka, rozwiązanej w 2006 roku z inicjatywy Sekretarza Generalnego ONZ Kofiego Annana, wskaźnik ten wynosi około 70 procent. Annan uznał, że „niektóre agendy ONZ zbyt często surowo oceniają Izrael […] według standardów, których nie stosują wobec jego wrogów”. W tej kwestii nic się nie zmieniło – i do ocen Izraela formułowanych przez ONZ należy podchodzić ostrożnie.

Przyznała to sama Organizacja, gdy w 1991 roku odwołała przyjętą w 1975 roku rezolucję 3379 Zgromadzenia Ogólnego, zrównującą syjonizm z rasizmem. Było to możliwe dzięki temu, że rozpadł się polityczny blok głosów państw islamskich oraz obozu sowieckiego, który przeforsował jej przyjęcie. Ale blok państw islamskich – ze znanych powodów antyizraelski – nadal jest najsilniejszym ugrupowaniem w Zgromadzeniu Ogólnym i to on napędza przyjmowanie kolejnych antyizraelskich rezolucji. PRL głosowała za rezolucją 3379, zaś III RP za jej odwołaniem. Sygnatariusze listu zapewne uważają, że to PRL miała rację, i mają do tego przekonania prawo. Ale skoro w kwestii tak fundamentalnej ONZ popełniła wobec Izraela błąd – przy pierwszym głosowaniu bądź drugim – to istotnie jej ocen nie należy traktować jako ostateczne.

Amnesty International istotnie oskarża Izrael o ludobójstwo w Gazie – ale przyznaje, że aby tego dowieść, trzeba by zmienić zasady orzecznictwa na „mniej restrykcyjne”; innymi słowy, na mocy obecnego orzecznictwa ludobójstwa udowodnić się nie da. Human Rights Watch jest ostrożniejsze i mówi jedynie o „aktach ludobójstwa”. W głosowaniu nad rezolucją IAGS uczestniczyło jedynie 28 procent członków organizacji, do której może zresztą wstąpić każdy, niezależnie od wykształcenia i dorobku, kto opłaci roczna składkę członkowską. Pod oświadczeniem „800 specjalistów prawa międzynarodowego i studiów nad ludobójstwem” podpisani są zarówno profesorowie jak i studenci oraz osoby, których status akademicki nie został określony. Nie oskarżają oni jednak Izraela o ludobójstwo, lecz „ostrzegają przed możliwością” jego popełnienia. Oświadczenie to uchwalili 15 października 2023 roku, więc zaledwie w 8 dni po morderczym ataku Hamasu na Izrael. W tekście jednak nie tylko nie ma potępienia tego ataku, ale nawet uznania, że miał on miejsce. Wiarygodność obu zbiorowych oświadczeń przywołanych przez sygnatariuszy wydaje się więc wątpliwa. Z przywołanych przez sygnatariuszy organizacji jedynie izraelskie B’tselem istotnie jednoznacznie oskarża swój kraj o ludobójstwo. Wymaga to odwagi cywilnej i zasługuje na szacunek – ale opinia jednej organizacji nie może być miarodajna dla rządu innego kraju.

Izrael – o czym zresztą sygnatariusze nie wspominają – został oskarżony przez RPA o ludobójstwo przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości. Sprawa jest w toku, ale Trybunał – jak przypomniała jego przewodnicząca, sędzia Joan Donoghue, prostując nieprawdziwe doniesienia medialne – nie orzekł, jakoby zarzuty były „prawdopodobne”, a jedynie stwierdziła, że Palestyńczycy, co skądinąd oczywiste, mają uprawnione podstawy, by być przed ewentualnym ludobójstwem chronieni – jak zresztą wszystkie inne narody. Warto zauważyć, że Międzynarodowy Trybunał Karny nie stawia izraelskim przywódcom – premierowi Benjaminowi Netanjahu i byłemu ministrowi obrony Yoavowi Galantowi – zarzutu ludobójstwa. Zarzuty zbrodni wojennych i zbrodni przeciw ludzkości, które MTK postawił, są już dostatecznie poważne.

I choć są uzasadnione wątpliwości proceduralne co do decyzji MTK (zgromadzonych przeciwko oskarżonym dowodów nie przedstawiono najpierw, wbrew zasadom Trybunału, izraelskiej prokuraturze, by mogła sama wszcząć w ich sprawie śledztwo), to wydaje się wysoce prawdopodobne, że Izrael istotnie zbrodnie takie podczas wojny w Gazie popełnił. To, że jest to wojna obronna nie może posłużyć za usprawiedliwienie, i dlatego respektowanie nakazów MTK, do czego Polska jest skądinąd traktatowo zobowiązana, nie powinno być podważane. Podobnie należy wyrazić uznanie dla decyzji ministra Radosława Sikorskiego, o objęciu izraelskiego ministra Itamara Ben-Gwira, sprawcy haniebnej demonstracji przemocy wobec zatrzymanych uczestników flotylli Sumud, zakazem wjazdu do Polski. I generalnie, kontaktując się z osobami fizycznymi i prawnymi z krajów zaangażowanych w konflikty, należy istotnie uważać, by nie nawiązać współpracy z ludźmi, których postępowanie budzić może sprzeciw.

Tyle że nie tego domagają się sygnatariusze, lecz tego, by Polska zawiesiła współpracę z izraelskimi instytucjami, organizacjami i osobami, które „nie sprzeciwiają się polityce Izraela”. Niedookreślenie w liście tego, o politykę w jakiej sprawie chodzi (Izrael uznaje na przykład prawa człowieka oraz obywatelskie mniejszości narodowych, etnicznych, religijnych czy seksualnych – czy „niesprzeciwienie się” temu też miałoby skutkować bojkotem?) można uznać za błąd redakcyjny autorów listu. Uznanie jednak wszystkich Izraelczyków, ich instytucji i organizacji za winnych zbrodni agresji, apartheidu bądź ludobójstwa, na które dowody są kruche, o ile „nie sprzeciwią się” im, wydaje się bezzasadne. Kto zresztą i w jaki sposób miałby weryfikować ów sprzeciw, i orzekać, że jest wystarczający?

Być może część sygnatariuszy nie miała świadomości, na jak kruchych podstawach opiera się postulat, pod którym się podpisali. Ale w konkluzji swego listu piszą oni: „Polityka Izraela budzi dziś zasadne skojarzenia z polityką najgorszych ludobójczych reżimów znanych z historii. Uważamy, że każda forma współpracy z instytucjami kulturalnymi tego państwa okrywa dziś polską kulturę hańbą”. Tymczasem to ich zarzuty budzą skojarzenia z oszczerczą polityką antysemickich reżimów z przeszłości, jak choćby wspomnianej PRL. A oszczerstwo zawsze okrywa hańbą jego sprawców.