Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Spacerując > KOWALCZYK: Endemia. Madagaskar

KOWALCZYK: Endemia. Madagaskar

Łukasz Kowalczyk

Endemia. Madagaskar

1.

Po kilkunastu godzinach opuszczam wreszcie samolot, w którym wszystko było przymałe, i znajduję się w innym świetle. To wrażenie pozostanie do końca. Nawet gdy przestanę się tym interesować i skoncentruję się wreszcie (tak jak wszyscy turyści) na wypatrywaniu istot endemicznych, wyrażaniu radości, gdy je dostrzegę oraz robieniu im mnóstwa zdjęć, wciąż będę czuł inność tego światła. Bardziej zmiękcza kontury przedmiotów i wyjaskrawia ich barwy. Jakby świeciło od środka, z wewnątrz rzeczy. Może światło na Madagaskarze rzeczywiście jest lokalne, nie przybywa z góry, z zewnątrz, lecz bierze się z wnętrza? Skoro prawie wszystko tu jest endemiczne, czemu czyniliby wyjątek dla światła?

2.

Żaden z tak zwanych afrykańskich dużych ssaków (tych ukochanych bohaterów kolorowych książeczek: słoni, lwów, tygrysów, hipopotamów, zebr, żyraf, szympansów, goryli) nie zdążył przedostać się na Madagaskar, zanim ten odhalsował od Afryki. Coś tam na wyspie żyło: jakieś nieduże quasi-małpy, gryzonie, żaby, jaszczurki. Jednym słowem obsada do serialu „O czym szumią wierzby”, ale na pewno nic na miarę afrykańskich, imponujących landszaftów.
Wyspa jest prawdziwie różnorodna. Mamy tu lasy tropikalne (wedle wyboru: wilgotne, półwilgotne i całkiem suche), tereny zgoła pustynne, ale i sawannowe – gdzie tylko samotny, wyniosły baobab. Są też góry wyższe od Tatr, gdzie rwący strumień, wodospad i urwista skała. Są i rozległe plaże z grzywką palm kokosowych, żyjące z tantiem za reklamy „Bounty”. I ani lwa, ani żyrafy, ani goryla. Cóż miały zwierzęta endemiczne (czy też może pre-endemiczne) czynić? Porozdzielały role w łańcuchu pokarmowym i zaczęły ewoluować.

I tak największym ssakiem drapieżnym na wyspie zostało coś wielkości kota, budzące niejaki respekt u największego dziko żyjącego ssaka roślinożernego – kilkunastokilowego lemura indri indri. Po lasach biegają prosiaczki rozmiarów jeży, a za zwierzynę płową robi zwierzę niedużo większe od szczura. Jednym słowem – operetka.

Owe kuriozalne istotki krzątały się miliony lat, aż wreszcie – rozplenione w setki, niepozornych, a podobnych do siebie gatunków – w pełni zagospodarowały ekosystem czwartej co do wielkości wyspy na świecie. I żadnej z nich nie spotkamy nigdzie indziej. Miały pełne łapki roboty – nie było czasu na podróże.

3.

Starsi Anglicy, spotkani na lotnisku, po złożeniu nam kondolencji z powodu wiadomej kraksy (była to wtedy sprawa świeża) oraz wyrażeniu kilku dość mglistych uwag na temat Katynia oraz awiatyki jako takiej, przeszli do kwestii lemurów. Angielka wyjęła aparat i z wprawą żonglera jęła migać obrazkami. Anglik w tempie komentatora sportowego wymieniał nazwy kilkunastu madagaskarskich parków krajobrazowych, które odwiedzili. Następnie, już wspólnie, do każdego z parków przyporządkowali po kilka gatunków lemurów, dokonując precyzyjnego podziału na lemury, które udało im się zobaczyć oraz na takie, których niestety nie.

Niby byliśmy w tych samych co oni miejscach, ale nasza pozycja konwersacyjna była pożałowania godna – brak zmemoryzowanego katalogu oraz możliwości okazania dowodów pobytu powodował, że realność naszego kontaktu ze zwierzętami endemicznymi mogła być zakwestionowana. Pozory wiarygodności odzyskaliśmy na chwilę, gdy kolega wyjął kamerę i pokazał nagrane na niej poskrzekiwania lemura. Wtedy jednak rozochoceni staruszkowie zaczęli bombardować nad nazwami kolejnych endemitów (w szczególności kameleonów, motyli i żab), które z równą pewnością przypisywali do poszczególnych madagaskarskich habitatów.

Brak spotkania i udokumentowania małego nawet endemitu złościł ich niczym ominięcie tyczki w slalomie gigancie. Oczywiście wątpliwa jest intelektualna nośność ekstrapolacji, ale po tym spotkaniu przestałem się dziwić istnieniu takich zjawisk jak British Museum czy Encyklopedia Britannica.

4.

W ramach Gondwany Madagaskar przytulony był nie tylko do przyszłej Afryki, ale i do płyty mającego dopiero powstać subkontynentu indyjskiego, nim ta wbiła się w Laurazję i w strefie zgniotu wypiętrzyła Himalaje. Co prawda płyta zdecydowała się na ten śmiały ruch przynajmniej 145 milionów lat temu, ale historycy i antropologowie zajmujący się Madagaskarem odczuwają jego skutki do dziś.

Mimo że Madagaskar leży zaledwie 400 kilometrów od wybrzeży afrykańskich, za to w odległości ponad 6.000 kilometrów od Indii czy wysp Oceanii, to proweniencja kultury malgaskiej pozostaje niejasna. Z pewnością nie jest to cywilizacja endemiczna. Zależnie od tego, na czyje zamówienie stawiana jest teza, możemy przeczytać, że plemionom malgaskim dali początek żeglarze z Indii, wysp Oceanii, Borneo, sumatrzańscy waleczni Malajowie (których wpływy rozciągały się ongiś aż po Cejlon) lub afrykańskie ludy Bantu. Spór ten jest wciąż żywy wśród badaczy i wiąże się z równie kłopotliwą kwestią kości kurczaków.

Wyjątkowo stare (bo liczące ponad dwa tysiące lat) kości kurczaków odkryto jakiś już czas temu w Zanzibarze, co stało się podwaliną tezy, że także kontynentalna Afryka Wschodnia została skolonizowana przez Azjatów, a nie Afrykańczyków. Kura to bowiem zwierzę pochodzenia azjatyckiego, a samo od Afryki nie przeleci. Sprawa jest zagmatwana.

Dla wybawienia ludu malgaskiego od katuszy niedookreślonej genezy i poczucia braku endemiczności, Europejczycy postanowili Malgaszów usynowić. W tym celu Francja w roku 1885 roku objęła Madagaskar protektoratem, by 11 lat późnej go skolonizować. Niby od roku 1960 Madagaskar jest niepodległy, niemniej cywilizacyjnie sprawa jest nadal jasna. Francuski jest językiem urzędowym, żandarmi wyglądają jak z filmów z Louisem de Funès, jedyną popularna siecią komórkową jest Orange, a taksówkarze jeżdżą niemal wyłącznie Renault 5 z lat 60. lub Citroënami CV2 z lat 50. Inna sprawa, że części zamienne do tych samochodów produkują obecnie jedynie Chińczycy.

5.

W okresie pomiędzy pojawieniem się na Madagaskarze człowieka a pojawieniem się tam Francuzów, Malgasze mieli tysiąc z okładem lat, by budować własną państwowość. Nigdy na przestrzeni tego okresu nie powstał na Wielkiej Wyspie obejmujący cały jej teren, niekwestionowany, ośrodek państwowy. Ale kilka prób jest wartych przypomnienia.

Na przykład pod koniec XVII wieku żył sobie na Madagaskarze, w okolicach wyspy Sainte-Marie, pewien pirat o imieniu Tom. Był Anglikiem. Poślubił (z pewnością prześliczną) córkę władcy południowego wybrzeża. Piraci w ogóle byli nad wyraz szanowani przez tubylców (armaty) i mieli dużą łatwość koligacenia się z wysoko urodzonymi Malgaszkami. Tom spłodził syna, nadał mu imię Tom, dodał do tego lokalne imię Ratsimilaho i postanowił nauczyć świata. Odwiedził przeto z synem Anglię i Indie, ukazał mu mądrość białego człowieka, wrócił z nim na wyspę i umarł. Tom Młodszy zaczął handlować muszkietami (które kupował w zamian za niewolników), rósł w siłę i bogactwo, objął zaszczytne stanowisko głównego ministra u króla wojowniczego plemienia Sakalawów, ale ewidentnie było mu mało. Pragnął zostać niezależnym władcą. A ponieważ wszystkie plemiona, którymi mógł władać, były zajęte przez innych władców, postanowił stworzyć własne. Założył królestwo we wschodnim Madagaskarze i zakreśliwszy jego granice, zadekretował, że wszyscy, którzy w nim żyją, stają się oto członkami plemienia Betsimeraka („Wielu Połączonych”). Nazwa stąd, że zdaniem Toma członkowie tego plemienia żyć pełnią życia mogą jedynie razem, w grupie – karmieni emanującą z niego, Toma, siłą.

Niczym królowa mrowiska nadawał sens ich egzystencji, a oni niczym mrówki realizowali wspólny biologiczno-społeczny byt. Tom wykorzystał po temu staromalgaskie pojęcie „hassina” oznaczającą siłę, powodzenie i płodność, która może być wlana w poszczególne jednostki dzięki łączności utrzymywanej z przodkami, a kanalizowana i przekazywana jest przez władcę. Symbol okazał się dobrze dobrany i eksperyment socjotechniczny uwieńczony został powodzeniem. Obecnie plemię Betsimeraka jest jedną z większych grup etnicznych na Madagaskarze. Tom Pirat szybko zrozumiał, że właściwy dobór symbolu to połowa sukcesu. Można wmówić ludziom, iż światło pochodzi z wewnątrz przedmiotów i że pojęcie „endemiczności” może być bardzo różnie rozumiane.

* * *

Na osłodę dodam, że na Madagaskarze żyją jeszcze krokodyle. Nie są endemiczne, lecz dokładnie takie, jak gdzie indziej. Siedzą w świętych jeziorach, nieprzyjemne i prymitywne, nie zmieniają się od milionów lat i całą tę lądową farsę mają w pewnej pogardzie.

„Kultura Liberalna” nr 84 (34/2010) z 17 sierpnia 2010 r.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 84

(33/2010)
17 sierpnia 2010

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj