Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Spacerując > KUSIAK: Spóźniając się...

KUSIAK: Spóźniając się na demokrację. O wykluczeniu przez mobilność i nocnym pościgu do urny

Joanna Kusiak

Spóźniając się na demokrację. O wykluczeniu przez mobilność i nocnym pościgu do urny.

Samolot z Amsterdamu wylądował na Okęciu o 21.35. O 21.36, jeszcze z pokładu, zadzwoniłam po taksówkę, wiedząc, że zaczyna się walka z czasem. O 21.45 moja walizka jako – łut szczęścia – druga zjechała z taśmy. O 21.51 taksówka ruszyła na Mokotów, do mojej komisji wyborczej. „Szybko! – poprosiłam – chcę zdążyć na wybory”. „Niemożliwe!” odpowiedział taksówkarz, zarazem jednak znacząco dodając gazu. Tak, jakby plakaty z kowbojem z 1989 roku sprawiły, że wybory nagle odzyskały swój westernowy urok spraw rozstrzygających o życiu i śmierci.

Zostać warszawianinem w sensie politycznym – czyli móc głosować we własnym mieście – nigdy nie było łatwo, choć trzeba przyznać, że z roku na rok staje się coraz łatwiej. Wprawdzie dla studenta wynajmującego mieszkanie lub pokój meldunek w Warszawie wciąż pozostaje praktycznie poza zasięgiem (większość mieszkań i pokoi wynajmowanych jest w szarej strefie, a wynajmujący wyjątkowo niechętnie legalizują najemcę), ale same meldunki mają być zniesione w przyszłym roku. No i można się dopisać do rejestru wyborców – już nie na pojedyncze wybory, ale na stałe. Nie trzeba mieć już warszawskiego adresu i nie trzeba nawet jechać do poprzedniego miejsca zameldowania. Wystarczyła jedna, pięciominutowa wizyta w pustym Urzędzie Miasta, bym stała się wyborcą mokotowskim.

W niedzielny wieczór prawie wszystkie światła były zielone, korków brak, a taksówkarz, przejęty moją desperacją, złamał przepisy cztery razy, w tym raz zawracając z piskiem opon przez podwójną ciągłą. Skromna taksówka firmy znanej z niedrogich przewozów przez chwilę rzeczywiście stała się pojazdem z filmów akcji, a sukcesy na kolejnych skrzyżowaniach podtrzymywały nadzieję bohaterów. Wreszcie, niczym wyrzut sumienia – którego ciężar także zmaterializował się w nodze kierowcy dociskającego pedał gazu – na tylnym siedzeniu taksówki kołysała się moja torba wyborcza, z serii zaprojektowanej przez warszawskiego artystę Michała Szperlinga.

Obowiązek to mocne słowo, pachnące trochę kantyzmem i imperatywem kategorycznym (a tym, którzy o Kancie nie słyszeli lub nie pamiętają, często zostaje w tym słowie jedynie lekki posmak niemieckości). Jak jest obowiązek, to są i procedury. A ponieważ zapach niemieckiego proceduralizmu nigdy w Polsce nie jest do końca wiarygodny, o 22.00 – już na Mokotowie, ale jeszcze w pewnej odległości od komisji wyborczej – zaczęliśmy z moim taksówkarzem snuć rozważania. No, bo wprawdzie lokale zamykają się o 22.00, ale (a) pamiętamy przypadki, kiedy prace danej komisji zostały przedłużone (bo zabrakło kart wyborczych, bo otworzono za późno, bo coś się zepsuło) i (b) ostatecznie w komisji pracują ludzie, a człowieka – w obliczu argumentu zaledwie paru minut, w obliczu torby, w obliczu karty pokładowej z godziną lądowania, wreszcie w obliczu zamanifestowanej woli – szczególnie Polaka, zawsze można próbować przekonać.

Problem etyczny w przypadku nakłaniania człowieka do łamania procedury, to problem dotyczący całej etyki kantowskiej w ogóle. Wiadomo, że Kant byłby przeciw, i że oficjalne i instytucjonalne dopuszczenie wyjątków od procedur niesie za sobą ogromne ryzyko, np. zachowań korupcyjnych. Z drugiej zaś strony są sytuacje, w których intuicja moralna wyraźnie każe nam nie słuchać Kanta. I tak np. choć zabronione jest wynoszenie kart wyborczych z lokalu, niektórzy (naturalnie nie możemy napisać, którzy) członkowie komisji wyborczych wynosili karty, a nawet urnę, do niepełnosprawnych obywateli, którzy nie mogli wejść do lokalu wyborczego ze względu na brak podjazdu. Powinni wynosić te karty czy nie powinni? (Pytanie to jest o wiele ciekawsze niż pytanie o to, czy powinien tam być podjazd, bo oczywistym jest, że być powinien). Jeśli uważamy, że powinni, to jesteśmy w kropce o tyle, że powinność słabo dodaje się z obowiązującym zakazem. Czy to znaczy, że członkowie komisji powinni byli złamać zakaz? A jeśli powinni złamać ten zakaz, to czy możemy narzekać, gdy złamią też jakiś inny?

Przekonując taksówkarza, żeby jechał przez podwójną ciągłą, przekonując woźnego przez szklane drzwi, żeby sprowadził mi przewodniczącego komisji, wreszcie przekonując przewodniczącego komisji (nadal przez szklane drzwi, których w trakcie moich negocjacji nie otworzono – być może przezornie uznając mnie za terrorystkę lub osobę niepoczytalną), ciągle zastanawiałam się, czy ludzcy aktorzy mojego wyborczego filmu akcji powinni czy nie powinni pójść mi na rękę, czy złamanie procedur dla mojego głosu należałoby czytać jako siłę czy słabość demokracji. Czy na moją przyciśniętą do szyby gadżeciarską torbę powinni odpowiedzieć mi równie dosadnie, bo przecież oni też (k…!) mają obowiązki?

Na marginesie rosło przy okazji we mnie przeczucie, że szkło w tzw. architekturze demokratycznej, której sztandarowym projektem jest berliński parlament Fostera oznacza tyleż transparencję, co pozorną dostępność – co z tego, że „widzimy” procedury demokratyczne, jeśli ich dostępność jest tylko złudna? Co, jeśli od demokracji dzielą nas szklane drzwi lub szklany sufit?

O 22.02 taksówkarz, przygotowując mnie na możliwość porażki, użył standardowego argumentu „Ach, jeden głos w tę czy we w tę…”. Zaczęłam się poważnie zastanawiać. Naturalnie nie na miejscu jest porównywanie mojego pełnego podróży losu do losu niepełnosprawnego bez podjazdu. Nawet jeśli w zasadzie powinnam była, to przecież nie MUSIAŁAM być w niedzielę w Amsterdamie (jak zważyć dwa obowiązki z zupełnie innych kategorii: prywatnej i publicznej, zawodowej i obywatelskiej?). Może mogłam coś lepiej zaplanować i lecieć nie bezpośrednim lotem, ale wcześniejszym, z przesiadką. Wina jest z różnych powodów moja, zatem na nic dobre intencje (bo przecież dopisałam się do rejestru, bo goniłam taksówkarza po mieście). Z drugiej zaś, czy to naprawdę „jeden głos w tę czy we w tę”? Z mojego najbliższego kręgu znajomych: jedna przyjaciółka, bardzo aktywna politycznie, akurat jest w Istambule – licząc z towarzyszącym jej, nie mniej aktywnym politycznie przyjacielem – to już minus dwa. Kolejna znajoma pojechała na konferencję do Stanów (terminu konferencji naturalnie nie uzgadniano z polskimi uczestnikami-wyborcami), inny kolega przerejestrował się do Warszawy, ale nagle musiał pojechać do Wrocławia. To minus cztery, a tu rachunek dopiero się zaczyna! Im dłużej myślałam, tym bardziej niepokoiła mnie liczba takich przypadków. Tak jak całe grupy społeczne wykluczone są z partycypacji przez różne formy niemobilności (niepełnosprawność, brak szablonów do głosowania dla niewidomych, zbyt mało samochodów dowożących starszych i schorowanych wyborców do lokali), tak też i w nowym polskim społeczeństwie powstaje być może cała grupa wykluczonych z demokracji przez mobilność – studentów i młodych profesjonalistów, którzy często w ostatniej chwili muszą zmienić plany, wyjechać w delegację lub konferencję, zgrać weekend z narzeczoną lub chłopakiem mieszkającymi zagranicą, pojechać na wolontariat do Indii albo na urlop do Egiptu. A ponieważ wyborcy ci pod pewnymi względami tworzą zwartą grupę – ich wykluczająca nieobecność, wynikająca często nie z braku woli (bywają to osoby żywo zainteresowane polityką i stanem demokracji) może mieć przełożenie na wyniki wyborów.

Skoro nie chcemy grać na śliskie wyjątki, być może w przyszłych wyborach potrzebujemy nowych procedur, uwzględniających nowe potrzeby społeczne obywateli? Niemcy i Szwajcarzy mają sprawny i bezpieczny system głosowania korespondencyjnego. W Estonii można głosować przez Internet. I nawet, jeśli niektórzy już zawczasu lamentują nad symboliczną degradacją wyborów (klikania jak na Facebooku zamiast niedzielnej wyprawy do urny), w zmieniającym się społeczeństwie nowe media prędzej czy później będą musiały stać się codziennym narzędziem demokracji. Tymczasem, szczególnie żałując nawet nie tyle wyborów prezydenckich, co wyborów radnych, z całego serca dziękuję zarówno mojemu taksówkarzowi za pełen brawury, półlegalny pościg za uciekającą urną wyborczą, jak i przesympatycznemu pracownikowi komisji na Wiśniowej, który, prezentując iście kantowską niezłomność i zupełnie niekantowski, serdeczny polski śmiech, jednak nie wpuścił mnie na wybory. Na demokrację spóźniłam się sześć minut i dwadzieścia jeden sekund.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 98

(48/2010)
23 listopada 2010

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj