Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Spacerując > ADAMCZYK: Niekończące się...

ADAMCZYK: Niekończące się miasto od A do Z

Małgorzata Joanna Adamczyk

Niekończące się miasto od A do Z

Według oficjalnych, izraelskich statystyk w Tel Awiwie mieszka ponad czterysta tysięcy osób. Tym samym jest to drugie co liczby ludności miasto w kraju. Te same statystyki podają, że w Jerozolimie żyje ponad siedemset sześćdziesiąt tysięcy mieszkańców, co czyni ją największym miastem Izraela. Magia statystyk polega jednak na tym, że do ludności Jerozolimy zalicza się także mieszkańców Wschodniej Jerozolimy, zaś do ludności Tel Awiwu bynajmniej nie wlicza się ponad trzech milionów dusz mieszkających na terenie zrośniętej w jedno, telawiwskiej aglomeracji Gusz Dan. Ta magia liczb ma potwierdzać symboliczny status Jerozolimy, najważniejszego miejsca w państwie. Ma potwierdzać – i potwierdza. Zarówno w Tel Awiwie, jak i w całym Gusz Dan nikt nie zawraca sobie tym jednak głowy. Wszyscy zbyt są zajęci pracą i zabawą, zabawą i pracą.

Na terenie aglomeracji znaleźć można wszystko, najlepiej – nie szukając. Luksusowe hotele i budynki rozwalające się ze starości. Markowe sklepy najdroższych światowych marek i pchli targ, na którym można kupić najróżniejsze różności, na przykład pojedyncze stare buty bez pary. Restauracje wartko wypłukujące zawartość portfeli i tanie bary szybkiej obsługi, gdzie za niewielką opłatą można zjeść lokalne przysmaki: falafela lub szałarmę. Wszystko płynnie przechodzi jedno w drugie: zadbana zieleń we własną smętnie wysuszoną parodię, a bogate, reprezentacyjne dzielnice w obdrapane, w najlepszym razie „artystowskie” zaułki. Najbardziej rzuca się w oczy to, że w całej tej rozmaitości nigdzie nie widać granic. Pchli targ nie styka się nigdzie z wystawami ekskluzywnych marek, ale pomiędzy nimi rozciąga się przestrzeń niczyja, w której sklepom bliżej ni to w jedną, ni w drugą stronę. Kontrasty nie zaskakują, ponieważ, zanim zdążą to zrobić, miasto jakoś sygnalizuje, że zaraz odsłoni swoje inne oblicze.

Odnajduję się w tej rzeczywistości bez trudu, zarówno maszerując raźno przez zdominowane przez architekturę Bauhausu centrum, jak i ginąc w plątaninie uliczek w mniej zadbanych dzielnicach. Coś sprawia, że czuję się jak u siebie. Może to zachodnia mentalność miasta, a może – kontrasty. Uwielbiam podróżować, ale nienawidzę pakowania walizek. Kocham odkrywać nowe miejsca, ale szczerze nie znoszę przeprowadzek. Takich zestawień mogłoby być więcej, więc może po prostu Gusz Dan i ja pasujemy do siebie? Aglomeracja ożywa w nocy, by ruszyć na podbój telawiwskich klubów, ale i w nocy zasypia, zbierając siły na kolejny pracowity dzień. Epatuje swoją świeckością, gdy w szabat wszyscy ruszają do centrum w poszukiwaniu rozrywki, ale i nie ukrywa, że są miejsca, przez które lepiej nie jechać w sobotę samochodem, takie jak zdominowane przez ultraortodoksyjnych Żydów Bnei Brak. Ze znanej z Biblii Lyddy (obecnie Lod słynącego głównie z wysokiej przestępczości) nie jest daleko do młodziutkiej, bo dopiero od 1960 roku mającej prawa miejskie Herzliji, szczycącej się obecnością ambasadorskich rezydencji oraz mianem „izraelskiej Doliny Krzemowej”. Z Petach Tikwy, która w izraelskich dowcipach jest odpowiednikiem polskiego Wąchocka, można w niedługim czasie (niedługim, gdy nie ma korków) dojechać przez religijne Bnei Brak do Ramat Gan, miasta diamentów i nowoczesności symbolizowanej przez najwyższy w Izraelu wieżowiec. Litanię kontrastów można by ciągnąć jeszcze długo, bo w skład aglomeracji wchodzi ponad czterdzieści miast przechodzących płynnie jedno w drugie.

Mieszkańcy Gusz Dan mogą przebierać w miastach jak w ulęgałkach, wedle potrzeb wybierając to, gdzie taniej lub gdzie bardziej prestiżowo, gdzie sąsiedzi będą rozrywkowi i świeccy lub przeciwnie – rodzinni i religijni, itd. itp. Ci, którym zalety jednego miejsca nie wystarczają, często korzystają z przymiotów dwóch lub trzech miejscowości wchodzących w skład aglomeracji, gdzie indziej mieszkając, gdzie indziej pracując i gdzie indziej spotykając się z przyjaciółmi. To właśnie im najbardziej doskwiera achillesowa pięta miasta: transport. Autobusy stoją w korkach dokładnie tak samo jak samochody osobowe, metra i tramwajów nie ma, a pociąg nie wszędzie się zatrzymuje. W efekcie każdy próbuje przemieszczać się własnym autem i przez większą część dnia drogi zakorkowane są na potęgę. Kierowcom i pasażerom pozostaje tylko kląć pod nosem lub ćwiczyć cierpliwość. Droga przez niekończące się miasto musi przecież wymagać czasu.

* Małgorzata Joanna Adamczyk, stypendystka Muzeum Historii Żydów Polskich. Obecnie mieszka w Izraelu.

„Kultura Liberalna” nr 106 (3/2011) z 18 stycznia 2011 r.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 106

(3/2011)
18 stycznia 2011

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj