Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Krótko mówiąc > SZTOMPKA: Szacunek. Studium...

SZTOMPKA: Szacunek. Studium erozji

Piotr Sztompka

Szacunek. Studium erozji

Żyjemy w kraju, w którym początkujący poseł lży z trybuny sejmowej premiera, szef partii opozycyjnej odmawia podania ręki prezydentowi, a szeregowy członek „Solidarności” od lat obrzuca pomówieniami i oszczerstwami charyzmatycznego przywódcę swojego ruchu, dzięki któremu korzysta właśnie z demokratycznej wolności słowa. Żyjemy w kraju, gdzie urzędnik IPN zwleka z wydaniem zaświadczenia o działalności opozycyjnej więzionemu przez wiele lat działaczowi, później wiceprezesowi Polskiej Akademii Nauk. Żyjemy także w kraju, w którym uczeń zakłada kubeł śmieci na głowę nauczycielowi, a koledzy molestują i wyśmiewają koleżankę, doprowadzając ją do samobójstwa. Tak zwani internauci, uwolnieni już od wszelkich hamulców przez anonimowość sieci, obrzucają najgorszymi wyzwiskami najwyższe autorytety, a pewien student przysyła mi wczoraj e-maila następującej treści: „Cześć, witam! Muszę dostać podpis w indeksie. Nie mogę przyjść na dyżur, a mam czas jutro o 12.30. Będę czekał”. Jedną z cen wolności i demokracji stało się u nas rozpanoszone chamstwo.

Przeciwieństwem chamstwa jest szacunek. Erozja szacunku oznacza patologię podstawowej tkanki społecznej. Dlatego warto uświadomić sobie, dlaczego zdrowe społeczeństwo bez szacunku obyć się nie może.

1. Szacunek a kondycja ludzka

Znaczenie szacunku w życiu społecznym wynika z pięciu fundamentalnych cech ludzkiej egzystencji. Po pierwsze, od starożytnych mędrców z Arystotelesem na czele, przez całą filozofię społeczną, antropologię kulturową i socjologię, przewija się jedna myśl: jesteśmy istotami społecznymi. Ta konstatacja oznacza, najprościej biorąc, że egzystencja wśród innych, razem z innymi, obok innych czy przeciw innym, we współpracy i w konkurencji, w solidarności i w walce, w przyjaźni i wrogości, miłości i nienawiści – to konieczny, nieuchronny, niezbywalny aspekt ludzkiego losu. Żyjemy zawsze, mówiąc metaforycznie, w jakiejś przestrzeni międzyludzkiej, czy – jak określa to w „Filozofii dramatu” Józef Tischner – w „przestrzeni obcowania z drugim” (2006: s.237). I dalej, nawiązując do filozofii spotkania Emmanuela Lévinasa, Tischner powiada: „Najważniejsza ludzka sytuacja to doświadczenie innego człowieka, spotkanie z innym” (2006: s.19).

Ten społeczny, międzyludzki wymiar naszej egzystencji jest sprawa najważniejszą. Z niego wywodzą się cztery inne jeszcze cechy kondycji człowieczej, które decydują o wadze szacunku.

Po drugie zatem, to kim jesteśmy – nasza tożsamość, osobowość, jaźń – zależy w ogromnej mierze od tego, z kim się w życiu zetknęliśmy, kto stał się dla nas, jak mówi amerykański filozof G.H. Mead, „istotnymi innymi” (significant others), kogo zapraszamy do naszej przestrzeni międzyludzkiej, a od kogo odgradzamy się murem obojętności, niechęci czy wrogości. Każda jednostka żyje w swoistej, unikalnej, dla niej tylko typowej przestrzeni międzyludzkiej. Jestem tym, z kim się w życiu zetknąłem; od najbliższych, członków mojej rodziny, przez kręgi przyjaciół, sąsiadów, kolegów z podwórka, nauczycieli w szkole czy kolegów z pracy. Moja osobowość jest skumulowanym efektem, śladem, utrwalonym zapisem wszystkich moich społecznych kontaktów czy relacji. Bowiem, jak pisze amerykański socjolog C.H. Cooley, inni to dla nas swoiste zwierciadło, w którym się przeglądamy. Patrząc w nie i notując reakcje innych, budujemy swoją „jaźń odzwierciedloną” (looking-glass self). I dlatego tak ważne jest dla nas odbieranie od innych sygnałów uznania, szacunku, poparcia, a tak bolesne zetknięcie z potępieniem, krytyką czy pogardą. Język potoczny dobrze odzwierciedla tę intuicję, kiedy mówimy, że ktoś „cieszy się” szacunkiem, gdy ktoś inny „darzy go” szacunkiem, a więc obdarowuje czymś cennym.

Ciekawe badania przeprowadzone w Ameryce w środowisku więziennym pokazują, że często dla więźniów bardziej dolegliwe niż same warunki więzienne jest poczucie odrzucenia, stygmatyzacji przez społeczeństwo, utrata społecznego szacunku. Dlatego szukają jego substytutów gdzie indziej, u współwięźniów, w tzw. drugim życiu więziennym czy „grypserze”, umacniając jeszcze kryminogenne wspólnoty.

Nawet gdy jesteśmy sami i gdy przestrzeń wokół nas w realnym materialnym sensie jest pusta, dalej treścią naszego życia pozostaje odniesienie do innych. Z nimi się liczymy, prowadzimy nieustannie „wewnętrzną konwersację”, jak określa to w książce „Being Human” Margaret Archer (2000). Kierujemy się narzuconymi przez nich regułami lub buntujemy przeciw nim, powielamy zdobytą od nich wiedzę, przekonania i poglądy, lub odrzucamy je. Wyobrażając sobie ich reakcje na nasze czyny, doznajemy dumy lub wstydu. W myślach rozmawiamy z innymi, kłócimy się, dyskutujemy, perswadujemy, a w wyobraźni widzimy tych, którzy są dla nas ważni, liczymy z ich wyobrażonym zdaniem, chcemy ukryć przed nimi czyny niegodne lub cieszymy się z ich wyobrażonej akceptacji. Gdy w podeszłym wieku słabną psychiczne mechanizmy samokontroli, zdarza nam się mówić na głos „do siebie”. Ale w istocie to nie do siebie mówimy, tylko do innych. Robimy próby generalne tego, co im powiemy, albo tego, co byśmy powiedzieli, gdyby dało się odwrócić czas i jeszcze byli wśród nas. Inni nie opuszczają nas nigdy, w żadnym z życiowych kontekstów.

Z tego podstawowego rysu ludzkiej egzystencji wynika cecha trzecia: świat społeczny jest światem uporządkowanym, normatywnie regulowanym. Bez takiej regulacji przestrzeń międzyludzka zaludniona przez autonomiczne i egoistyczne jednostki zamieniłaby się w pole nieustannej bitwy, wojny wszystkich przeciwko wszystkim, anarchię i chaos prowadzące do rozpadu społeczeństwa, nieszczęścia dla wszystkich razem i każdego z osobna. I znów ta prawda dostrzeżona została już przez proroków, twórców wielkich religii, filozofów czy badaczy społecznych; od Dekalogu, przez kazanie na górze, kamienne tablice, kodeks Hammurabiego, idee umowy społecznej, prawa naturalnego, Kantowski imperatyw kategoryczny, aż po współczesne koncepcje etyki.

Jest jeszcze czwarta cecha świata ludzkiego. Ludzie mianowicie nie są równi. A dokładniej są równi tylko wobec śmierci, a jeśli są wierzący – wierzą, że także wobec Boga, jego łaski i miłosierdzia. We wszystkich innych wymiarach swego życia równi nie są, mają rożne, niepowtarzalne cechy biologiczne i różne, niepowtarzalne cechy społeczne: odmienne doświadczenia biograficzne, odmienne role, pozycje społeczne, środowisko, grupy, do których należą. I z punktu widzenia własnych przekonań lub kulturowo narzuconych kryteriów, jedne z nich są wyższe, a drugie niższe, jedne lepsze, a drugie gorsze.

Ta uniwersalna nierówność tworzy wielkie wyzwanie. Jak sobie poradzić z nierównością, aby nie rozbiła ona spoistości społeczeństwa, nie doprowadziła do chaosu i anarchii? Wymaga to regulacji aksjologicznej i normatywnej, reguł współżycia mimo nierówności. I dlatego jednym z powszechników kulturowych odnajdywanych przez antropologów społecznych, m.in. naszego Bronisława Malinowskiego wśród najbardziej prymitywnych plemion południowego Pacyfiku, a przez historyków i socjologów, np. Alvina Gouldnera w rozwiniętych społeczeństwach wszystkich stron świata – słowem zarówno w pierwszych kulturach, jak i nowoczesnych cywilizacjach są dwie reguły: wymóg wzajemności i wymóg sprawiedliwości. Ich wspólny mianownik to żądanie proporcjonalności.

Zakorzenione głęboko w naturalnym poczuciu etycznym każdego człowieka, choć niekiedy tłumione czy wypierane przez patologiczne warunki społeczne, reguły te mają dwoisty sens. Pierwsza, reguła wzajemności, (w ludowej mądrości: „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”) oznacza, że gdy otrzymuję od kogoś coś cennego, należy mu się proporcjonalny rewanż. Nie chodzi tu tylko o wymianę ekonomiczną, ale o cenione dobra, które mogą stanowić odpłatę w innej niejako „walucie”. Nie tylko więc o słuszną cenę za towar, godziwą płacę za pracę czy honorarium za wiedzę ekspercką, ale także wdzięczność za życzliwość czy pomoc, lojalność za przyjaźń, sławę za wybitność, a ogólniej: uznanie i szacunek za zasługi i osiągnięcia. W wypadku drugiej reguły, sprawiedliwości, proporcjonalność oznacza oczekiwanie, że otrzymam od innych to, co mi się słusznie należy. Słusznie, to znaczy właśnie proporcjonalnie do moich zasług i osiągnięć, a więc nie mniej od innych, o zasługach i osiągnięciach podobnych. Inaczej mówiąc, znów liczę na uznanie i szacunek za to, co wniosłem do życia społecznego, co uczyniłem dla innych.

Z tych pięciu fundamentalnych cech ludzkiej egzystencji wynika znaczenie uznania i szacunku. To norma uniwersalna i odwieczna. Taka jej powszechność wynika z tego, że reguluje powszechny typ relacji w przestrzeni międzyludzkiej: relacje między jednostkami nierównymi.

2. Szacunek a uznanie

Sprecyzujmy pojęcia. Uznanie przejawiać się może w rozmaity sposób. Jego wyrazem mogą być różne – nazwijmy to „twarde”, uchwytne, często materialne – formy sprawiedliwej odpłaty, odwzajemnienia się za zasługi. Przykłady to awans, nagroda, premia, order, dyplom czy tytuł. Szacunek natomiast to „miękki” przejaw uznania, bardziej subtelny i mniej uchwytny, choć dla wielu cenniejszy nawet od nagród. To postawa innych wobec mnie oznaczająca dostrzeżenie oraz docenienie moich zasług i osiągnięć, a znajdująca wyraz w słowie, geście, spojrzeniu, formach zachowania czy innych subtelnych sygnałach.

Gdy ustępujemy miejsca starszemu w tramwaju, kłaniamy się profesorowi, otwieramy drzwi kobiecie, wręczamy kwiaty artyście, całujemy pierścień papieża, wkładamy czarny garnitur na czyjś pogrzeb – wyrażamy szacunek w zachowaniu.

Ale podstawowym sposobem bycia jest dla człowieka symboliczna komunikacja z innymi, rozmowa. Wyrazem szacunku jest sposób zwracania się do innych, pewne przyjęte w danej kulturze formy grzecznościowe. Oczywiście różne kultury przywiązują do tego różną wagę. Przytoczę ilustrację: w Ameryce nawet dalecy znajomi od razu mówią sobie po imieniu. Jeden z największych socjologów XX wieku, Amerykanin Robert Merton pozwalał przyjaciołom i kolegom, nawet dość luźnym, mówić do siebie per Bob. Kiedy go poznałem i kiedy stał się dla mnie nauczycielem i autorytetem, z moimi polskimi odruchami kulturowymi zakorzenionymi w kulturze bardziej tradycyjnej, nie mogłem się na to zdobyć. Maksimum kompromisu z mojej strony była forma Robert. Zrozumiał to i uszanował: jedynie listy i e-maile kierowane do mnie podpisywał zawsze, aż do śmierci, „Robert”, a do wszystkich innych – „Bob”.

Szacunek wyraża się nie tylko w bezpośredniej relacji z osobą szanowaną, ale także w sposobie, w jaki o niej mówimy z innymi, opiniach, plotkach, recenzjach, świadectwie, jakiego publicznie udzielamy na jej temat. Tutaj przeciwieństwem szacunku jest dwulicowość: czołobitność na pokaz i obmawianie za plecami.

3. Kto kogo szanuje?

Najprostsza relacja szacunku wiąże dwie jednostki: tę, która godna jest szacunku, i tę, która ją szacunkiem obdarza; szanowanego i szanującego. Oczywiście używamy często pojęcia szacunku także w odniesieniu do całych grup, zbiorowości, środowisk, kategorii społecznych, instytucji: darzymy szacunkiem Kościół i armię, tę a nie inną partię polityczną, ten a nie inny zawód, tę a nie inna drużynę piłkarską, ten a nie inny naród. Ale we wszystkich tych wypadkach to tylko skróty myślowe. W istocie chodzi nam o szacunek dla jednostek: księży i żołnierzy, posłów i ministrów, adwokatów i lekarzy, piłkarzy i kolarzy, obywateli jakiegoś kraju i przedstawicieli jakiegoś narodu. Uogólniamy, a szacunek dla pojedynczej jednostki może być wtedy efektem takiego uogólnienia, czasem indywidualnie nieuprawnionym, czasem wynikiem przyjętych stereotypów, a czasem adekwatnym wyrazem jej godnych szacunku cech.

Podobnie gdy mówimy o szacunku dla urzędu, np. prezydenta, to w systemie demokratycznym w istocie wyrażamy szacunek nie tyle dla osoby ten urząd sprawującej, ile dla tych milionów współobywateli, którzy prezydenta wybrali. I ten, kto odmawia podania ręki prezydentowi, obraża nie tylko jego, ale owe miliony wyborców. I żeby nie wiem jaki miał inteligencki czy Żoliborski rodowód, przejawia zwyczajne chamstwo.

Niektóre kultury czy religie wymagają, aby pewną dozą szacunku darzyć każdego, ze względu na niezbywalną godność każdej jednostki. Wygląda więc na to, że szacunku są godni nie tylko lepsi od nas, ale także równi lub od nas gorsi: nie tylko bohaterowie i przyjaciele, ale też łajdacy i wrogowie, zbrodniarze i oszuści, bogacze i nędzarze. Przykładem takiej chrześcijańskiej postawy jest wielkanocny rytuał obmywania nóg biednym przez biskupa czy nawet papieża, a jej przeciwieństwem słynne sformułowanie „spieprzaj dziadu”. W istocie jednak, w teologicznym uzasadnieniu taki podstawowy szacunek dla każdego człowieka jest implikacją szacunku do istoty najwyższej, Boga i stwórcy, którego cząstka zawarta ma być w każdym stworzeniu.

4. Za co szanować?

Bardziej zwyczajne, codzienne pojmowanie szacunku wiąże się już wprost z jakąś ideą wyższości pod pewnym względem tego, kogo szacunkiem obdarzamy, kto jest szacunku godzien. Po pierwsze, szacunkiem obdarzamy kogoś ze względu na indywidualne uzdolnienia, talenty, umiejętności, czy to wrodzone, czy nabyte: w młodzieżowym gangu może to być najsilniejszy, dla kibiców strzelec bramek, dla uczonych noblista, dla melomanów – wybitny pianista.

Po drugie, szacunkiem obdarzamy za jakieś ogólne cechy biografii, na przykład karierę self-made mana, heroiczne zasługi wojenne, konsekwentną postawę moralną czy to, co nazywamy charakterem, prostolinijnością, wiernością własnym poglądom czy zasadom.

Po trzecie, udzielamy szacunku za sumę czyichś dobrych uczynków, godnych zachowań, fachowych działań, trafnych wyborów, twórczych rezultatów, słusznych decyzji w przeszłości. Słowem, kierujemy się reputacją. Niekiedy szacunkiem obdarzamy nie tylko za cele osiągnięte, ale za godny sposób dążenia do celu: uczciwy, konsekwentny, uparty, zdyscyplinowany, pełen poświęcenia – nawet gdy cel nie zostanie osiągnięty. Mamy szacunek dla himalaistów, nawet gdy musieli zawrócić spod szczytu, a kibice witają na lotnisku drużynę, która zajęła w turnieju ostatnie miejsce, ale walczyła do końca. Mamy szacunek dla chińskiego czy kubańskiego dysydenta godzącego się na długoletnie więzienie, mimo że póki co i jeden, i drugi dalecy są od swojego życiowego marzenia.

Po czwarte, uważamy, że szacunek należy się pewnym kategoriom ludzi, ze względu na tak zwane cechy demograficzne: wiek i płeć. W wielu kulturach szacunek należy się starszym, zapewne z uwagi na to, że sam wiek zapewnia większą pulę życiowych doświadczeń, życiowej mądrości czy zgromadzonej wiedzy. Podobnie w wielu kulturach szacunkiem otacza się kobiety, zapewne ze względu na ich biologicznie daną wyłączność w funkcji macierzyństwa, a także szczególną w wielu społeczeństwach rolę w rodzinie i gospodarstwie domowym.

Po piąte, obdarzamy szacunkiem ze względu na szczególną pozycję i rolę pełnioną w grupie: ojca w tradycyjnej rodzinie, kapitana w drużynie piłkarskiej, dowódcę w armii, przywódcę w ruchu rewolucyjnym.

Po szóste, szacunek kierujemy ku pewnym zawodom, z uwagi na ich niezbędność dla zbiorowości i powinność udzielania pomocy innym (tzw. zawody pomocowe, helping professions): lekarzom i strażakom, policjantom i żołnierzom, adwokatom i filantropom.

Po siódme, szacunek należy się tym, którzy tworzą nowe wartości, kształtują przyszłość społeczeństwa: odkrywcom i zdobywcom, wynalazcom i uczonym, artystom i reformatorom, wizjonerom i prorokom.

5. Odcienie szacunku: charyzmatycy i celebryci

Szacunek ma wiele odcieni i spokrewniony jest z innymi rodzajami międzyludzkich relacji. Z jednej strony, pewną odmianą szacunku jest charyzma, relacja silnie zabarwiona emocjonalnie, łącząca najbardziej intensywne uznanie, podziw, posłuszeństwo wynikające z jakiejś syntezy wielu godnych szacunku cech osoby charyzmą obdarzanej: talentów osobistych, pozycji i roli społecznej, oddania innym, udzielania opieki, pomocy, wsparcia – swoim wiernym, wyznawcom, fanom, zwolennikom czy obywatelom.

Z drugiej strony, pozornie zbliżona do szacunku jest relacja do idoli popkultury, tzw. celebrytów, granicząca niekiedy z uwielbieniem, utożsamianiem się i prowadząca do naśladownictwa stylu, sposobu bycia, maniery mówienia itp. Jest tu jednak zasadnicza różnica. O ile przywódca charyzmatyczny jest nauczycielem, o tyle idol – modelem. Różni się też treść relacji: do osoby obdarzonej charyzmą utrzymujemy dystans, pokorę, przejawiamy czołobitność i poddanie. Pewna doza podobnego dystansu występuje zawsze, gdy wyrażamy komuś szacunek. Z idolem natomiast chcemy być jak najbliżej, piszczeć z pierwszego rzędu koncertu rockowego, dotknąć w przejściu, urwać kawałek koszuli, zdobyć autograf, podglądnąć przy pomocy paparazzi w sypialni i łazience. Z idolami i celebrytami łatwo się też spoufalamy. O znajomych tylko z ekranu telewizyjnego często myślimy i mówimy po imieniu. „Doda” na panią Rabczewską, „Kasia” na panią Cichopek czy „Zula” na laureatkę turnieju „Top Model”, która mówi o sobie w wywiadzie: „mam zajebiste ciało i jestem z tego dumna”. Trudno oczekiwać, aby występował w takich relacjach szacunek.

6. Patologie szacunku

Jak zwykle bywa w świecie ludzkim, szacunek jest fenomenem subiektywnym; udzielamy go opierając się na subiektywnych, uznanych przez nas kryteriach i opierając się na subiektywnej ocenie innego przy użyciu tych kryteriów. Ta subiektywność to jedno ze źródeł patologicznych form szacunku.

Po pierwsze, same kryteria mogą odbiegać od powszechnie uznanych, godnych standardów. Na przykład w subkulturze tzw. biznesu szarej strefy szacunkiem może być otoczony największy cwaniak, któremu udało się oszukać kontrahenta, nie zapłacić pracownikom i uniknąć podatków. Wśród uczniów, a niestety i naszych studentów, ciągle uznaniem cieszy się ten, kto umiejętnie odpisał na egzaminie. W subkulturze przestępczej mafii, kryterium może być liczba udanych włamań czy zabójstw, a w subkulturze gangu młodzieżowego – liczba „zaliczonych” panienek.

Po drugie, nawet stosując godne kryteria, możemy szacunkiem obdarzyć tego, kto na szacunek nie zasługuje, słowem pomylić się w naszej ocenie, paść ofiarą manipulacji, oszustwa, marketingu politycznego czy własnej naiwności. Przykłady to znachor, który udaje lekarza, adwokat bez aplikacji czy polityk, który dorabia sobie biografię spolegliwego socjalisty i zasłużonego bojownika o wolność, gdy w istocie kieruje nim jedynie żądza władzy.

Ale patologiczne formy szacunku wynikają nie tylko z subiektywności ocen.

Przeciwieństwem szacunku jest nadmierna poufałość, manifestowanie bliskości, owo poklepywanie po plecach, przepijanie od razu „brudzia”. To kolejny przejaw tego największego wroga szacunku, jakim jest chamstwo. Niekiedy takie spoufalanie się może być cynicznie wykorzystywane dla manipulacji czy marketingu. Socjologowie mają na to nazwę pseudo-Gemeinschaft, pozorowana intymność. Kiedy dealer samochodowy czy doradca bankowy mówi do mnie per „panie Piotrze”, to oczywiście tylko dlatego, żeby pozory przyjacielskiej relacji skłoniły mnie do zakupu czy wzięcia kredytu. Widzimy, że taki pozorowany szacunek nie jest przejawem uznania, wręcz przeciwnie: dealer, który sprzedał niesprawny samochód, odczuwa zapewne pogardę dla klienta za jego naiwność i niefachowość.

Autentyczny szacunek jest w swojej istocie relacją autoteliczną, której nie przyświeca jakaś korzyść osobista. Jest wyrazem spontanicznego i bezinteresownego uznania dla czyjejś wyjątkowości czy wybitności. Dlatego patologiczne są wszelkie sytuacje, gdy z interesownych powodów cynicznie odwołujemy się do czyjejś próżności. Manifestacyjnym przejawom szacunku nie towarzyszy wcale uznanie. Pochlebcy, lizusy, klakierzy dla własnych interesów gotowi są wychwalać, komplementować, schlebiać każdemu, kogo skądinąd uważają za śmiecia. Przykład: poseł w rzeczywistości gardzi przywódcą swojej partii, ale w obecności jego i jego stronników wybiega przed szereg i wychwala go pod niebiosa, bo liczy na dobre miejsce na listach wyborczych. Pozory szacunku stają się tu narzędziem gry służącej własnemu interesowi i z autentycznym szacunkiem mają niewiele wspólnego.

Patologiczna jest również sytuacja odwrotna: dostrzegam i uznaję czyjeś osiągnięcia czy zasługi, ale właśnie dlatego zawiść każe mi je dezawuować, wyszydzać i okazywać drugiemu pogardę. Klasyczny przykład to stosunek Salierego do Mozarta, tak sugestywnie odmalowany w filmie Miloša Formana. Tak jak w poprzednim wypadku mieliśmy do czynienia z udawanym szacunkiem bez uznania, tak tutaj zawistny brak szacunku wynika właśnie z głęboko ukrytego czy wypartego ze świadomości uznania czy wręcz dostrzeżenia geniuszu.

7. Zapobieganie erozji szacunku

Mądrość potoczna powiada: noblesse oblige, szlachectwo zobowiązuje. Ten, kto obdarzony jest szacunkiem z jakiegokolwiek z wymienionych powodów, musi starać się temu kredytowi sprostać. Szacunek jest dobrem ulotnym i tłukliwym. Długo i trudno się go zdobywa, ale niezwykle łatwo traci. Nawet pojedynczy czyn niezgodny z wizerunkiem i oczekiwaniami wobec osoby szanowanej może szacunek załamać. Gdy osiągnie się pewien poziom wybitności, to nie można już postępować gorzej. Pewne rzeczy po prostu pewnym ludziom nie przystają. Szanowany profesor nie może wygłosić byle jakiego wykładu. Szanowany pisarz nie może napisać kolejnej książki na kolanie. Szanowany artysta nie może wejść na estradę i fałszować. Szanowany polityk nie może zaproponować absurdalnych reform.

Jeszcze bardziej destruktywny dla szacunku jest dysonans między ogólnymi oczekiwaniami wobec czyjejś roli zawodowej a niegodnym postępkiem kogoś, kto w tej roli występuje. Gdy zajmuje się pewną wyróżnioną społecznie pozycję, to nie można zachować się haniebnie. Dlatego tak bardzo jesteśmy wzburzeni, gdy słyszymy o księdzu molestującym kleryków, o nauczycielu pedofilu, skorumpowanym polityku, sędzi biorącym łapówkę czy ustawiającym mecze sportowcu. Tu już nie tylko nie wypada, ale nie wolno: bo czyn jest w totalnej sprzeczności z powołaniem czy rolą zawodową.

Wskaźnikiem istnienia i siły reguły społecznej (normy, wartości) jest reakcja społeczna na jej naruszenie. Wskaźnikiem erozji czy wręcz zaniku reguły jest natomiast brak takiej reakcji, obojętność wobec aktów łamania reguły.

Na szczęście erozja szacunku nie osiągnęła jeszcze u nas dna, są bowiem ciągle znaczne grupy społeczne, które reagują. Gdy ktoś osobiście lub czyjaś rola społeczna, kategoria zawodowa, status demograficzny – godne są szacunku czy szeroko obdarzane szacunkiem. Jest jeszcze wielu ludzi, których razi, gdy w czynie czy w mowie zostaje to naruszone. Ciągle na szczęście przynajmniej niektórzy z nas oburzają się, gdy uczeń kpi z nauczyciela, gdy pijany wyrostek obraża kobietę, gdy pacjent obrzuca wyzwiskami lekarza, a dziennikarz naigrywa się z prezydenta. Razi nas brutalny i obraźliwy język debaty publicznej i pełen inwektyw język „internautów”, w którym odnoszą się do szanowanych i uznanych autorytetów. To kolejne symptomy tej społecznej choroby, jaką jest chamstwo.

Zdrowe społeczeństwo to takie, w którym szacunkiem obdarzani są ludzie kompetentni, szlachetni, prawdomówni, a szacunku odmawia się oszustom, kłamcom, manipulatorom i chamom. To także takie społeczeństwo, w którym ludzie obdarzeni szacunkiem postępują kompetentnie, uczciwie, prawdomównie, zgodnie ze społecznymi oczekiwaniami, a nie nadużywają zdobytego podstępem szacunku dla egoistycznych interesów czy cynicznych gier.

Sprawą fundamentalną dla odrodzenia tkanki społecznej jest kształtowanie dwóch kompetencji moralnych. Po pierwsze, aby obywatele obdarzali szacunkiem tych, których trzeba, niezbędna jest zdolność odróżniania dobra od zła, autentyczności od pozorów, prawdy od udawania. Słowem, konieczna jest wrażliwość etyczna. A po drugie, aby ludzie szanowani, szanowali się sami, to znaczy cenili zdobyty szacunek i nie naruszali go dla niegodnych celów, potrzebna jest etyczna odpowiedzialność.

Wyrabianie obydwu etycznych kompetencji to wielkie zadanie dla edukacji. I tej rodzinnej, i szkolnej, i medialnej. To konieczność lansowania w gazetach, literaturze, filmie, internecie wzorów zasłużonego szacunku i piętnowanie zasług i osiągnięć pozornych, karier typu Nikodema Dyzmy, uznania opartego na fałszu. I wreszcie, to paląca potrzeba konsekwentnej walki z chamstwem we wszelkich jego przejawach, od rodziny, szkoły, ulicy przez tabloidy do internetu.

Warto podjąć taki wysiłek, bo społeczeństwo wyplenionego chamstwa i ugruntowanego szacunku to po prostu społeczeństwo szczęśliwsze, gdzie wszystkim razem i każdemu z osobna żyje się lepiej, przyjemniej, spokojniej. To społeczeństwo, gdzie ludzie sobie pomagają, współpracują ze sobą, uśmiechają się do nieznajomych na ulicy. Są takie społeczeństwa. Nie ma żadnego powodu, aby nasze musiało być inne.


* Piotr Sztompka, socjolog, profesor zwyczajny Uniwersytetu Jagiellońskiego, członek rzeczywisty PAN.

„Kultura Liberalna” nr 108 (5/2011) z 1 lutego 2011 r.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 108

(4/2011)
1 lutego 2011

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj