Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Spacerując > ADAMCZYK: Nabatejski raj...

ADAMCZYK: Nabatejski raj na końcu świata

Małgorzata Joanna Adamczyk

Nabatejski raj na końcu świata

Jordański król Abdullah na początku lutego przyjął rezygnację premiera Samira Rifaia i zdymisjonował swój gabinet. Nowym premierem został Maruf al-Bakhit, pełniący już tę funkcję w latach 2005–2007. Nieco uspokoiło to demonstrantów, ale nie zatrzymało demonstracji. W bliskowschodnim kotle wrze nadal, a sytuacja w Jordanii – choć może nie zagraża monarchii jako takiej – jest wybitnym przykładem tego, że protesty rozszerzają się na kolejne kraje. Tymczasem, podczas gdy światową opinią publiczną wstrząsają doniesienia z manifestacji i z zagrożonych rabunkiem muzeów, niektóre ze starożytnych budowli stoją (póki co) niewzruszone.

W Petrze wędrowców czeka właśnie takie niewzruszone trwanie skał. Stały dotąd tysiące lat, niechże więc stoją dalej jak najdłużej. Czemu zmiany rządów miałyby burzyć ich spokój? Stołeczny Amman odległy jest o trzy godziny drogi. To zbyt wiele, by zakłócić wiekową drzemkę architektonicznych pozostałości po Nabatejczykach.

Zanim jednak wkroczy się do ich królestwa, wypada wymienić parę słów ze współczesnymi Jordańczykami z krwi i kości. Ci zaś, uśmiechając się szeroko do turystów, starają się sprawiać wrażenie, że hotele i restauracje w Wadi Musa – mieście obsługującym nabatejski kompleks – mimo odległych stołecznych demonstracji trwać będą równie niewzruszenie co skały Petry. Nie warto dać się jednak zwieść uśmiechom: smak szaszłyka z baraniny, choć wspaniałością dorównuje tysiącletnim zabytkom, jest jednak o wiele bardziej ulotny niż one.

Podobnie ulotny wydaje się być otaczający nas spokój. W hostelu wystarczy krótka chwila zainteresowania programem informacyjnym w Al-Jazeerze, który ogląda recepcjonista, by ugrzeczniona cisza została przełamana i zaczęły się gorące polityczne dyskusje. W ferworze opowieści jeden z moich rozmówców chwyta stojący na stoliku serwis do herbaty i, ustawiając filiżanki, objaśnia geopolitykę regionu: „ta filiżanka to Izrael, cukiernica to Autonomia Palestyńska, a ta filiżanka to Jordania…” – mówi żonglując spodkami. Choć wizerunki króla i flagi wiszą wokół na każdym kroku, gdy przychodzi co do czego, o polityce można rozmawiać bez obrazków. Wystarczą filiżanki. Chwilę potem ustalenie, która filiżanka herbaty była czyja, zajmuje nam nieco czasu. Wreszcie – udaje się. Posileni napojem, możemy ruszać dalej. Zabytki Petry czekają.

Wejście na teren archeologicznego kompleksu nieszczególnie imponuje. Kolejny wielkoformatowy wizerunek króla na ścianie, kolejne łopoczące flagi, kolejny całkiem współczesny budynek, jakich w Wadi Musa wiele. Wystarczy jednak kupić bilet i przejść na drugą stronę owych wyglądających najzwyczajniej w świecie ścian, by przekonać się, że na wskroś współczesne Wadi Musa sąsiaduje z baśniowym, nabatejskim rajem. Różnobarwne skały w promieniach słońca mienią się odcieniami czerwieni. Lokalni przewodnicy, przekrzykując się, zachęcają do przejażdżki na wielbłądzie, osiołku lub półkrwi arabie. Wykute w skalnych ścianach groty i świątynie kuszą, by do każdej wejść i osobiście upewnić się, czy na pewno w środku nie ma żadnej zagubionej lampy Aladyna. Mityczny urok Orientu, który tak zachwycał XIX-wiecznych artystów swoją egzotyką, staje przede mną w całej swej okazałości. Oto ono: „różanoczerwone miasto mające połowę tych lat, co czas”, mówiąc słowami Johna Williama Burgona.

Jak przystało na to co Inne, Petra niepokoi i fascynuje. Wrażenie jest tak przemożne, że przez chwilę mam ochotę zapomnieć, że żyję w XXI wieku, i – przede wszystkim – że kiedykolwiek miałam w rękach „Orientalizm” albo jakąkolwiek inną pracę z zakresu studiów postkolonialnych. Przeszkadza mi to teraz w pełnym zanurzeniu się w micie. Na szczęście to uczucie szybko mija i dalej mogę zachwycać się pięknem otoczenia bez zbędnych domieszek. John William Burgon, autor bodaj najczęściej cytowanej frazy o Petrze (przytoczonej zresztą powyżej), napisał wiersz o tym miejscu jeszcze zanim je odwiedził. Takie bywają skutki uboczne orientalizmu. Lepiej więc czym prędzej się zeń otrząsnąć.

Solidny spacer po Petrze zajmuje dwa, trzy dni. Tyle czasu potrzeba, by zobaczyć najważniejsze zabytki, nie biegając przy tym od jednego do drugiego, ledwo łapiąc oddech. Jest co oglądać. Zbiegające się nad głowami spacerowiczów, osiemdziesięciometrowe klify. Rozliczne jaskinie i groby. Naturalne, dziwacznie wyglądające formacje skalne. Wielowiekowe rzeźby lub chociaż ich pozostałości. Kanały wodne wycięte w skałach. Uprawne tarasy sprzed dwóch i pół tysiąca lat. Imponujące królewskie grobowce. Liczne świątynie. Kolumnady. Ołtarz ofiarny położony wysoko w górach, z piękną panoramą na całą okolicę. Klasztor nazywany tak zwyczajowo, ze względu na sakralne cele, do których używali go swego czasu Bizantyjczycy. Wspiąć się doń trzeba po niemal dziewięciuset schodach, ale trudy nagrodzone są nie lada widokami. I wreszcie przede wszystkim, sztandarowy dla Petry Al-Khazneh – „skarbiec faraona” – ponad czterdziestometrowa budowla wykuta w litej skale z podziwu godną dbałością o detal. Miłośnikom filmu „Indiana Jones i ostatnia krucjata” powinna się wydać znajoma: to tu ukryty był filmowy Święty Graal.

Wędrowców, którzy chcą obejrzeć przynajmniej połowę tego, co obejrzeć warto, czeka długi spacer, sporo górskich wędrówek. Czekają również cudowne widoki. Już sam skarbiec zapiera dech w piersiach, gdy niespodziewanie ukazuje się oczom wychodzących z wąskiej, cienistej rozpadliny wprost na rozświetloną słońcem, łososiową fasadę Al-Khazneh. Oszałamiające? Jak najbardziej.

Gdy wspinam się mozolnie na kolejny szczyt, tym razem do ołtarza ofiarnego, czuję się trochę bliżej nabatejskich bogów. Niemal nic o nich nie wiemy, jednak musieli być potężni, skoro cywilizacja ich wyznawców wydała takie wspaniałe architektonicznie owoce, a z ich miejsc kultu od tysiącleci roztaczają się tak olśniewające widoki. Widziani z wysoka ludzie wyglądają jak mrówki, i chyba tym też są wobec majestatu gór.

Wreszcie jest i ołtarz otoczony straganami. A na nich różności – biżuteria, dzbanki do kawy, flagi Jordanii i… tak jest: kości. Mam szczerą nadzieję, że zwierzęce, boję się jednak spytać i upewnić. A nuż odpowiedź byłaby przecząca? Swoją drogą nie wiem, z czego lub kogo składano ofiary na pobliskim ołtarzu – może kości to jakaś wskazówka?

Nie bacząc na ewentualną wskazówkę oraz na sakralną rangę miejsca, do zdjęcia sadowię się na kamiennym ołtarzu, ciesząc się dotykiem sprzed ponad dwóch tysięcy lat. Obrazą nabatejskich bogów nie zaprzątam sobie głowy. Błąd. Wygnanie z nabatejskiego raju następuje bowiem błyskawicznie: wystarczy jedno niefortunne potknięcie na wykutych w górskiej skale schodach i konieczny jest szybki powrót do nowoczesności. Szybki na tyle, na ile można pokonać trzy kilometry na jednej sprawnej nodze i przy wsparciu przyjacielskich ramion.

Starożytność splata się ze współczesnością. Resztki królestwa znajdują się w Jordanii, a więc to Jordańczycy z Wadi Musa pomagają mi uporać się z nabatejską zemstą za znieważenie ołtarza. Robią to z takim przejęciem i oddaniem, jakby w stołecznym Ammanie nie mieli własnych problemów na głowie, i bardzo jestem im za to wdzięczna. Gdy z plakatu spoglądał na mnie król Abdullah, nie dziwiłam się jego uśmiechowi. Król wydaje się mieć poddanych godnych pozazdroszczenia.

* Małgorzata Joanna Adamczyk, stypendystka Muzeum Historii Żydów Polskich, studiuje w Izraelu.

„Kultura Liberalna” nr 111 (8/2011) z 22 lutego 2011 r.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 111

(8/2011)
22 lutego 2011

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj