Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Krótko mówiąc > KUSIAK: Rewolucyjny pośpiech,...

KUSIAK: Rewolucyjny pośpiech, stoicka cierpliwość: miejski aktywizm i opór struktur

Joanna Kusiak

„Tym, którym leży na sercu sprawa nędzy i obywatelstwa, powinniśmy zacząć przypominać, że kluczowym warunkiem głębokiej demokracji jest zdolność połączenia pośpiechu z cierpliwością ”
Arjun Appadurai (1)

Rewolucyjny pośpiech, stoicka cierpliwość: miejski aktywizm i opór struktur

Mimo sceptycyzmu co do tego, na ile powszechne zainteresowanie i debatowanie o mieście może przekładać się na rzeczywistość, lista dotychczasowych sukcesów miejskich aktywistów wcale nie jest krótka. Wystarczy wymienić tak odmienne osiągnięcia, jak utworzenie Forum Dialogu, przekonanie ratuszów do rozpisywania konkursów na lokale o konkretnym przeznaczeniu (najgłośniejsza jest sprawa NWŚ, mniej osób wie, że na przykład po protestach dotyczących likwidacji warzywniaka w budce w alei Wyzwolenia, miasto rozpisało konkurs na sklep z owocami i warzywami – tym razem bezpośrednio w jednym z budynków tak zwanego Latawca. Buda zniknie, Pani z warzywami zostanie) i rezygnację, mimo nacisków dewelopera, z budowania osiedla mieszkaniowego na Polu Mokotowskim. Niewątpliwym osiągnięciem jest również cała droga, jaką przeszło Stowarzyszenie „My Poznaniacy”(2): od wysiłku organizacji i łączenia sił rad osiedlowych przy sceptycznym podejściu mediów aż po zdobycie niemal 10 procent głosów w wyborach samorządowych i zdobycie istotnej roli w definiowaniu języka debaty publicznej w Poznaniu.

Przykład poznański jest o tyle istotny, że pokazuje postulowaną przez Appaduraia mieszankę cierpliwości i pośpiechu. Cierpliwości, bo droga do dzisiejszych pozycji zajęła łącznie prawie trzy lata; pośpiechu zaś, bo by istotnie coś osiągnąć, należy od pierwszego momentu wyprzedzać ograniczoną obowiązującą strukturą wyobraźnię, wytyczać zupełnie nowe ścieżki i definiować problemy zanim się pojawią. Nawet wtedy, gdy nikt nie wierzy, że coś da się zmienić. Tak na przykład „Poznaniacy”, którzy mimo wysokiego wyniku wyborczego nie uzyskali żadnego miejsca w Radzie Miasta, na swojej stronie internetowej już debatują nad możliwymi zmianami ordynacji wyborczej tak, by nie blokowała ona lokalnych działaczy(3). Pytanie, czy ktoś pozwoli im zmienić ordynację wyborczą, nie jest tu paradoksalnie najistotniejsze. Wiadomo, że tu potrzeba będzie cierpliwej nieustępliwości oraz czasu. Pośpiech w pomysłach i postulatach jest natomiast konieczny po to, by w całej tej cierpliwości w ogóle było na co czekać.

Nie chodzi bynajmniej o hurraoptymizm, ale o odległe od niego świadome przygotowanie na to, że istniejąca struktura – jak to zwykle struktury – będzie oporna. I że wiele osób (z których warto przede wszystkim wymienić dwie grupy: (1) polityków i urzędników miejskich oraz (2) ustanawiającą demokrację większość tak zwanych zwykłych ludzi) bardzo długo będzie uznawała wszelkie postulaty dotyczące „prawa do miasta” za niezrozumiałe bądź nierealne w ramach obowiązującego systemu. Podstawowymi zadaniami dla miejskich działaczy są zatem: organiczna praca przyzwyczajania polityków, mediów i opinii publicznej (w tym własnych sąsiadów ze wspólnoty mieszkaniowej) do nowego języka, hartowanie własnej grubej skóry połączone z ćwiczeniem się w wytrwałości oraz – last but not least – konsekwentne „robienie swojego”. A zatem, pozbawione skrępowania obowiązującymi realiami szukanie nowych rozwiązań, nowych sojuszy i nowych wzorów polityki miejskiej. Rzeczywistość jako taka nie jest bowiem normatywna (to że coś jakieś jest nie znaczy, że takie być musi lub być powinno), natomiast to, co jest w ramach rzeczywistości politycznej możliwe, zależy w dużym stopniu od tego, co za możliwe uznamy.

Minione wybory komunalne były dla Warszawy o tyle szczególne, że po raz pierwszy w historii zdecydowało się kandydować tak wielu niezależnych działaczy, powstało sporo obywatelskich komitetów wyborczych i relatywnie wielu aktywistów rzeczywiście trafiło do polityki. To ogromna szansa, by wreszcie prawdziwie „ulokalnić” lokalną politykę. Pozycja radnego nie powinna być tylko pierwszym krokiem do politycznej kariery, ale przede wszystkim istotnym zadaniem przedstawicielstwa, pośredniczenia pomiędzy codziennymi potrzebami mieszkańców a porządkiem decyzji politycznych. Istnieje szansa, że nowi radni wypracują nowe standardy oraz – co w Polsce istotne – sprawią, że wielu innych przestanie się bać polityki jako domeny demonicznego cynizmu. (Niestety, polityka w Polsce ciągle ma opinię bardzo złą, działającą w dodatku zniechęcająco dla wielu zaangażowanych działaczy – co tylko podtrzymuje taki stan rzeczy).

Szansy, jaką są nasi nowi radni, towarzyszą jednak liczne zagrożenia – na czele z niebezpieczeństwem frustracji wynikającej z tego, że jako przysłowiowe pierwsze jaskółki, niezależni radni zapowiadają wiosnę, ale jeszcze jej nie czynią. Wielokrotnie przyjdzie im konfrontować się zatem ze „zmrożoną” strukturą, która będzie blokować ich postulaty jako niemożliwe do spełnienia. Tym bardziej warto szukać sojuszy z tymi spośród „starych” polityków i urzędników, którzy mają otwartą głowę i są autentycznie zaangażowani (tu z kolei przestroga, by automatycznie nie wykluczać tylko dlatego, że ktoś kandydował z partii X i nie gloryfikować, bo był z niezależnego komitetu – sojusze należy budować raczej wokół interesów mieszkańców i konkretnych spraw, a nie wokół tożsamości wyborczych). Ponadto warto zastanowić się, czy w Warszawie (tak jak w Poznaniu) nie przydałaby się jakaś forma organizacji, łącząca niezależnych radnych w jeden sojusz. Wreszcie pojawia się pytanie, czy nowi, ciągle jeszcze pełni energii radni, potrzebują pomocy – ze strony NGOsów, aktywistów, kawiarni obywatelskich lub wolontariuszy. Oraz czy działania o najbardziej lokalnej skali (osiedla, dzielnicy) da się skoordynować w większy projekt.

Nie bójmy się narzucać tempa – i działajmy tak, by reszta miała szansę nas dogonić. Ponieważ najbardziej medialną częścią wszystkich rewolucji jest kilkudniowy karnawał, zbyt łatwo zapomina się o długim procesie poprzedzającym, w którym prawie nikt nie wierzy, że cokolwiek zmienią pojedyncze głosy protestu, samotne akty nieposłuszeństwa, ożywione debaty o pomysłach, w których realizację nikt tak naprawdę nie wierzy albo zapisywanie się do, jak by się wydawało, czysto życzeniowych grup na Facebooku – na długo przed tym, zanim na wallu pojawi się zaproszenie na event na placu Tahrir.

* Joanna Kusiak – doktorantka Uniwersytetu Warszawskiego i Technische Universität Darmstadt, prezeska Stowarzyszenia DuoPolis, członkini redakcji Kultury Liberalnej. Przygotowuje rozprawę doktorską nt. „Rewolucja miast. Materialistyczna analiza transformacji miast postsocjalistycznych na przykładzie Tirany, Warszawy i Berlina“. Pochodzi z Łodzi, mieszka w Warszawie i Berlinie.

Przypisy:

(1). Arjun Appadurai, „Głęboka demokracja – zarządzanie miejskie i horyzont polityki”, w: Res Publica Nowa, nr 11-12/2010.
(2). Por. strona internetowa: http://www.my-poznaniacy.org/, historię Stowarzyszenia i jego relacji z mediami i miastem opisują również Lech Mergler i Kacper Pobłocki w: „O nas bez nas: polityka skali a demokracja miejska”, Res Publica Nowa, nr 11-12/2010.
(3). Por. np. http://www.my-poznaniacy.org/index.php/nasze-idee/demokracja-miejska/557-12-problemow-z-jednomandatowymi-okregami-wyborczymi

„Kultura Liberalna” nr 111 (8/2011) z 22 lutego 2011 r.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 111

(7/2011)
22 lutego 2011

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj