PRZEKAŻ
1%
PODATKU
Przekaż 1% podatku na demokratyczne media.
Podaj w rozliczeniu numer
KRS Kultury Liberalnej:
0000 398 695
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Spacerując > ADAMCZYK: Moja ulica...

ADAMCZYK: Moja ulica murem podzielona

Małgorzata Joanna Adamczyk

Moja ulica murem podzielona

W tym roku Baruch Goldstein kończyłby 54 lata. Kończyłby, ale nie skończy, bowiem siedemnaście lat temu otworzył ogień do modlących się w hebrońskim meczecie palestyńskich muzułmanów. Zginął, zabijając uprzednio 29 osób i raniąc 125. Dzień jego śmierci pamiętany jest do dziś – mieszkający w Hebronie Palestyńczycy 25 lutego nie kryją żałoby. Nie mam odwagi pojechać do Hebronu w rocznicę masakry. Czasowo niewiele mnie jednak od tej daty dzieli. W głębi duszy mam więc szczerą nadzieję, że pokrywające starówkę napisy „Arabowie do gazu” to tylko efekt okołorocznicowej eskalacji konfliktu.

Hebron to chyba najbardziej skomplikowane miejsce na terenie Autonomii Palestyńskiej. Część miasta to tereny, na których Palestyńczycy odpowiedzialni są zarówno za kwestie cywilne, jak i za bezpieczeństwo; są to zarazem tereny, na których, według izraelskiego prawa, Izraelczykom przebywać nie wolno. Poza tym obszarem, w kilku punktach miasta mieszkają jednak izraelscy osadnicy. Teren zamieszkiwany przez osadników to tak zwany obszar H2 kontrolowany przez izraelską armię. Przejawy kontroli? Szesnaście checkpointów, godzina policyjna, poważne ograniczenia w przemieszczaniu się oraz wymuszone siłą zamknięcie palestyńskich sklepów, znajdujących się w pobliżu miejsc zamieszkiwanych przez osadników. Palestyńczycy nękani są ponadto na różne sposoby: w stronę idących do szkoły dzieci szybują kamienie, do palestyńskich domów sąsiadujących z mieszkaniami osadników przez dziury w murach „przypadkiem” wpełzają węże. Organizacje broniące praw człowieka alarmują, że armia, widząc takie zachowania, jedynie wzywa policję. Reaguje bezpośrednio tylko wtedy, gdy niebezpieczeństwo grozi osadnikom.

Hebron ma ważkie znaczenie religijne i symboliczne. To tu znajdują się groby biblijnych patriarchów: Abrahama, Izaaka i Jakuba. To tu spoczywają ich małżonki, żydowskie matriarchinie: Sara, Rebeka i Lea (siostra Lei, Rachela, pochowana jest dla odmiany w Betlejem). Według Biblii to tu Dawid został namaszczony na króla Izraela. Ponadto ma się tu również znajdować głowa Ezawa i, według niektórych apokryfów, groby dwunastu synów Jakuba. Dlatego też Hebron jest drugim co do znaczenia miastem w judaizmie, tuż po Jerozolimie. Jednocześnie jednak grób Abrahama to ważne miejsce w muzułmańskim Meczecie Ibrahima. Dlatego też dostęp do grobów podzielony jest na część muzułmańską i żydowską. To w tej pierwszej siedemnaście lat temu strzelał Baruch Goldstein.

Podzielone jest jednak nie tylko miejsce kultu. Podzielone jest też całe miasto. Ze względu na religijne znaczenie miejsca, Żydzi żyli w nim przez wieki, aż do roku 1929. Wtedy to 67 zginęło w zamieszkach z rąk swoich nieżydowskich sąsiadów, a pozostali, ewakuując się, pospiesznie opuścili miasto. Niektórzy ich potomkowie powrócili po roku 1967, po wygranej przez Izrael wojnie sześciodniowej. Swój powrót traktują jako kontynuację dzieła przodków oraz misję na rzecz Wielkiego Izraela rozciągającego się od Morza Śródziemnego co najmniej do rzeki Jordan, a więc zawierającego także palestyńskie: Zachodni Brzeg i Strefę Gazy. Nie licząc tego, co dzieje się we Wschodniej Jerozolimie, są jedynymi żydowskimi osadnikami na Zachodnim Brzegu, mieszkającymi w środku palestyńskiego miasta.

Obserwując kontrolowane przez Palestyńczyków centrum, trudno zauważyć, by to miasto w jakikolwiek sposób różniło się od Ramallah lub Jerycha. Sprzedawcy przekrzykują się nawzajem równie entuzjastycznie, samochody trąbią równie głośno, a autobusy równie obcesowo zajeżdżają wszystkim drogę. Wystarczy jednak przejść parę kroków i wejść na starówkę, by atmosfera zupełnie się zmieniła. Większość sklepów zatrzaśnięta jest na głucho – izraelskie wojsko zalutowało drzwi. Nad częścią ulic rozpościera się siatka chroniąca palestyńskich przechodniów oraz nielicznych w tej okolicy turystów przed kamieniami i śmieciami rzucanymi z góry przez izraelskich osadników. Już po krótkim czasie czuję się jak w klatce. Aby osiągnąć ten stan, wystarcza mi pół godziny, jak więc muszą się czuć ci, którzy mieszkają tu na stałe?

Droga do grobów patriarchów wiedzie przez wymarłe miasto i dwa checkpointy. „Na pewno nie ma pani nic ostrego?” – dopytują się żołnierze przy drugim z nich, przy wejściu do meczetu, w którym Goldstein zamordował 29 osób. „Nie, nic” – odpowiadam. „Tylko poczucie humoru miewam czasami cięte” – dodaję po krótkim namyśle. Żart jest czerstwy, ale rozładowuje atmosferę. W dodatku dzięki niemu zyskuję przewodnika. Jeden ze stojących nieopodal Palestyńczyków, widząc, że rozbawiłam czymś izraelskich żołnierzy, podchodzi, by zamienić kilka słów, a po krótkiej chwili proponuję, że oprowadzi mnie po mieście. Mój przewodnik ma na imię Islam. „Tak, zupełnie tak, jak religia” – potwierdza, gdy chcę się upewnić. Wchodzimy z Islamem do meczetu. On – pomodlić się, ja – zrobić kilka zdjęć i podsłuchać, co też dzieje się po żydowskiej stronie grobu Abrahama. Jest szabat, więc nie mam szans wejść, ale przynajmniej mogę usłyszeć to i owo.

Gdy wychodzimy z meczetu, Islam opowiada o tym, co jako piętnastolatek zapamiętał z intifady Al-Aksa. Opowiada o swojej dziewczynie, która wskutek odniesionych obrażeń umarła w szpitalu. Mówi o swojej ciotce, która zginęła tylko dlatego, że wyszła na dach powiesić pranie, a patrzący z daleka izraelski żołnierz uznał, że kobieta zamierza się, by rzucić granatem w mieszkających nieopodal osadników. Żali się, że od tamtego czasu nie miał żadnej dziewczyny. Mówi o dawnym palestyńskim szpitalu zajętym przez osadników. O przymusowym zamykaniu palestyńskich sklepów przez izraelskie wojsko. O podpaleniach, które spotykają tych, którzy nie chcą osadnikom sprzedawać mieszkań. O kłopotach ze znalezieniem pracy. W międzyczasie spacerujemy po mieście.

Mój przewodnik należy do jednej z nielicznych rodzin, które wciąż po sąsiedzku mają teren zajęty przez izraelskich osadników. Dzięki temu może mnie oprowadzić po strefie buforowej. Z moim europejskim paszportem mogę wchodzić zarówno tam, gdzie nie wolno przebywać Palestyńczykom, jak również w miejsca, gdzie wstęp wzbroniony mają Izraelczycy. Gdyby nie Islam, prawdopodobnie zgubiłabym się gdzieś w plątaninie uliczek. Dzięki niemu czuję się nieco raźniej między jeżącym się na mnie z obu stron drutem kolczastym.

Szabat dobiega końca, niedługo z żydowskiej części Hebronu zaczną jeździć izraelskie autobusy do Jerozolimy. Islam prowadzi mnie na służący osadnikom przystanek. Idziemy na przełaj przez muzułmański cmentarz z widokiem na miejsce spoczynku patriarchów. Jest wreszcie i oczekiwany przystanek. Mój przewodnik nie daje mi jednak do niego podejść. Zatrzymuje się dwadzieścia metrów wcześniej, wskazuje na pobliski murek i proponuje, byśmy usiedli. „Na murze? Dlaczego?” – dziwię się. „Chodźmy na przystanek, w końcu ławka jest na nim po to, by na niej siadać” – mówię, ruszając dalej. Islam niepewnie podąża za mną – wie, co się stanie. Ja jeszcze nie.

„Hola, hola, czego?” – krzyczy z daleka izraelski żołnierz w pełnym rynsztunku, gdy idący kilka metrów za mną Islam próbuje podejść bliżej wiaty, pod którą się właśnie usadawiam. Okazuje się, że wbrew moim przypuszczeniom na przystanku siadać nie wolno, a przynajmniej nie każdemu. Gdy odkrzykuję żołnierzowi, że jestem z Polski, łaskawie pozwala mi zostać. Mojego palestyńskiego towarzysza nie spotyka jednak podobny zaszczyt. Wracamy więc razem na pobliski murek. „Mówiłem od początku, żeby tu usiąść” – uśmiecha się Islam, niezrażony przebiegiem wypadków, podczas gdy we mnie wszystko się gotuje. O ile wiem, nie ma żadnej podstawy prawnej zabraniającej jednym siadania na przystankach i pozwalającej na to innym. Jak widać nie wszyscy i nie zawsze troszczą się jednak o podstawę prawną swoich działań.

Zbliża się koniec szabatu. Wkrótce na przystanek przybędą osadnicy. Islam żegna się ze mną, na wszelki wypadek unikając ewentualnej konfrontacji. Mogą go przecież bezkarnie obrzucić kamieniami, na co nie będzie mógł w żaden sposób odpowiedzieć – wojsko nie zareaguje, gdy kamienie będą rzucać osadnicy, ale bez wahania stanęłoby w ich obronie, gdyby po kamień sięgnąłby Islam. Machając mu na pożegnanie, zastanawiam się nad analogiami między polityką Izraela i apartheidem w RPA. Część wolnościowych działaczy namiętnie szuka porównań, czemu z oczywistych względów gwałtownie sprzeciwia się Izrael. Do tej pory rozumiałam ten sprzeciw: wszak z legalistycznego punktu widzenia izraelscy obywatele narodowości palestyńskiej nie są pozbawieni żadnych politycznych praw w porównaniu ze swoimi żydowskimi współobywatelami, a arabskie partie bez przeszkód startują w wyborach do Knesetu. Po wizycie w Hebronie nie mogę się jednak chwilowo oprzeć wrażeniu, że o ile analogia nie zdaje egzaminu wobec wewnętrznej polityki państwa, o tyle polityka Izraela na terytoriach okupowanych nieuchronnie dzieli ludzi na lepszych, chronionych przez armię żydowskich osadników, i gorszych – tych, którym nie wolno siadać na pilnowanych przez armię przystankach autobusowych. Palestyńczycy na terytoriach okupowanych nie są wszak obywatelami Izraela.

Korzystając z dobrodziejstw swojego europejskiego paszportu, czekam na autobus pod przystankową wiatą. W pobliżu grupka palestyńskich dzieci beztrosko kopie piłkę. W pewnej chwili toczy się ona w stronę izraelskich żołnierzy; zatrzymują ją ze śmiechem, po czym kopią z powrotem w stronę dzieciaków. Po chwili sytuacja powtarza się, i jeszcze raz, i kolejny. Widząc ten sielsko-anielski obrazek, wyciągam aparat i próbuję zrobić zdjęcie. Nie zdążam. Żołnierze natychmiast przestają grać w piłkę, podchodzą do mnie i stanowczym tonem żądają skasowania zdjęć, które zdążyłam już zrobić. Dopiero, gdy na dowód, że nie uwieczniłam żadnego z nich, pokazuję im zebrane na karcie fotografie, odchodzą. Trzy miesiące temu armia zarządziła, że zdjęcia żołnierzy nie mają prawa trafiać na Facebooka i inne portale społecznościowe. Od tego czasu żołnierska rezerwa do fotografowania znacznie wzrosła.

Pozorna sielanka prysła. Palestyńskie dzieci zdają się patrzeć na mnie z wyrzutem – żołnierze przestali z nimi grać, popsułam zabawę! Mam jednak szanse się zrehabilitować: po chwili to w moją stronę leci piłka. Nie byłam nigdy mistrzynią sportów ruchowych, ale czuję, że teraz muszę zrobić wszystko, by stanąć na wysokości zadania. Chyba się udaje. Piłka nie jest już jednak kopana ponad podziałami. Co prawda mnie wolno siedzieć na przystanku, a im nie, ale ja przecież niedługo stąd wyjadę. Czekające na autobus dzieci żydowskich osadników, które zostaną na miejscu, mimo zimnego wiatru nie włączają się do gry. Marzną wraz z rodzicami. Ja i moi nowi kilkuletni palestyńscy koledzy biegamy za piłką, więc nie jest nam zimno. Chroniąc się przed przybierającym na sile wiatrem, ciaśniej owijam twarz szalikiem i zza zasłony obserwuję obie strony. Nie dostrzegając szans na wspólne kopanie piłki między palestyńskimi i izraelskimi dziećmi mieszkającymi w Hebronie, nie mogę przy tym oprzeć się wrażeniu, że w pewnym sensie Baruch Goldstein pośmiertnie odniósł zwycięstwo.

* Małgorzata Joanna Adamczyk, stypendystka Muzeum Historii Żydów Polskich. Obecnie mieszka w Izraelu.

„Kultura Liberalna” nr 113 (10/2011) z 8 marca 2011 r

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ
(9/2011)
8 marca 2011

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj