Z centrum widać najwięcej
  

PRZEKAŻ
1%
PODATKU
Przekaż 1% podatku na demokratyczne media.
Podaj w rozliczeniu numer
KRS Kultury Liberalnej:
0000 398 695
Przekaż 1% podatku na Kulturę Liberalną forward

KULTURA LIBERALNA > Spacerując > BUCHOLC: Wiedeński Narrenturm...

BUCHOLC: Wiedeński Narrenturm

Marta Bucholc

Wiedeński Narrenturm

Narrenturm stoi tuż za murem głównego kampusu wiedeńskiego uniwersytetu. Choć niemały, widoczny jest właściwie tylko z okien budynków Uniwersytetu Medycznego, wówczas za to bardzo rzuca się w oczy, gdyż wyraźnie odstaje od otaczającej go architektury. Ta jest prosta i funkcjonalna, bowiem uczelnia zajmuje obecnie budynki powstałe w XVIII wieku na potrzeby pierwszego wiedeńskiego szpitala miejskiego, obecnie zwanego Altes Krankenhaus, dla odróżnienia od swego monstrualnego estetycznie i gabarytowo następcy (nazwa myląca przez swą niemieckość, bo słowo „Krankenhaus” nie przejdzie nigdy przez gardło żadnemu szanującemu się wiedeńczykowi). Niewysokie na ogół, rozległe budowle z licznymi foremnymi dziedzińcami, jak na Wiedeń oszałamiające rozmachem dokonania ogrodnicze (prawdziwe drzewa, jest też ogród japoński w miniaturze utrzymywany staraniem studentów orientalistyki), ławeczki, wyszynk piwa – miejsce urocze przy niemal każdej pogodzie, z szerokim oddechem nieba, bez festonów gipsu zwieszających się groźnie nad głowami przechodniów i innych powidoków nieboszczki c.k. estetyki. Nabieramy pozytywnej energii, czujemy się normalnie, coraz normalniej, czujemy zmasowany przypływ normalności – i oto on: dom wariatów, niczym relikt ponurego gotyku pośród klasycystycznej pogody.

Oczywiście, skojarzenie to czysto poetyckie, gdyż Narrenturm powstał w roku 1784, w tym samym mniej więcej okresie, co reszta szpitala, a jak na swoje czasy był nowoczesny i funkcjonalny (choć zestarzał się szybko). Na rycinach przedstawiających Wiedeń z tego okresu wieża pyszni się swą regularną formą pośród okolicznych łąk – eksplozja terytorialna Wiednia nastąpiła późno i do XIX wieku kartofliska (i inne uprawy) pleniły się w odległości godzinki niespiesznego chodu od Katedry św. Szczepana (zwanego u nas, z lenistwa fonetycznego zapewne, Stefanem, chodzi jednak o św. Szczepana, pierwszego męczennika). Narrenturm nie wypiera się zresztą swej przeszłości – obiekt jest zapyziały, obrośnięty wokół godnie pokrzywą i chwastem rozmaitem. Wrażenie – również z tego względu – robi już na wstępie przygnębiające.

Oczywiście, i bez tego niewesoło nastraja zwiedzającego wizyta w miejscu, w którym trzymano osoby zaklasyfikowane jako chore psychicznie wedle standardów osiemnastowiecznych, przy czym główną metodą terapii było właśnie trzymanie w Narrenturmie, z szansą na hydroterapię (oczywiście zimną wodą) przy dobrym sprawowaniu lub na zaawansowane remedium w postaci przykucia do ściany przy najlżejszej sugestii sprawowania złego. Zakład nie cierpiał na brak klientów (podejrzenia związku między liczbą chorych a liczbą leczonych są nieodparte, ale i niepotwierdzone), a jego nowoczesność i rozmiary pozwalały pomysłodawcy i patronowi, cesarzowi Józefowi II, mieć nadzieję, że przynajmniej przez pewien czas szpital będzie w stanie obsługiwać rosnące zapotrzebowanie społeczne. Zarówno mur zewnętrzny wieży – pieczołowicie wygładzony, by uniemożliwić „ciekawskim” z miasta wspinaczkę na dach w celu obserwacji pacjentów – jak i jej wewnętrzny okrągły dziedziniec wywołują chęć ucieczki, niosąc zapowiedź tygodni nawracającej klaustrofobii. A to dopiero początek.

W Narrenturmie od roku 1971 roku mieści się Muzeum Patologiczno-Anatomiczne. Przejęło budynek po tym, gdy wyprowadził się ostatni z mieszkających w wieży lekarzy z Altes Krankenhaus. Po przeniesieniu chorych psychicznie w inne miejsce i oficjalnym zamknięciu Narrenturmu w funkcji szpitala zapobiegliwe i oszczędne władze miejscowe uznały bowiem, że świetnie nada się on na mieszkania służbowe dla personelu medycznego. Tak to powiedzenie medice, cura te ipsum zyskało nową wymowę, lekarze – miłe, choć obłe mieszkanka, a wielki skarbiec anegdot ludzkości – kolejną perełkę z cyklu „res gestae racjonalnej administracji”.

Zwiedzanie Narrenturmu polega więc na zwiedzaniu muzeum patologii, czym ktoś mógłby się może poczuć rozczarowany – jakże jednak niesłusznie! Kryje ono rozliczne cuda, do których ludzie tłoczyli się na Praterze przez całe dziesięciolecia, płacąc ciężko zarobionym groszem za chwilę godziwej rozrywki. Wszystko to znajdziemy w jednym miejscu, w schludnych gablotach z podpisami, gwoli tym większej wygody krytycznego namysłu człowieka współczesnego. Można je obejrzeć śmiało, bez wstydu, po to są – nie trzeba udawać, że nie są ciekawe, wszyscy z zapartym tchem wgapiają się w eksponaty; pod tym względem patologia bije na głowę Klimta i Schielego razem wziętych.

Naszym przewodnikiem w piekle patologii anatomicznych i morfologicznych była pełna wdzięku studentka w białym kitlu, mówiąca tonem nauczycielki nauczania początkowego: „A to co takiego? Taak, świetnie, to płuca. Małe, prawda? A dlaczego takie czarne? Nie, to nie papierosy, to są… Właśnie! Płuca dziecka, świetnie! A są takie czarne dlatego, że to dziecko pracowało w kopalni”. Pośród takich pouczających dialogów suniemy pomiędzy eksponatami: rozmaite warianty czaszek z wodogłowiem, wątroby marskie całkowicie, na wpół i w ćwierć, setki słoików z nowotworami najróżniejszych narządów wewnętrznych, preparaty bliźniąt syjamskich ludzkich i zwierzęcych, oparzenia wszelkich stopni i wszelkiego pochodzenia, złamania osteoporotyczne, kości rozwarstwione, wargi zajęcze, podniebienia rozszczepione, zarośnięte otwory gębowe i zasklepione oczodoły – tego rodzaju obiektów jest tam mnóstwo. Prócz tego trafiają się jednak prawdziwe rarytasy. Największe wrażenie z punktu widzenia anatomii robi spreparowany i zatopiony w formalinie tułów mężczyzny, który wszystkie narządy wewnętrzne miał porozmieszczane dokładnie w lustrzanej symetrii w stosunku do osoby zbudowanej normalnie. Człowiek ów żył w wieku XIX i cieszył się na swoje szczęście znakomitym zdrowiem – wyobraźcie sobie bowiem, jak zdziwiłby się chirurg pragnący zoperować jego ślepą kiszkę…

Z punktu widzenia socjologicznego najciekawsze są niewątpliwie preparaty skóry mężczyzny, który trudnił się tym, że na wspomnianym Praterze prześwietlał się za pieniądze promieniami Roentgena w czasach, gdy technika ta była jeszcze słabo znana, bardzo szkodliwa, a niezwykle interesująca dla szerszej publiczności. Wyobraźcie sobie, jak tłoczy się tłum wiedeńczyków, by to oglądać: młodzi i starzy, biedni i bogaci pospołu, panowie w melonikach i panienki z białymi parasolkami, kwiaciarki i obnośni sprzedawcy Leberwursta, wszyscy ciekawi, jak też ludzkie ciało prezentuje się w środku… Nic to jednak z porównaniu z informacją, że wiedeńscy szewcy używali rentgena, by prześwietlać stopy klientów, dowodząc im w ten sposób naukowo, że but leży jak trzeba, znaczy: passt. Trudno oprzeć się refleksji nad ludzkim talentem do tworzenia sytuacji skłaniających do refleksji, choćby takiej, że Wiedeń był jednym z lepszych miejsc na połączenie domu dla chorych umysłowo z muzeum patologii cielesnej.

Są też ciekawe preparaty edukacyjne (jak płaskorzeźba z kompletem pieluszek wyobrażających kupki niemowląt cierpiących na różne przypadłości, służąca jeszcze niedawno do szkolenia pielęgniarek) i artefakty niegdysiejszego show biznesu w postaci zdjęć osób, które ze swoich deformacji zrobiły sposób na życie (trzecie nogi, trzecie ręce i, rzecz jasna, nieodzowne bliźnięta syjamskie). Zainteresowania etnograficzne i kulturowo-porównawcze nie były chyba mocną stroną patriotycznie usposobionych wiedeńskich anatomopatologów, ale znajdziemy w muzeum również kilka ciekawostek z innych krajów: chińskie buciki „kwiat lotosu” w rozmiarze trzech cali, niezbędnik lekarza indyjskiego i egzotyczne pasożytnicze schorzenia skóry.

Zwiedzający Narrenturm robili się coraz bledsi, na ich twarzach malowało się udręczenie rosnące w miarę posuwania się przez kolejne kręgi piekła zniekształceń i potworkowatości, ludzkich i zwierzęcych – bez różnicy. Zawieszona między „Odyseją kosmiczną” a „Pociągiem z mięsem”, grzecznie tuptając wzdłuż kolistego korytarza i daremnie próbując nie oprzeć się i nie otrzeć o kolejne marynowane prosię z nadkompletem uszu, rozmyślałam nad pytaniem, na które nie odpowiedziała nasza diabolicznie słodka przewodniczka: skąd się to wszystko wzięło? Zapełnienie muzeum wymagało rozbudowanej sieci społecznej, oplatającej cały kraj, przenoszącej wiedzę o popycie („cyklopów mamy dość, przydałoby się trzecie oko”) i informacje o podaży. Wymagało zaangażowania wielu badaczy, jeżdżących po kurczącym się c.k. państwie z kompletem skalpeli i lancetów, suwmiarkami, tabelami i szkicownikami, tłukących się po nocach chłopskimi bryczkami, stających w zapluskwionych prowincjonalnych zajazdach. Oto obraz dziewiętnastowiecznej, pozytywistycznej nauki, pełnej bezrefleksyjnego poświęcenia w służbie ludzkości. Wszystko po to, by sprawnie przekazywać wiedzę o nienormalności i pośmiertnie gromadzić jej ofiary w jednym miejscu bez kantów – bo doświadczenie patologii, nawet zapośredniczonej przez szkło i formalinę, jest dla stróża normalności bezcenne.

* Marta Bucholc, doktor socjologii, członkini redakcji „Kultury Liberalnej”.

„Kultura Liberalna” nr 115 (12/2011) z 22 marca 2011 r.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 115

(11/2011)
22 marca 2011

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj