PRZEKAŻ
1%
PODATKU
Przekaż 1% podatku na demokratyczne media.
Podaj w rozliczeniu numer
KRS Kultury Liberalnej:
0000 398 695
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Krótko mówiąc > KUSIAK: O pożytkach...

KUSIAK: O pożytkach z chaosu

Joanna Kusiak

O pożytkach z chaosu

W Berlinie na Kreuzbergu, na Moście Admirała, panuje potworny bałagan. Ci którzy chcą w godzinach wieczornych przejść przez most na drugą stronę kanału, muszą przepychać się pomiędzy stłoczonymi ludźmi, rozdeptując kapsle po piwie i kawałki tłuczonego szkła, które wbijając się w nawierzchnię, tworzą abstrakcyjne mozaiki podobne do tych z socjalistycznych domów kultury. Panuje ciągły gwar, czasem ktoś gra na gitarze albo na bębnie. Betonowe słupki ograniczające ruch samochodowy bywają przewracane. Jednak miejsce to nie tylko należy do ulubionych i najbardziej miejskich przestrzeni całego Berlina – jeżeli zamiast przejść przez most zdecydujemy się usiąść choć na godzinę, z chaosu wyłoni się najwyższy stopień miejskiej samoorganizacji.

Grupki znajomych (siedzących w małych lub większych kręgach, na kolanach lub po turecku, niektórzy – szczęśliwcy – na nielicznych słupkach) organizują się na sposób otwartego miejskiego baru. Ich wielkość zmienia się spontanicznie – czasem ktoś przechodząc nad kanałem zobaczy na moście swoich znajomych, ktoś wstanie i odejdzie – ludzi zawsze jest pełno, choć rzadko tłok staje się nie do zniesienia. W regularnych odstępach czasu ktoś wstaje i idzie do oddalonego o kilkanaście metrów sklepu nocnego, w którym można kupić piwo, wino albo organiczną oranżadę, a także papierosy, batoniki, prezerwatywy albo gumę do żucia – w zależności od tego, co komu akurat najbardziej jest potrzebne. Pomiędzy mostem a sklepem kursują też zawsze dwie, trzy osoby – starsze panie albo bezrobotni – którzy zbierają od siedzących butelki i odnoszą do sklepu. Nie dlatego, że siedzący nie mogliby ich odnieść sami (za godzinę pewnie i tak wstaną, by udać się po jeszcze jedno piwo albo schłodzoną gazowaną mate), ale dlatego, że odnoszenie butelek wykształciło się tutaj jako nieformalny zawód bezrobotnych, często migrantów bez prawa do zasiłku. Kilka centów za każdą szklaną butelkę (a butelek w godzinach nocnych na moście zbierają się setki) pozwala przeżyć, a tego rodzaju prosta solidarność społeczna odbywa się tu bez żadnego zadęcia, dla osób z zewnątrz czasem niezauważalnie.

Mimo obecności w miastach „służb porządkowych” i tabliczek zakazu, nie ma prostego podziału między miejskim „porządkiem” a „nieporządkiem” (zarówno w sensie materialnego bałaganu, jak i społecznego disorder). W złożonej miejskiej strukturze jest wiele „porządków” i to, co jednym wydaje się zakłóceniem, dla innych stanowi właściwe ramy codzienności. Własne porządki tworzą zarówno mafie, jak i sąsiedztwa, dzielnice i subkultury. Powstało wiele dokumentów i akcji artystycznych (z których jedną z najsłynniejszych była „Podróż do Azji” organizowana przez Fundację Laury Palmer, ukazująca życie Wietnamczyków handlujących na Stadionie Dziesięciolecia), które ukazywały niewidzialne zazwyczaj dla innych struktury, często nieformalne praktyki społeczne oraz rytuały przestrzenne organizujące życie poszczególnych grup mieszkańców. Często mają one zakorzenienie w konkretnych materialnych strukturach, a utrzymywanie lub likwidacja tych struktur stawia nas niekiedy przed wyborem pomiędzy funkcjonalnością a estetyką miasta, wyborem, kiedy miasto ma być „salonem”, a kiedy „społecznym warsztatem”.

Warszawa jest miastem dziwnym, jednocześnie bardzo czystym i bardzo chaotycznym. Goście z Zachodu często dziwią się, gdyż w porównaniu z Berlinem i Paryżem Warszawa jest miastem doskonale wymiecionym z papierków czy odłamków butelek. Ponieważ mało jest budynków naprawdę starych, mało jest też ruin (tym bardziej, że ciągle większość zwykłych turystów nie dociera na Pragę). Z drugiej strony, czystości rzadko towarzyszy porządek przestrzenny w szerszym rozumieniu: nawet bardzo atrakcyjne budynki bywają przykryte ogromnymi billboardami, a część nowszej architektury sprawia wrażenie „spadochronowej”, zrzuconej na miasto z kosmosu. Warszawa przypomina dom, w którym estetyka jest w prosty sposób utożsamiana z czystością – w takim domu można brudny ornament na fasadzie przykryć czystym sidingiem lub styropianem, a modernistyczny supermarket zastąpić nowiuteńkim wieżowcem. Czystość niestety nie jest tożsama ani z dobrym smakiem, ani tym bardziej ze społeczną wrażliwością.

Zryw do czyszczenia miasta jest naturalną konsekwencją pierwszej dekady transformacji, którą powszechnie określa się jako „chaos lat dziewięćdziesiątych”. Przełom roku 1989 oznaczał bowiem nie tylko początek demokracji, ale – może przede wszystkim – gwałtowną delegitymizację ram i struktur starego systemu, która dokonała się na długo przed tym, zanim wypracowane zostały nowe reguły. Naturalna miejska energia – zazwyczaj utrzymywana w ryzach przez mechanizmy regulacji i kontroli – została nagle uwolniona i wzmocniona przez kolektywny entuzjazm nowouzyskanej wolności. Lata 90. wspomina się niczym karnawał, który jednak nastał nie przed, ale po dziesięcioleciach postu. Jego dekoracjami stały się kolorowe opakowania nowych produktów, plastik w przemyśle i niebieskie szkło w architekturze, budki typu szczęki (metalowe) i modułowe (z kolorowego laminatu), własnoręcznie robione szyldy i napisy, odblaskowe ubrania. Lata 90. to chaos radośnie abstrahujący od wszelkiej odpowiedzialności (niczym pierwsza impreza organizowana pod nieobecność rodziców), w tym – odpowiedzialności za miasto. Warszawa powstająca w tych latach to miasto coraz to nowych potrzeb i krystalizujących się wokół nich ekspresyjnych fantasmagorii „zachodności”. Początek drugiej dekady przypomina powolny proces trzeźwienia po pijaństwie całkowitej wolności i spojrzenia o świcie na mieszkanie po tej fantastycznej przecież imprezie. To, co jeszcze przed chwilą było obiektem pożądania, nagle staje się koszmarem: ogromne billboardy, wszechobecne szyldy, kioski, budki i niebieskie wieżowce o formie kabiny prysznicowej. Rozpoczynają się akcje porządkowe, a do najbardziej spektakularnych z nich należą tak różne działania jak likwidacja KDT oraz bazaru na Stadionie Dziesięciolecia, wycinanie okien w plakacie przez lokatorów mieszkań zasłoniętych billboardami, czyszczenie Dworca Centralnego z zapachów i wydzielających je punktów usługowych, renowacja poszczególnych ulic.

Do istoty modernizacji, także tej kapitalistycznej, należy pożeranie własnych dzieci. To, co wydaje nam się całkowicie nowe, w istocie jest tym samym odruchem modernizacyjnym napędzanym przez aktualnie dominującą fantazję dotyczącą miasta, jej dialektycznym odwróceniem. Naprawdę nowy i nowatorski nie jest w Warszawie zapał do porządkowania miasta, ale stosunkowo wczesne oznaki załamania się antagonistycznej logiki chaos-porządek, którego przejawem był m.in. dość powszechny żal po likwidacji Stadionu i Alejki Wietnamskiej. Nagle – i dla niektórych autorytetów naprawdę było to głębokim zaskoczeniem – okazało się, że na pustym, czystym parkingu albo w świeżutkiej hali sportowej zaczynamy tęsknić za odrobiną miejskiego bałaganu. Pęd modernizacji „czystościowej” zaczął być konsekwentnie hamowany przez często spóźnione uznanie dla wartości wynikłych z chaosu – murali, osiedlowych bazarków, prowizorycznych punktów gastronomicznych, chaszczy nad Wisłą, których nie chcielibyśmy po prostu zabetonować.

Nie powinniśmy pozwolić sobie na rozwiązanie najprostsze: czystościową „urawniłowkę” polegającą na całkowitym uprzątnięciu wszystkiego. Nie ma nic bardziej nudnego, nic bardziej brutalnego i nie-miejskiego niż maleńkie i bardzo czyste miasteczka, w których człowiek czuje się tylko czynnikiem zaburzającym – brudzi, zostawia ślady, „zużywa” przestrzeń. Prawdziwym wyzwaniem modernizacji paradoksalnie nie są wielkie i spektakularne akcje modernizacyjne, ale żmudne oddzielanie grochu od popiołu przez Kopciuszka szykującego się na bal. Obserwując miasto, powinniśmy nauczyć się wyodrębniać z chaosu miejsca, które wykrystalizowały się jako najbardziej twórcze punkty lub mające taki potencjał. Sami, odpowiednio wcześnie musimy zdecydować, których budynków nie należy wyburzać, a których ulicznych handlarzy skutecznie wyganiać. A może wprowadzić kilka jasnych reguł: co prywatyzować, a co lepiej oddać w użytkowanie, co zamalowywać, a co eksponować. Usuwając wypaczenia lat 90., warto pamiętać, że bez odpowiedniej dawki miejskiego chaosu nie jest możliwy żaden miejski entuzjazm.

* Joanna Kusiak, doktorantka Uniwersytetu Warszawskiego i Technische Universität Darmstadt, prezeska Stowarzyszenia DuoPolis, członkini redakcji „Kultury Liberalnej”. Przygotowuje rozprawę doktorską nt. „Rewolucja miast. Materialistyczna analiza transformacji miast postsocjalistycznych na przykładzie Tirany, Warszawy i Berlina”. Mieszka w Warszawie i Berlinie.

„Kultura Liberalna” nr 116 (13/2011) z 29 marca 2011 r.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ
(13/2011)
5 kwietnia 2011

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj