Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Spacerując > NAPIÓRKOWSKI: Spacerując po...

NAPIÓRKOWSKI: Spacerując po nekropolis

Marcin Napiórkowski

Spacerując po nekropolis

Wiele mówi się ostatnio o „przestrzeni pamięci” czy „miejscach pamięci”. Taka konceptualizacja, niezwykle poręczna dla naukowców, wydaje się równie wygodna dla zwyczajnych mieszkańców miast. Oto pamięć wraz z całym towarzyszącym jej ciężarem gatunkowym (żałobą, odpowiedzialnością, traumą) zostaje zepchnięta na margines codziennego życia – internowana w muzeach, zsyłana do starszych, reprezentacyjnych dzielnic, wyrzucana z peryferii, czasem nawet zamykana w rezerwatach pełniących wyłącznie funkcję śladów pamięci. Można więc zaryzykować stwierdzenie, że powoływanie do życia wszelkiego rodzaju „miejsc pamięci” nie stanowi „praktyki pamięci”, lecz właśnie „praktykę zapominania”, poprzez którą mieszkańcy miast domagają się prawa do niepamięci. „Przestrzeń pamięci” to remedium na „pamięć przestrzeni”.

Tymczasem „pamięć przestrzeni” nie daje się tak łatwo wyrugować z codziennego życia mieszkańców miast. Można ją uznać za zapis przeszłości, który nieuchronnie towarzyszy wszelkiej kulturowo skolonizowanej przestrzeni ze względu choćby na jej historyczny charakter. Sam fakt, że przestrzeń istnieje w czasie, sprawia że niesie w swej strukturze pamięć wydarzeń, które ją ukształtowały. Chyba zbyt rzadko zwracamy uwagę, że to dopiero ten rodzaj zdolności do kumulowania sensów umożliwia drugi stopień wzajemnego związania, jaki wyznacza przestrzeń pamięci – cmentarz, muzeum, pomnik – obszar w pewnym stopniu wyłączony z codziennego porządku po to, by lepiej spełniać rolę nośnika znaczeń.

* * *

Miasto jest w dziedzinie topografii tym, czym wiersz w dziedzinie języka – jest poezją przestrzeni, wypowiadającą się w maksymalnym zgęszczeniu struktur, sensów, środków wyrazu… W topografii miasta zapisane są informacje o statusie społecznym, pochodzeniu i codziennych zwyczajach jego mieszkańców. Każde miasto kształtuje właściwe sobie relacje przestrzenne, własny model czasu oparty na synchronizacji wyjazdów i powrotów, rytmicznym następstwie godzin szczytu, kształtuje też swój podmiot – masowy i anonimowy.

Stolica po powstaniu warszawskim jest miejscem wyjątkowym, gdzie „obecność” i „nieobecność” pamięci splatają się w skomplikowanej relacji, której węzły wyznaczają punkty orientacyjne w codzienności niepodejrzewających niczego mieszkańców. Jest to metropolia całkowicie zrównana z ziemią, przestrzeń, której nie można porównać właściwie do niczego, miasto bez wzorca opisywalności. To bezprecedensowe wymazanie pamięci przestrzeni prowadzi do paradoksu. W odbudowanej Warszawie nie ma miejsc, w których pamięć o roku 1944 byłaby całkowicie nieobecna. Zapomniane gruzy kryją się praktycznie pod każdym budynkiem, a te nieliczne, które jakimś cudem ocalały, zwracają uwagę właśnie swoim wyjątkowym statusem „autentycznych” pamiątek po dawnej Warszawie.

Kto jednak dzisiaj zastanawia się nad tym, spiesząc do pracy Marszałkowską? W jaki sposób ten totalny konflikt między ciągłością i zerwaniem ciąży nad codziennością mieszkańców? Jak zwykły przechodzień wpisuje się we wszystkie te konteksty? Za Michelem de Certeau powiedzieć możemy, że dzieje się to w sposób najbardziej fundamentalny. Samo chodzenie, przemieszczanie się po mieście jest już aktem wypowiadania. Wyznacza jakieś „blisko i daleko”, jakieś „tu i tam”. Chodzący urzeczywistnia tylko niektóre z podsuwanych mu przez miasto możliwości, odrzucając inne; napotyka tylko pewne granice – nie uświadamiając sobie nigdy istnienia pozostałych.

Skoro już sama topografia miasta jest źródłem (i wyrazem) praktyk jego mieszkańców, jakież nieznane, obce praktyki wyznaczać musiała Warszawa w czasie powstania – ostrzeliwana, bombardowana, Warszawa, w której ulice stały się przestrzenią dostępną jedynie dla szczurów, a piwnice i kanały trasami ostrożnego skradania się ludzi? Czy skoro przestrzeń niesie ze sobą pamięć przeszłości, to ślady tych praktyk wyryły się jako blizna w topografii odbudowanego miasta? Czy nasze chodzenie przechowuje pamięć wojny jako nieumyślna praktyka pamięci? Czy to możliwe, że nie przeczuwając nawet, każdego dnia odtwarzamy jak marionetki straszliwą historię zagłady stolicy?

Czy mieszkańcy Warszawy zadają sobie takie pytania? Czy spacer po nekropolis w ogóle byłby możliwy? Wydaje się, że gdyby nie zdolność odrzucania pamięci, zamykania oczu i uszu na jej ślady, w tym mieście umarłych w ogóle nie dałoby się już żyć. Jak bowiem spacerować zwyczajnie, z rękami w kieszeniach, słuchawkami na uszach, a może i gumą do żucia i mijać świadomie, co krok kolejne tablice znaczące „miejsca uświęcone krwią Polaków poległych za wolność Ojczyzny”? Jak śmiać się i żartować tam, gdzie dawniej było Getto? Jak pędzić samochodem mostem Grota, trasą AK, trasą AL…?

* * *

Trudno znaleźć język dla wypowiedzenia tych lęków. Sztuka radzi tu sobie znacznie lepiej niż styl potoczny czy naukowy. Motyw Warszawy, pod którą toczy się podziemne życie umarłych, powraca w twórczości młodego pokolenia z niepokojącą regularnością. Postaci takie jak Piotr Paweł – bohater powieści „Nagrobek z lastryko”¹ Krzysztofa Vargi – kumulują w sobie tłumione lęki mieszkańców stolicy. Protagoniście Vargi śniły się warszawskie pomniki, które przychodziły, by go zamordować. Jednej nocy byli to radzieccy żołnierze z praskiego pomnika Braterstwa Broni, zwani ze względu na pochylone głowy Czterema Śpiącymi. Przychodzili do domu bohatera z twarzami ukrytymi w cieniu rogatywek i hełmów i rozbijali mu głowę kamiennymi kolbami. Innym razem był to saper z Powiśla, spuszczający na nieszczęśnika kamienny dysk miny albo ułan i rycerz z Ronda Jazdy Polskiej czy żołnierze z żoliborskiego pomnika Czynu Polonii Amerykańskiej. Także pomnik Powstania Warszawskiego z placu Krasińskich objawił się pewnej nocy w domu Piotra Pawła:

„Cała bezładna grupa wysokich, zabiedzonych postaci, ze szmajserami i butelkami z benzyną, w wielkich niemieckich hełmach, nucących cicho jak tylko nucić potrafią kamienie »Marsz Mokotowa«. Za nimi przydreptał na swoich krótkich nóżkach Mały Powstaniec z Podwala, żeby się przyglądać z zaciekawieniem”.

Bohater, co zrozumiałe, nie chce umierać. Na jego usprawiedliwienie narrator przywołuje zakorzenienie w lokalnej historii. Piotr Paweł zna na pamięć „Marsz Mokotowa”, wie, jak nazywał się aktor grający główną rolę w „Kanale”, i zna poezję Baczyńskiego. Nie zdaje się to jednak na nic i kamienni powstańcy dokonują na nim okrutnej egzekucji. Paradoksalnie wszystko to, w czym Piotr Paweł widziałby swoje usprawiedliwienie, jest w rzeczywistości przyczyną jego cierpień. Bohater Vargi przesiąknięty jest duchem swojego miasta:

„Mapa genów Piotra Pawła była planem Warszawy, jego genotyp składał się z numerów linii tramwajowych i autobusowych, połączeń Mokotowa z Żoliborzem, Śródmieścia z Pragą i nazw przystanków metra”.

* * *

To na szczęście tylko literacka wizja. Ale także mieszkańcy rzeczywistej (?) Warszawy walczą z nekropolizacją swego miasta. To niełatwe zadanie – nie chodzi bowiem o to, by okazać niewdzięczność albo wyprzeć się bohaterskiej przeszłości. Stawką jest jedynie (lub „aż”) prawo do spacerowania.

Najważniejsze arterie stolicy od lat konsekwentnie otrzymują powstańczych patronów, którzy często zastępują ikony komunistycznej propagandy. Dawna ulica Bieruta staje się więc ulicą Fieldorfa, Warskiego zmieniona jest na Janka Bytnara „Rudego”, Nadieżda Kupska ustąpić musi pod ciosem Batalionu „Pięść”, równolegle do trasy Armii Ludowej przebiega trasa Armii Krajowej, a most Grota-Roweckiego jest paralelny do mostu Berlinga. Nikt nie kwestionuje bohaterstwa upamiętnianych w ten sposób postaci. A jednak wokół martyrologizacji przestrzeni miejskiej poprzez nazwy ulic wybuchały nierzadko płomienne spory. Mieszkańcy dawnej ulicy Stołecznej przemianowanej w roku 1993 na ks. Jerzego Popiełuszki wywołali prawdziwą wojnę w obronie starej nazwy. Jeszcze głośniejszy spór wybuchł w 2001 r., gdy radni na wniosek Związku Powstańców Warszawskich postanowili przemianować Rondo Babka na Rondo Zgrupowania AK „Radosław”. Mieszkańcy, wspierani przez niektóre media, zażarcie domagali zwyczajności Babki, z kolei żyjący powstańcy ze zgrupowania „Radosława” traktowali walkę o nazwę jako swój „ostatni bój”. Tak oto prawo do pamięci i prawo do niepamięci zwierają się na ulicach Warszawy w tytanicznym starciu. To ważna lekcja – prawo do pamięci nauczyliśmy się bowiem cenić jak mało który naród, prawo do niepamięci jest zaś wciąż dobrem kontrowersyjnym, z którym musimy się dopiero oswoić.

* * *

Tego typu spory tylko na pozór stanowią kuriozalny margines poważnych praktyk pamięci. Gdy przyjrzeć się im bliżej, okazuje się wręcz, że znajdują się w samym ich centrum. To właśnie nazwy ulic, placów i skwerów, wyznaczając „miejsca szczególne”, czynią miasto „zamieszkiwalnym”. Za Michelem de Certeau zapytać więc możemy, jak znaczą nazwy własne w przestrzeni miejskiej? Porządkują miasto, pogrążając przy tym w zapomnieniu swe pierwotne sensy („tracą stopniowo, podobnie jak zużyte monety, wyrytą na nich wartość”). A jednak potencjał oznaczania nigdy nie zostanie z ulic wydeptany do końca. Zawsze pozostanie jakiś margines nieoznaczoności, źródło wieloznaczności i zaskakujących kalamburów, choćby nawet całkiem obcych przechodniom. Na co dzień korzystamy więc z nazw ulic, lecz się nad nimi nie zastanawiamy. Są jak zleksykalizowane metafory, które opisując i klasyfikując świat w oparciu o pewne obrazy, dawno zapomniały już własnej genealogii.

W nazwach ulic następuje niezwykłe splecenie słów i miejsc. Miejsca łączą się ze słowami, miejsca z miejscami poprzez słowa, słowa ze słowami za pośrednictwem miejsc. Dzięki tej przedziwnej składni chodząc po mieście nieświadomie odczytujemy jego opowieści. Rzadko uświadamiamy sobie historię, która wydarza się pod naszymi stopami, gdy z Ronda „Radosława” idziemy Okopową, by skręcić w Dzielną (która usilnie próbuje wyprzeć swe traumatyczne wojenne wspomnienia). Ale moc ta nie jest zupełnie niewinna. Symboliczny porządek ulic wyznacza, jak pokazuje de Certeau, „dyskurs o mieście i dyskurs miasta”. Mając moc uczynienia miejsc „możliwymi do zamieszkania lub wiarygodnymi” ulice zachowują także zdolność przeciwną: „zyskują władzę »umożliwiania« czego innego; przypominają lub przywołują duchy (zmarłych, którzy, jak się sądzi, zaginęli), żyjących wciąż w ruchach oraz w kroczących ciałach”. Nie zawsze więc przeciwnikiem upamiętniania okazuje się „ustrój” czy „system”. Walcząc o swe ulice przeciw polityce historycznej, mieszkańcy Warszawy upominają się o prawo do niepamięci; do chodzenia swoimi ulicami samotnie lub w tłumie, ale nie w asyście towarzyszących im na każdym kroku zmarłych.

* * *

Widzimy teraz, na jak wiele sposobów w przestrzeń współczesnego miasta wpisana jest pamięć o „nieobecnym”. W odniesieniu do Warszawy wyjątkowo celne i aktualne okazują się spostrzeżenia cytowanego tu już wiele razy de Certeau: „Zastanawia fakt, że miejsca, w których żyjemy, są jakby obecnościami nieobecności. Pokazuje się to, co już niewidoczne. »Widzi pan, tutaj było…«, ale już tego nie widzimy.” Wciąż żyje pokolenie warszawiaków, dla których słowa te wyznaczają codzienność w sposób nieubłaganie dosłowny…

Przechodniowi kroczącemu przez nasze miasto towarzyszy wszechobecna nieobecność. Nauczyliśmy się jednak żyć, nie dostrzegając jej, wypierać ją ze świadomości. Czy którykolwiek ze spacerowiczów idących ze słuchawkami na uszach i rękoma w kieszeniach Traktem Królewskim zastanawia się, że co dwie, trzy minuty mija tablicę upamiętniającą nagłą, beznadziejną śmierć kilku czy kilkudziesięciu młodych ludzi takich jak on? Na tak postawione pytanie znamy wbrew pozorom odpowiedź. „Spaceruje”, a więc „nie zastanawia się”skoro różne formy chodzenia są praktykami pamięci, przyjąć możemy, że w obliczu świadomości zagłady miasta „spacerowanie” byłoby niemożliwe. Praktyką przemierzania miasta wyrażającą pamięć o jego zagładzie jest kondukt żałobny, marsz pamięci lub przynajmniej zwiedzanie. Na szczęście jednak, nawet w Warszawie, istnieje także zwyczajny spacer – podstawowa dla obecności w mieście praktyka niepamięci.

¹ Krzysztof Varga „Nagrobek z lastryko”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2008.

* Marcin Napiórkowski, adiunkt w Instytucie Kultury Polskiej UW.

„Kultura Liberalna” nr 124(21/2011) z 24 maja 2011 r.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 124

(20/2011)
24 maja 2011

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj