0000398695
PRZEKAŻ
1%
PODATKU
Przekaż 1% podatku na demokratyczne media.
Podaj w rozliczeniu numer
KRS Kultury Liberalnej:
0000 398 695
Przekaż 1% podatku na Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Spacerując > KUSIAK: Warszawa do...

KUSIAK: Warszawa do wzięcia

Joanna Kusiak

Warszawa do wzięcia

W felietonie na portalu „ResPubliki Nowej” (http://publica.pl/teksty/disneyland-w-miescie-gotham/) Kacper Pobłocki przypomina nowojorski dekalog. Pierwsze przykazanie brzmi tu: „Nie bądź biedny”. Ironicznie wobec wszelkich aspiracji, by Warszawa stała się zachodnią metropolią – mimo że gazety nie bez pewnej egzaltacji znów krzyczą, że „Szkielet wieżowca Liebeskinda będzie straszył na EURO” – można spokojnie powiedzieć, że w pewnych aspektach, nawet ze szkieletem w swojej skyline na miejscu „Złota Tower”, Warszawa już jest jak Nowy Jork. Chcesz mieszkać w Warszawie – nie bądź biedny.

Jako jedyna polska metropolia Warszawa oprócz funkcji reprezentacyjnych i kulturowych ciągle – mimo konkurencji ze strony małych miejscowości w Anglii i Irlandii – ma też funkcję generowania nadziei: nadziei na lepsze życie. Warszawa jest nie tylko miastem, jest szansą. Latem, kiedy tak wielu warszawiaków i warszawianek decyduje się na ucieczkę ze stolicy, czasami wyraźniej można zobaczyć postacie, które przemykają ulicami, jak gdyby nieco przytłoczone jej brutalną, chłodną obojętnością. Bez gotówki i często bez kapitału kulturowego, który umożliwia radzenie sobie w wielkim mieście, bez miejsca do spania, bez sieci społecznych i pojęcia, jak funkcjonuje rynek pracy, ciągle – choć nie zawsze do końca – wierzą, że może im się tu udać. Wielkomiejska większość – my, śpieszący do pracy albo do kawiarni – najczęściej ich nie zauważamy, chyba że zdesperowani poproszą nas o dwa złote albo papierosa pod arkadami na placu Zbawiciela.

Takie dziewczyny – odważne na tyle, by wsiąść do pociągu, lecz ciągle przerażone obcością Warszawy – pokazuje opublikowany ostatnio w internecie film „Warszawa do wzięcia”. To dziewczyny z terenów popegeerowskich, które – na wzór dawnej nomenklatury z mapek zamieszczanych w podręczniku do geografii – można by nazywać np. Okręgami Braku Życiowych Szans albo Specjalnymi Strefami Beznadziei. Z perspektywy tam urodzonych wszelkie opowieści o demokracji równych szans to bujda: nie tylko rodzina, ale także szkoła w przerażającej większości wypadków działają co najwyżej na rzecz zmniejszenia, a nie równania szans. Judymów na polskiej wsi też jest coraz mniej. Dlatego te dziewczyny, które znalazły w sobie iskierkę odwagi, postanowiły skorzystać z programu pomocowego Caritasu i Agencji Nieruchomości Rolnych. W latach 2001-2009 na warszawskim Starym Mieście działała specjalna bursa, w której mogły przez kilka miesięcy za darmo mieszkać, jednocześnie szukając sobie pracy. W filmie Karoliny Bielawskiej i Julii Ruszkiewicz podążamy przez miasto za kilkoma takimi dziewczynami, obserwując, jak im się tu udaje.

Spotkanie z miastem jest bardzo brutalne: mimo pomocy otrzymanej w bursie, dziewczyny wyglądają inaczej i mówią inaczej – czasami niegramatycznie, a często z pewną szczerą naiwnością, która wyklucza jakkolwiek strategiczne podejście do rozmowy kwalifikacyjnej w delikatesach nocnych. Miasto z kolei jednoznacznie je odrzuca – centrum Warszawy okazuje się złożone wyłącznie z rzeczy, których nie mogą mieć, choć wizyta w „Złotych Tarasach” też może mieć funkcję terapeutyczną, bo pozwala pomarzyć, jak mogłoby być i chwilowo podbudować topniejące zasoby nadziei. Ostatecznie miasto okazuje się jednak inne, niż się myślało. „Warszawa to wielka wiocha” – mówi jedna z rozczarowanych dziewczyn – „Taka jak nasza, tylko większa. Dużo większa”. Moment ten doskonale ukazuje narodziny odwiecznego antagonizmu: tu tryska ze skały źródło szczerej niechęci, z jaką spotkać się można wobec Warszawy w całej Polsce.

Antagonizm jest obustronny. Przyjezdni o niskich szansach społecznych mówią, że Warszawa to duża wiocha, zakorzenieni (choć często też przyjezdni, ale raczej z Bydgoszczy, Poznania czy Łodzi) warszawiacy denerwują się, że przyjezdni „robią wiochę” – że nie umieją się zachować, że wykorzystują miasto i go nie lubią (vide: grupa na Facebooku „Jeśli nie podoba ci się w moim mieście, to wypierdalaj”), że noszą białe kozaki albo śmiecą. Czy Warszawa rzeczywiście jest wiochą? A czy miasto Warszawa rzeczywiście wpuszcza do siebie przyjezdnych z najniższych warstw ekonomiczno-kulturowych? Wrażenie wiochy pochodzi być może również stąd, że przyjezdne nigdy nie zostały dopuszczone do tego, co my nazywamy miejskim stylem życia. Większości bohaterek filmu się nie udało. Te, które zostały najdłużej, osiągnęły to tylko dzięki pewnej zahartowanej brutalności, która pozwala im odburknąć na ulicy „spierdalaj” i wytrzymać jak najdłużej, zanim się rozpłaczą. Trwają tylko na zasadach walki, ostrej odpowiedzi na ekonomiczno-klasową brutalność metropolii, drobnych przekrętów i czarnych umów zawieranych na bazarkach. Nienawidzą Warszawy, bo są od niej zależne, bo nie czują się u siebie, a rachunki, które przychodzą za czynsz, prąd i nadzieję, są nieodmiennie wysokie. Więc najpierw oszczędza się na nadziei, zostając przy czystej walce.

Oczywiście, można twierdzić, że program był źle skonstruowany, bo awans społeczny, żeby odbył się w miarę bezboleśnie, musi – poza przypadkami wyjątkowych talentów – odbywać się stopniowo. Wyjeżdżając z Hrubieszowa, czasami lepiej najpierw spróbować w Zamościu albo Lublinie, a dopiero potem – jeśli to nie wystarczy – ruszać do stolicy. Można mówić, że różnice kulturowe Krasnegostawu z Aberdeen okazują się mniejsze niż z Warszawą. I słusznie można przypominać, że wielkomiejskość polega również na owej mieszance nadziei i brutalności, na umożliwianiu, ale nie obiecywaniu poprawy. A jednak Warszawa, wytwarzając coraz to nowe hierarchie, okazuje się często wyjątkowo brutalna. Brutalna raczej po amerykańsku niż po europejsku, neoliberalną brutalnością społeczeństwa na dorobku. Z racji ciągłego bycia na dorobku, relatywnie mało jest u nas typowych dla wielkiego miasta alternatywnych obiegów – squatów, freegańskich komun, przyparafialnych obiadów i kulturowych grup migranckich, które trzymają się razem, wprowadzając „nowego”, dając mu pracę sprzedawcy kebabu albo taksówkarza. Bez takich struktur przyjezdni nigdy nie docierają do Warszawy i nienawidzą jej z daleka, uwięzieni w niewidzialnej wielkiej wiosce, nałożonej bezpośrednio na warszawskie chodniki.

Film:

„Warszawa do wzięcia”
reż. Karolina Bielawska, Julia Ruszkiewicz
Polska 2009

* Joanna Kusiak, doktorantka Uniwersytetu Warszawskiego i Technische Universität Darmstadt, prezeska Stowarzyszenia DuoPolis, członkini redakcji „Kultury Liberalnej”. Przygotowuje rozprawę doktorską nt. „Rewolucja miast. Materialistyczna analiza transformacji miast postsocjalistycznych na przykładzie Tirany, Warszawy i Berlina”. Pochodzi z Łodzi, mieszka w Warszawie i Berlinie.

„Kultura Liberalna” nr 134 (31/2011) z 2 sierpnia 2011 r.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 134

(31/2011)
1 sierpnia 2011

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj