Wesprzyj Kulturę Liberalną
Przyszłość naszego tygodnika zależy od Darczyńców. Wesprzyj Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Komentarz nadzwyczajny > Między ulicą a...

Między ulicą a świątynią [O poezji Krystyny Dąbrowskiej z okazji przyznania Nagrody im. Wisławy Szymborskiej]

Piotr Kieżun

Nie jestem namiętnym czytelnikiem współczesnej poezji, zwłaszcza tej powstałej w ciągu kilkunastu ostatnich lat. Zbyt mocno boję się oszustwa – sytuacji, w której metafora okazuje się zakamuflowanym sentymentalizmem, poetycki skrót myślową kalką, a językowy eksperyment – oderwanym od ludzkiego doświadczenia kalamburem.

Dziś po tysiącu stylistycznych rewolucji zbyt łatwo i jednocześnie piekielnie trudno jest pisać poezję. Choć bez wątpienia wśród olbrzymiej lirycznej produkcji (w większości napędzanej nieopanowanymi wzlotami ducha) zawsze znajdzie się kilka pereł. Jak je wyłuskać? Jaką miarą mierzyć ich wartość?

Być może właśnie z powodu tej bezradności wpadłem kilka lat temu na wariacki pomysł przewertowania wszystkich współczesnych polskich tomików wierszy (z wyłączeniem klasyków w rodzaju Różewicza, Miłosza czy Szymborskiej), znajdujących się w jednej z szacownych warszawskich księgarni. Przez jeden dzień zabawiłem się w szalonego komparatystę. Stanąłem przy skromnym, upchanym poetyckimi tomami regale i zacząłem statystyczne zestawienia.

Oprócz niewielkiej grupy wierszy eksperymentujących formalnie z językiem, twórczość polskich poetów dało się podzielić na dwie kategorie. Na jednym biegunie znajdowała się poezja pisarzy „klasycyzujących”, do znudzenia żonglujących podstawowymi toposami i symbolami europejskiej kultury, z tysiącem Odyseuszy, Orfeuszy, Hiobów, centaurów, katedr, cyprysów, fresków Lorenzettiego i Giotta. Na drugim – osobiste wynurzenia „amerykanizujących” realistów, również do znużenia opisujących kolejny „zwykły” dzień swojego trudnego (a jakże!) życia, z tysiącem niedopalonych papierosów, niedopitych wódek, niedopieszczonych dziewcząt i okropnym egzystencjalnym katzenjammerem. Z jednej strony pusty patos i intelektualne zadęcie, z drugiej – banał szarej codzienności, czyli, jak mawiał Miłosz, bebechy.

Wiersze Krystyny Dąbrowskiej zebrane w nagrodzonym tomie „Białe krzesła” nie należą do żadnej z tych kategorii. Może właśnie dlatego, że potrafią połączyć obie perspektywy – klasyczną i realistyczną – unikając jednocześnie pułapek, jakie ze sobą niosą. W wierszach Dąbrowskiej mamy do czynienia zarówno z wyraźnym skupieniem na codzienności, szczególe, drobiazgu, jak i ze świadomością, że żyjemy w świecie odziedziczonym, pełnym znaczeń i kulturowych odniesień, nawet jeśli, jak pisał René Char, tego dziedzictwa „nie przekazano nam żadnym testamentem”.

W jaki sposób Dąbrowskiej udaje się ta sztuka? Jak to się dzieje, że opisując Kair, Dolinę Królów czy Jerozolimę, nie dopada jej syndrom Stendhala, a więc dziecięce podniecenie, zawroty głowy, przyspieszone bicie serca, którego doświadczają co bardziej egzaltowani turyści widząc wspaniałe zabytki i dzieła sztuki? W jaki sposób pisząc o obserwowanym o poranku odpływie morza, poetka potrafi ów odpływ zuniwersalizować, sprawić, że i my zaczynamy nadawać mu znaczenie? Być może pewnym tropem, który pozwala wyjaśnić poetycką strategię Dąbrowskiej, jest obecność w tomie dwóch innych poetów: Kawafisa i Williama Carlosa Williamsa, którego wiersze przekładała.

Nie, poetka nie pisze o ich twórczości. Wiersz poświęcony Kawafisowi zawiera opis jego mieszkania, zamienionego dziś na muzeum, z jednym jedynym meblem pamiętającym swojego właściciela: „Tylko mosiężne łóżko / jest autentycznym łóżkiem Kawafisa”. Wiersz, którego bohaterem jest William Carlos Williams opowiada o jego pierwszym zarobku:

Zapamięta słupek złotych monet,
które mu wręczono na parterze
meksykańskiej willi, gdy na piętrze
w otoczeniu krewnych umierał stary człowiek.

Obaj są jednak obecni w tomie również w inny, mniej bezpośredni sposób. W wierszu „Drewniana figurka garbatego dostojnika” czy w kolejnym „Rysunek na kamieniu” (piękna opowieść o wizerunku kobiety, nakreślonym przed setkami lat na kamieniu w egipskiej Dolinie Królów) rytm i ujęcie tematu zdradza namiętną lekturę the old poet of the city, jak pisał o Kawafisie Durrell. Być może echo przekładowej pracy nad poezją Williamsa pobrzmiewa w minimalistycznym wierszu „Po wypadku”.

To jednak nie w formie poezji Dąbrowskiej widać powinowactwo z oboma autorami. Poetka ma własną dykcję, własny język – niekiedy niemal dosłownie klasyczny, jak w sonecie „Oceanarium”, innym razem ujęty jedynie w karby wewnętrznego rytmu, regularnej prozodii wiersza, z pojawiającymi się od czasu do czasu dyskretnymi, niedokładnymi rymami. Podobieństwa widać raczej w sposobie rozumienia świata. Kawafis historyczną materię obiera z patosu dziejowych wydarzeń, zanurza ją w codzienności. Williams wychodząc od codzienności, od konkretnych przedmiotów nadaje im znaczenie uniwersalne, zgodnie z ukutym przez siebie hasłem: no ideas but in things.

Poezja Dąbrowskiej znajduje się gdzieś pomiędzy. Pomiędzy nieklasycznym klasycyzmem Kawafisa i niecodzienną codziennością Williamsa. Znaczenie owego „pomiędzy” jest zresztą obecne w bardzo konkretny sposób. To właśnie w miejsce, które moglibyśmy nazwać pograniczem świata uniwersalnych wzorów kultury i świata spotkań z szarą rzeczywistością, pada często wzrok autorki. Tak jak dzieje się to w wierszu „Kozy”, w którym tytułowe zwierzęta, trzymane na dachach kairskich domów, stają się symbolem łączności pomiędzy kiedyś i teraz:

W dole ulice jazgoczące tysiącami klaksonów,
wyżej słychać modlitwy z minaretów,
a pomiędzy –
meczenie.

Podobną funkcję, co wypełnione kozami dachy domów pełni również przedsionek w wierszu „Buty”. Jest to miejsce „pomiędzy ulicą a świątynią”, i choć stanowi ono tylko krótki przystanek na drodze z jednej rzeczywistości do drugiej, od sacrum do profanum lub odwrotnie, to właśnie w tej przestrzeni rzeczy i ludzie w przedziwny sposób doświadczają na raz realności obu porządków. Tak jak tytułowe buty stojące w przedsionku:

Są brudne, a jednak
dotyka ich światło,
zagląda w nie,
przymierza.

Przymierzanie, kojarzące się w tym kontekście z przymierzem, nie pojawia się tu zapewne przypadkowo.

Wszystkie powyższe zabiegi – zderzenie dwóch światów, dwóch perspektyw, poszukiwanie w codzienności śladów tego, co uniwersalne, a w uniwersalnych kodach kultury (choć w globalnej wiosce może już tylko lokalnych) tego, co konkretne – nie byłyby jednak niczym więcej niż próbą rozwiązania intelektualnej łamigłówki, gdyby nie erotyzm wierszy Dąbrowskiej. I nie chodzi mi tutaj tylko o zamykające tom piękne, jednocześnie dyskretne i niezwykle bezpośrednie, miłosne wiersze. Siłą poezji Dąbrowskiej jest jej powściągana, lecz wyrazista zmysłowość. To ona sprawia, że przedmioty w wierszach poetki w żadnej mierze nie przypominają „pilnującego swych granic” Herbertowskiego kamyka. Żyją, starzeją się, w milczący sposób opowiadają swoje historie, odkrywają sens naszego wspólnego bytowania, ba, bywają złośliwe i zachłanne, tak jak stary stół w jednym z wierszy. Nawet jeśli są zupełnie efemeryczne i nowoczesne – „Żółtodzioby!”, chciałoby się rzec – i wiemy, że nie przetrwają do następnego sezonu, jak olbrzymie plastikowe kule, w których ludzie dla zabawy próbują „chodzić” po wodzie, zawsze mają nam coś do powiedzenie jednocześnie o sobie i o nas samych, równie materialnych, co one.

Człowiek zmysłowy jest duchowym nominalistą. Zawsze widzi konkretną rzecz, osobę, ciało. Ratuje go to przed suchą abstrakcją i uogólnieniem, otwiera na spotkanie z indywiduum. Duchowy nominalista często traci jednak z oczu delikatną sieć znaczeń wiążących świat w jedno. Podejrzliwie patrzy na wszystkie ludzkie zabiegi, które ograniczają jednostkową ekspresję. Nie ufa metafizyce, ostrożnie przygląda się religijnym rytuałom, uważnie bada prawomocność i wiarygodność tradycyjnych metafor i symboli.

Ta ostrożność jest obecna również w wierszach Dąbrowskiej. Nie zamyka jej jednak na doświadczenie tego, co wykracza poza jednostkowe istnienie. Dąbrowska, jak każdy z nas, żyje w codzienności – ogląda konkretne miejsca i spotyka konkretne osoby. Jej codzienność jest jak tytułowe „białe plastikowe krzesła pod Ścianą Płaczu”, na których modlą się starzy rabini.

Są jednak momenty, kiedy białe krzesła muszą zniknąć. Co zatem pojawia się na ich miejscu? Ani stateczna świątynia, ani antyczny topos, ani pouczenie moralisty. Codzienność znika, by zrobić miejsce „tanecznemu kręgowi w szabatowy wieczór”. Odświętność jest równie zmysłowa, co codzienność, zdaje się mówić Dąbrowska. Jest dotykiem, ruchem, fizycznym spotkaniem z drugą osobą. Nawet jeśli ta ostatnia spogląda ku nam ze ścinka wapienia, niewyraźna jak egipska dziewczyna naszkicowana na kamieniu, której „łuk pleców, uda, linię szyi […] nie zapieczętuje żaden Ozyrys”.

Książka:

Krystyna Dąbrowska „Białe krzesła”, Wydawnictwo Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu, Poznań 2012.

SKOMENTUJ

Nr 253

(46/2013)
12 listopada 2013

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj