Dwa kraje w Azji Południowo-Wschodniej położone po sąsiedzku. Dość bliskie kulturowo i cywilizacyjnie. Tajlandia i Mjanma, znana jeszcze do niedawna pod nazwą „Birma”.

W tej pierwszej trwa brawurowa akcja ratowania dwunastu chłopców oraz ich trenera z zalanej wodą jaskinii – prowadzona jest perfekcyjnie przez tajskich i zagranicznych ratowników i kończy się sukcesem. Była relacjonowana przez dziesiątki reporterów. Jeden z nich dla zdobycia lepszych ujęć korzysta z kamery umieszczonej na dronie. Wedle relacji medialnych nie ma na to zezwolenia władz, które w obawie o przebieg akcji ratowniczej – fale radiowe mogą zakłócać łączność pomiędzy ratownikami – ograniczają działania dziennikarzy. Reporter podejrzewany o skorzystanie z drona zostaje zatrzymany przez policję.

W jego rodzinnym kraju reakcja jest natychmiastowa. Na paskach stacji newsowych pojawia się błyskawicznie informacja, organizacje dziennikarskie bombardowane są dziesiątkami telefonów w obronie reportera, wypowiada się ambasador akredytowany w Tajlandii. Swoisty pokaz solidarności z dziennikarzem, który jednak złamał prawo. Prawo, które wspierało w tym wypadku przebieg akcji ratowniczej. Według informacji prasowych zostaje zwolniony po kilkudziesięciu minutach. Tajlandia okazuje się dla niego łaskawa, wykazuje zrozumienie dla dziennikarskiego dążenia do pokazywania przebiegu wydarzeń, a jednocześnie oznajmia światu, iż nie jest bananową republiką, w której można robić wszystko i łamać przepisy.

W Birmie-Mjanmie kilka miesięcy temu jedna z zagranicznych telewizji przygotowuje reportaż ze stolicy tego kraju – Naypyidaw. Ekipa liczy trzy osoby: to dwóch zagranicznych dziennikarzy i miejscowy tłumacz. Aby zdobyć ciekawsze ujęcia parlamentu, wykorzystują w pewnym momencie drona. Nie mają na to zezwolenia, a tak jak w większości krajów jest ono wymagane, szczególnie w sąsiedztwie budynków mających istotne znaczenie dla państwa. Szybko zostają zatrzymani, postawieni w stan oskarżenia, odbywa się proces i zapada wyrok. W więzieniu spędzają kilka miesięcy. Birma pokazuje, że nie jest republiką bananową, ale nie wykazuje zrozumienia dla dziennikarskiego dążenia do pokazywania świata w jego różnorodnych aspektach. O sprawie dziennikarzy zatrzymanych w wówczas Birmie – w kraju, w którym tak szerokim echem odbiło się krótkie zatrzymanie rodzimego reportera – media milczały. Cóż, nie byli rodakami…

Wspominam o tych dwóch wydarzeniach przede wszystkim w kontekście sprawy, która trwa już ponad pół roku (i o której pisałem już na tych łamach). Sceną jest także Birma-Mjanma, a sytuacja dotyczy dwóch dziennikarzy agencji Reutersa zatrzymanych 12 grudnia ubiegłego roku w wyniku – jak wszystko na to wskazuje – policyjnej prowokcji. Przebywają w więzieniu do dzisiaj, a przedprocesowa faza ich przesłuchań w sądzie zakończyła się na początku lipca, kiedy to obaj zostali postawieni w stan oskarżenia. Faza procesowa ich sprawy zaczęła się w poniedziałek, 16 lipca.

Wa Lone i Kyaw Soe Oo oskarżeni zostali o posiadanie tajnych materiałów wojskowych, które zamierzali – jak twierdzi oskarżenie – przekazać zagranicznej agencji. Materiały te mieli mieć przy sobie podczas aresztowania. Problem jedynie w tym, że dostali je od dwóch policjantów, z których jeden już w fazie przedprocesowej złożył zeznania kwestionujące oskarżenie. Wynika z nich, że akcja była prowokacją mającą na celu wsadzenie obu reporterów do więzienia, a oni nie mieli nawet możliwości, by zajrzeć do przekazanych im materiałów.

Obaj dziennikarze zajmowali się wydarzeniami w stanie Rakhine, znanym dawniej pod nazwą „Arakan”. To właśnie tam doszło do akcji birmańskiego wojska uznanej przez ONZ za czystki etniczne noszące znamiona ludobójstwa. Efektem działań armii był exodus ponad 700 tysięcy ludności Rohindża do sąsiedniego Bangladeszu. Ludność ta uznawana jest przez ONZ za najbardziej prześladowany i represjonowany lud świata. W Birmie traktowani są jako nielegalni migranci, mimo iż żyją w tym kraju od pokoleń. Nie mają dokumentów potwierdzających ich tożsamość, są pozbawieni dostępu do edukacji i opieki zdrowotnej.

Noblistka Aung San Suu Kyi uważa, że proces musi się odbyć i to sąd zadecyduje o losie obu dziennikarzy. Jednak eksperci i analitycy zajmujący się birmańskimi przemianami twierdzą, iż niezależność sądów od resortów siłowych, którymi nadal kierują osoby powiązane z wojskiem, jest pozorna. | Krzysztof Renik

Władze Birmy, a przede wszystkim szefowie birmańskiej armii nie chcą uznać, iż działania wojska w Rakhine były skierowane przeciw ludności cywilnej i nosiły znamiona ludobójstwa. Dostęp do rejonów objętych pacyfikacjami został odcięty, a armia wielokrotnie sygnalizowała, iż dziennikarze, którzy spróbują pisać o wydarzeniach w Arakanie, mogą źle skończyć. I to jest właśnie przypadek Wa Lone’a i Kyawa Soe Oo. Byli tymi, którzy nie zważając na zagrożenie, zdecydowali się szukać prawdy o walkach w stanie Rakhine, o okrucieństwach, których dopuszczało się wojsko, o pacyfikacjach i paleniu całych osad, gwałceniu kobiet, mordowaniu ludności cywilnej. Z punktu widzenia armii obaj dziennikarze przekroczyli „czerwoną linię”. Dlatego armia postanowiła ich ukarać, korzystając z policyjnej prowokacji. A przy okazji zastraszyć środowisko dziennikarskie Birmy – jeżeli będziecie interesować się sprawami, którymi z naszego punktu widzenia interesować się nie powinniście, to poniesiecie tego konsekwencje.

Czy proces Wa Lone’a i Kyawa Soe Oo zakończy się uniewinnieniem, czy wyrokiem skazującym? Trudno w tej chwili powiedzieć. Grozi im do 14 lat za to, że szukali prawdy – nie lepszych i bardziej malowniczych ujęć filmowych, ale właśnie prawdy. Dla młodych dziennikarzy to życiowy dramat. Międzynarodowe organizacje dziennikarskie, ONZ, Parlament Europejski, rządy kilku krajów, organizacje broniące praw człowieka bezskutecznie apelowały o uwolnienie obu reporterów. Ikona birmańskiej demokracji, noblistka Aung San Suu Kyi uważa, że proces musi się odbyć i to sąd zadecyduje o losie obu dziennikarzy. Jednak eksperci i analitycy zajmujący się birmańskimi przemianami twierdzą, iż niezależność sądów od resortów siłowych, którymi nadal kierują osoby powiązane z wojskiem, jest pozorna.

Wa Lone odbywał w Polsce w roku 2014 staże dziennikarskie – w Polskim Radiu i w „Kurierze Słupeckim”. Choćby z tego względu warto pamiętać o nim i o jego koledze. Dobrze, że Centrum Monitoringu Wolności Prasy wydało oświadczenie, w którym apeluje o uwolnienie obu dziennikarzy. Z Polski głos w obronie Wa Lone’a i Kyawa Soe Oo zabrali także dziennikarze i eksperci skupieni wokół Naczelnej Redakcji Publicystyki Międzynarodowej Polskiego Radia oraz Redakcja „Kuriera Słupeckiego”. Stanowisko zajęła także „Grupa Zagranica”, czyli federacja 54 polskich organizacji pozarządowych zaangażowanych w międzynarodową współpracę rozwojową, wspieranie demokracji, pomoc humanitarną i edukację globalną. Skierowała ona do Ministra Spraw Zagranicznych RP apel o zabranie głosu w sprawie obu reporterów. To ciągle za mało – potrzebna jest jasna deklaracja polskiej dyplomacji przekazana władzom w Naypiydaw.

 

Fot. wykorzystana jako ikona wpisu: Flickr.com.