Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Polska] Na co...

[Polska] Na co stać opozycję?

Henryk Domański

Rozwiązaniem przedwyborczego impasu byłoby pojawienie się osobowości z oryginalnym programem, takiej jak Tony Blair z propozycją „trzeciej drogi”, co oznaczało praktycznie przeorientowanie lewicowego programu Partii Pracy na pozycje lewicowo-centrowe.

Stan, w którym partia rządząca ma przewagę w długim przedziale czasowym, nie jest niczym nowym. Przykładem może być obecna dominacja CDU w Niemczech albo system brytyjski, w którym Partia Konserwatywna nieprzerwanie rządziła w latach 1979–1997, a obecnie pozostaje u władzy od 2010 roku. Bardziej nietypowe jest to, że obóz Zjednoczonej Prawicy nie traci wysokiego poparcia mimo ostrej krytyki ze strony większości instytucji i państw Unii Europejskiej. Prawie wszyscy mieszkańcy Polski doceniają korzyści z członkostwa w UE, a nawet zagrożenie sankcjami ekonomicznymi z tej strony nie odbiera Prawu i Sprawiedliwości wyraźnej przewagi nad innymi partiami.

Głównym źródłem tego sukcesu jest atrakcyjność programów PiS-u dla przeciętnego wyborcy oraz słabość opozycji. Teza o słabości partii opozycyjnych formułowana jest przede wszystkim pod adresem Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej, będących najbardziej zajadłymi i konsekwentnymi krytykami Prawa i Sprawiedliwości. Należy brać pod uwagę, że stosunek opozycji do rządu jest zróżnicowany – przeciwwagą dla PO jest ruch Kukiz’15, wspierający czasami politykę rządu Zjednoczonej Prawicy, a mniej więcej w środku tego spektrum lokuje się PSL, które stwarza wrażenie partii skłonnej do robienia pojednawczych gestów i niewchodzenia w ostre spory polityczne, jakby chciało zadowolić każdego. Nie zmienia to faktu, że na największą krytykę pod względem niezdolności przeciwstawiania się PiS-owi zasługuje PO w koalicji z Nowoczesną. Analizując kolejną odsłonę sukcesu obozu rządzącego, na nich się skoncentruję, chociaż będzie się to również w znacznym stopniu odnosiło do większości partii opozycyjnych.

Im dłuższy okres sprawowania władzy przez partię rządzącą, tym większe jest prawdopodobieństwo przejściowej degeneracji i utraty rozpędu.

Henryk Domański

Utrata rozpędu

Zacznijmy od stwierdzenia, że im dłuższy jest okres sprawowania władzy przez partię rządzącą, tym większe jest prawdopodobieństwo przejściowej degeneracji i utraty rozpędu. Politycy Platformy rządzili najdłużej, wygrywali kolejne wybory, PiS się rozpadało i dzieliło, było stale ośmieszane przez Tuska, a jego dni wydawały się być policzone. Przekonanie to działało usypiająco, odbierało motywację do walki o elektorat oraz inicjowania ambitniejszych programów i reform. Równocześnie osiem lat władzy zachęcało do podkreślania elitarności i lekceważenia reguł gry politycznej, czego ilustracją były rozmowy prowadzone w restauracji Sowa & Przyjaciele przez prominentnych reprezentantów PO. W sytuacji, gdy nie było groźnego przeciwnika, nie trzeba się było wysilać.

Odwołajmy się do wiedzy o prawidłowościach życia politycznego. W optymistycznym wariancie Platforma Obywatelska może liczyć na odzyskanie wiarygodności w oczach wyborców, a nawet na przywrócenie dawnego wigoru. W systemach demokratycznych stale obserwujemy powroty liczących się partii na scenę polityczną zakończone sukcesem wyborczym, chociaż na ogół czeka się na to latami. Nie da się również wykluczyć wariantu całkowitej anihilacji PO, co w szczególności zdarza się partiom z krótkim stażem, do których ona należy. Inną perspektywą może być rozłam, na przykład w sytuacji, gdy Donald Tusk założy nową formację wyrastającą z korzeni PO i duża część jej obecnych członków pójdzie za nim. Teraz Platforma tkwi w stanie politycznego zastoju, który cechuje się posługiwaniem się ogranymi schematami oddziaływania na opinię publiczną, brakiem umiejętności dokonania adekwatnej diagnozy rzeczywistości i dostosowania się do niej. PO nie potrafi się dopasować do dynamiki procesu politycznego. Uniemożliwia to przyciągnięcie do siebie 30 procent społeczeństwa, które zastanawia się, na kogo głosować.

Można wymienić kilka źródeł tego zastoju. Po pierwsze, doszliśmy do sytuacji, w której ludzie mają dosyć wysłuchiwania, że państwo polskie jest w stanie upadku lub nieuchronnie do niego zmierza. Jest mało prawdopodobne, żeby taki argument trafił do przekonania wyborców, jeżeli wziąć pod uwagę wskaźniki rozwoju gospodarczego, spadek bezrobocia i średni wzrost zamożności, a z perspektywy jednostek – realne poczynania rządu, takie jak 500+, wyprawki dla uczniów, zapowiadane przez rząd pogramy mieszkaniowe i inne działania nastawione na poprawę warunków materialno-bytowych. Dla młodych małżeństw, emerytów, klas niższych są to rzeczy konkretne, potwierdzające przekonanie, że rząd PiS-u jest pierwszym rządem, któremu na czymś zależy i który systematycznie coś robi. Stwierdzenia o upadku demokracji, naruszaniu Konstytucji i trójpodziału władzy funkcjonują w świadomości społecznej jako abstrakcyjne pojęcia, których gołym okiem nie widać. Powtarzanie tego przez partie opozycyjne osłabia ich siłę rażenia, interpretowane jest jako świadectwo, że nie stać ich na nic oryginalnego i jest oznaką słabości.

Drugą oznaką słabego odniesienia do faktów jest przypisywanie źródeł wszelkiego zła PiS-owi. Ludzie zalewani są informacjami, że nie było jeszcze takiego neofityzmu w obsadzaniu stanowisk, „rozpasania”, dewastacji wspólnoty narodowej, zatruwania umysłów, strachu i podejrzliwości, szczucia jednych na drugich i że PiS chce wyprowadzić Polskę z UE. Opozycja posługuje się prostym schematem „dobrzy my – źli oni”, który się zużył. Straszenie rządami PiS-u było skuteczne, powiedzmy, do 2014 roku, kiedy to PiS po raz pierwszy uzyskało podobny wynik jak PO w wyborach samorządowych. Opozycja sprowadza diagnozę obecnej rzeczywistości do tezy, że do władzy doszli jacyś źli ludzie, opanowali oni rząd i spółki państwowe wyłącznie w celu obsadzenia stanowisk, żeby się wzbogacić i mieć z tego korzyści. Nie dość, że brzmi to jak z bajki o żelaznym wilku, to zderza się z faktami wymienionymi powyżej. A nawet jeśli niektóre z tych tez są prawdziwe, to schodzą one na drugi plan w obliczu korzyści. Można do nich przekonać nie więcej niż 20 procent zagorzałych przeciwników Prawa i Sprawiedliwości, ale przecież opozycji chodzi głównie o przyciągnięcie elektoratu o nieskrystalizowanych preferencjach wyborczych. Czy politycy Platformy sądzą, że ludzie nie pamiętają o zarzutach formułowanych w związku z udziałem czołowych liderów PO w aferze hazardowej, w sprawie Amber Gold, oskarżeniach obecnego Prezesa NIK-u o nepotyzm w obsadzaniu stanowisk czy o aferze „zegarkowej” jednego z ministrów? Dodałbym, że statystycznie rzecz biorąc, partie wygrywające wybory we wszystkich krajach narażone są na nepotyzm i trudno się przed tym obronić.

Rozwiązaniem impasu opozycji byłoby pojawienie się w Platformie Obywatelskiej lub w Nowoczesnej osobowości z oryginalnym programem, kogoś, kto przyciągnie wyborców. Przykładem do naśladowania może być Tony Blair i propozycja „trzeciej drogi”, co oznaczało praktycznie przeorientowanie lewicowego programu Partii Pracy na pozycje lewicowo-centrowe.

Henryk Domański

Po trzecie, partie opozycyjne robią wszystko, żeby nas przekonać do tego, że PiS traktuje politykę instrumentalnie, a jak one wygrają wybory, to wszystko się poprawi. Nie odmawiam opozycji kierowania się dobrem państwa, jednak przeciętny obywatel może sądzić, że stoi za tym czysty koniunkturalizm (pokonanie PiS-u i nic więcej), a nie to, czym polityka powinna się naprawdę zajmować. Poza krytykowaniem Zjednoczonej Prawicy partie opozycyjne nie potrafią przedstawić atrakcyjnej oferty wyborcom. Chociaż należy przyznać, że trudno się zdobyć na oryginalność w sytuacji, gdy PiS zagospodarowało prawie wszystkie możliwe pola wyboru.

Tony Blair opozycji

Pewnym rozwiązaniem tego impasu byłoby pojawienie się w Platformie Obywatelskiej lub w Nowoczesnej jakiejś osobowości z oryginalnym programem, kogoś, kto przyciągnie wyborców. Przykładem do naśladowania może być Tony Blair i propozycja „trzeciej drogi”, która oznaczała praktycznie przeorientowanie lewicowego programu Partii Pracy na pozycje lewicowo-centrowe. W przypadku PO niepodważalnym warunkiem uwiarygodnienia się w oczach elektoratu musi być zmiana pokoleniowa kierownictwa tej partii. Politykom PO należałoby uświadomić, że odsetek ludzi z wyższym wykształceniem w Polsce wynosi około 22 procent i chociażby z tego powodu lepiej rozumieją meandry sceny politycznej niż 11 lat temu. Nie uwiedzie ich zapowiedź rozliczania niegodziwości Kaczyńskiego, Macierewicza i Ziobry. Drugim środkiem do pozyskania elektoratu byłoby przejście od eklektycznej hybrydowości – co doprowadziło PO do kunktatorstwa politycznego, na przykład w kwestii wycofania się z ustawy aborcyjnej – do odważnego popierania liberalizmu obyczajowego, laicyzacji, walki z dyskryminacją kobiet, ksenofobią i polityki modernizacji. Pojawienie się oryginalnego programu jest raczej hipotezą, ponieważ trudno uwierzyć, że kierownictwo PO z własnej woli ustąpi.

Nie obiecywałbym sobie też wiele po Robercie Biedroniu, który jest połączeniem lenistwa politycznego i celebryckości z narcyzmem. […] Wyznacznikiem politycznego narcyzmu jest dostosowywanie wyglądu i zachowań do wizerunku prezentowanego na użytek wyborców.

Henryk Domański

Hipotetycznie rysuje się również perspektywa wyłonienia się silnej lewicy. SLD sprawdziło się w pierwszym etapie transformacji, spełniając rolę skutecznej alternatywy dla zagrożeń wynikających z wdrażania struktur rynkowych. Jednak było to rozwiązanie przejściowe, które obecnie przyciąga nie więcej niż 10 procent wyborców. Czynnikiem obniżającym notowania partii Razem są radykalizm oraz idealistyczne iluzje dotyczące na przykład likwidacji „umów śmieciowych” i opodatkowanie bogatych.

Nie obiecywałbym sobie też wiele po Robercie Biedroniu, który jest połączeniem lenistwa politycznego i celebryckości z narcyzmem. Cechą celebrytów jest zabieganie o posiadanie znanego nazwiska, udzielanie się w modnym towarzystwie, dążenie do wyróżniania się i bycia cenionym przez ogół. Wyznacznikiem politycznego narcyzmu jest dostosowywanie wyglądu i zachowań do wizerunku prezentowanego na użytek wyborców. Mankamentem Biedronia jest bycie mniej politykiem, któremu można zaufać, a bardziej gwiazdorem, który woli przeglądać się w lustrze niż zdobywać środki finansowe i organizować struktury partyjne. Typowy narcyz zachowuje się tak, jakby wierzył, że jego otoczenie jest wykreowane przez media, że jest grą pozorów i w związku z tym nie warto go poważnie traktować. Stąd może wziął się ironiczny dystans Biedronia do zaangażowania politycznego – imponuje to niektórym i podnosi jego notowania w rankingach opinii publicznej.

Płynie stąd wniosek, że na obecnym etapie gry przedwyborczej mrocznie rysują się perspektywy opozycji na odniesienie sukcesu.

 

*/ Tekst wyraża poglądy autora

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 503

(35/2018)
29 sierpnia 2018

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj