Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Komentarz nadzwyczajny > Koniec Polski katolickich...

Koniec Polski katolickich bigotów

Wojciech Engelking

Pod koniec października 2020 roku w Polsce skończyła się katolicka bigoteria. A nowoczesność przestała być politycznym projektem, który wprowadza się ukradkiem i którego trzeba się wstydzić.

Wyrok był zapalnikiem

Kto przeczytał lead tego tekstu, może stwierdzić: znamy. Ile razy ogłaszano, że dane wydarzenie jest przełomowe, a nic z niego nie wynikało?

W przypadku ostatnich protestów owe słowa są jednak, jak sądzę, uprawnione. Demonstracje to bowiem kulminacja procesu, który dojrzewał w Polsce od dawna – i nie są tylko demonstracjami w sprawie czwartkowego wyroku.

Tu: zastrzeżenie. Nie neguję tego, że wyrok TK – wyrok, który uniwersalizuje katolicką naukę moralną na świeckie państwo – jest głupi, podły i nieludzki. To prawda i nie sądzę, bym nawet zbliżył się do rozumienia, jak czują się dziś moje koleżanki – i te, które urodziły już dzieci, i te, które mają to w planach, i te, które tego nie planują. Społeczna mobilizacja nie jest jednak tylko mobilizacją spowodowaną wyrokiem. Wyrok był zapalnikiem: ona dojrzewała długo i teraz stała się w pełni widoczna.

A co mam na myśli, kiedy twierdzę, że dojrzewała długo? Czy piszę o marszach KOD-u, łańcuchach światła itd.? Nie, mam na myśli coś innego. Idzie mi o wściekłość na bigoterię. Konkretnie: bigoterię nacechowaną katolicko, do której, z powodów społecznych, należało się w Polsce dostosowywać. Protesty, których zapalnikiem jest wyrok, są protestami przeciw niej. A prawo do aborcji (nie kompromis) – synekdochą nowoczesności, która do nas przyszła.

Dyktat wujów

Każdy musiał kiedyś słyszeć podobne zdanie: posyłamy na religię, bo ciotka Elżbieta; chrzcimy, gdyż wuj Zbigniew; ślub weźmiemy kościelny, albowiem dziadek Eligiusz. Gdyby komuś powiedzieć kilka lat temu, że podobnym zachowaniem legitymizuje pozycję, którą ma w Polsce Kościół, zrobiłby wielkie oczy. Co ty! – powiedziałby. – Ja chcę zadowolić rodzinę, sam żyję świecko i mi Kościół obojętny.

Tym właśnie była bigoteria: działaniem, które tworzyło dwa równoległe społeczeństwa. W jednym było się nowoczesnym, nie do odróżnienia od Duńczyka czy Irlandczyka. Oglądało się te same filmy, jadło to samo jedzenie, w ten sam sposób spędzało czas. W drugim, często zostawionym w rodzinnych miejscowościach, było się katolickim tradycjonalistą: raz na jakiś czas, wyznaczony kościelnym kalendarzem (Wielkanoc, Boże Narodzenie), przywdziewało się szaty człowieka nie-nowoczesnego.

Jakiś czas temu taka podwójność stała się nie do zniesienia. Miało to dwa skutki.

Pierwszym był konserwatywny zwrot i zwycięstwo PiS-u w 2015 roku. Partia rządząca wygrała, bo przedstawiła nowoczesność jako projekt, który każe się obywatelstwa w społeczeństwie tradycyjnym wstydzić. I oznajmiła: to nic wstydliwego, więcej – to dobre, mądre i piękne, więc w podwójności nie trzeba już żyć.

Skutek pierwszy jest widoczny, drugi – mniej. Polega on zaś na innym zanegowaniu podwójności: wyjściu spod dyktatu wujów – i objawia się w tym, że coraz częściej dzieci się na religię nie posyła, święta kościelne traktuje jako okazję do wakacji, ślub bierze w urzędzie. Ten brak zgody na katolicką bigoterię w prywatnym życiu długo był jednak tożsamy ze zgodą, by panowała ona publicznie: by rosły pomniki Jana Pawła II, otwarcia istotnych instytucji celebrował biskup, by po aborcję na życzenie jeździć na Słowację. Socjologowie opisywali to jako laicyzację społeczeństwa – ale powolną, która zaczyna się w prywatności i dopiero potem rości sobie prawo do bycia publiczną.

A potem przyszedł październikowy czwartek i wszystko się zmieniło.

Dość dwójmyślenia

W protestach, które rozlały się po ulicach i placach Polski, najbardziej podoba mi się hasło: „Wypierdalać!”. Dlaczego? Otóż dlatego, że kończy ono z inną podwójnością: języka.

Dotychczas było tak: mieliśmy jeden język, wysoki, oficjalny, do mówienia o sprawach publicznych, i drugi, przepojony wulgaryzmami, uprawiany w okolicznościach prywatnych. Użycie języka prywatnego w sytuacji publicznej uchodziło za coś niewskazanego (stąd oburzenie na rozmowy w restauracji Sowa i Przyjaciele). Używać języka publicznego oznaczało jednak wdziewać szatę, którą zakładało się, stając się obywatelem tradycjonalistycznym. Czyli: szatę nie swoją, o której kroju i kolorze zadecydował ktoś inny.

Nie idzie mi tu o językowe decorum. Raczej o to, że reguły języka publicznego decydowały o tym, co jest możliwe politycznie. W przypadku aborcji publicznie mówiło się o „usunięciu dziecka”, zamiast „przerwaniu ciąży”, były osoby „za życiem”, a nie „przeciwko wyborowi”. W konsekwencji język publiczny uniemożliwiał otwarcie na nowoczesne kody obyczajowe – które tymczasem swobodnie przeniknęły do polskiej prywatności.

Budowało to myślenie, wedle którego sprawy publiczne znajdują się obok życia zwykłego obywatela, bo żeby o nich sprawczo rozmawiać, trzeba założyć na siebie kaftan cudzego, tradycjonalistycznego, katolickiego języka.

W tej podwójności tkwiło okrucieństwo. Wiele spraw prywatnych – aborcja właśnie, ale też związki partnerskie i inne tematy, które polska debata publiczna z lubością określa mianem „zastępczych” – potrzebuje publicznej sankcji. Moment, gdy „wypierdalać” staje się językiem publicznym, oznacza: nie godzimy się na to, że języki prywatne i publiczne są rozdzielone, a zarazem język publiczny reguluje nasze prywatne sprawy na katolicką modłę.

Sprzeciw, jaki to obudziło, to przykład bigoterii, o której piszę: komentatorzy wyprodukowali elaboraty o tym, jak to niepoczciwie ze strony kobiet, że używają wulgaryzmów. Innymi słowy – zabronili prywatnemu wstępu do publicznego, uznając, że reguły wysokiej, powiązanej z obywatelstwem tradycjonalistycznym polszczyzny wciąż obowiązują.

Poparcie, którym cieszą się protesty – poparcie w Polsce małych i średnich miast, nie tylko metropolii – pokazuje, że z dnia na dzień przestały one obowiązywać. Mnóstwo ludzi przestało mieć ochotę na życie w podwójnym obywatelstwie, w którym to nowoczesne nie jest pełne, bo reguluje je to tradycyjne – gdyż jest ono językiem rozmowy o sprawach publicznych i sankcjonowania najważniejszych tematów prywatności.

Spóźniona rewolucja seksualna

Za jakiś czas socjologowie i historycy odpowiedzą na pytanie, co tę bigoterię spowodowało. Ja sądzę, że wzięła się z tego, że w Polsce w latach 60. nie odbyła się taka rewolucja seksualna, jak na Zachodzie, normalizująca zachowania, które nie mieszczą się w tradycjonalistycznej wyobraźni i tę ostatnią oburzają.

Po pierwsze, nie jest przypadkiem, iż protesty w sprawie aborcji mają miejsce w kilka tygodni po nagonce na osoby LGBT. Bigoteria przedstawia bowiem aborcję jako temat z przestrzeni seksualnej; nowoczesność, za którą są aktualne protesty, jako temat innego rodzaju, z porządku myślenia o ochronie zdrowia. Próba połączenia jednego z drugim przez partię rządzącą i Kościół katolicki zaowocowała sprzeciwem społeczeństwa, które wie już, że się to nie łączy.

Po drugie, nie jest przypadkiem, jak aktywną na protestach grupą są przedstawiciele pokolenia Z, które od bigoterii i obywatelstwa tradycjonalistycznego jest o tyle oddzielone, że – raz: to ich rodzice byli pierwszą generacją, która tłumnie nie posyłała ich na religię; dwa: żyje w rzeczywistości opowieści zachodnich – netflixowych, książkowych, obojętnie – w których rewolucja seksualna już się dokonała. To takie opowieści i zawarta w ich języku nowoczesność są dla nich punktem odniesienia, nie tradycjonalizm języka publiczno-kościelnego.

Po trzecie, nie jest przypadkiem, że protestom przewodzą młode kobiety i że wyrok jako ich zapalnik był w kobiety wymierzony. Kobiety bowiem, jak pokazują badania, są od swoich męskich rówieśników radykalnie mniej tradycjonalistyczne, więc i mniej bigoteryjne – i za sprawą lepszego wykształcenia i większej otwartości intuicyjnie także żyją w społeczeństwie po rewolucji.

Nigdy nie miałem rewolucyjnego temperamentu i protesty omijałem, uznając, że nie są moje lub w moich sprawach. Zjawiwszy się na dwóch, czwartkowym i piątkowym, poczułem jednak to, co jako obywatelowi, nie człowiekowi prywatnemu, zdarza mi się rzadko.

Poczułem się szczęśliwy, bo wiedziałem, że jestem w przestrzeni, w której bigoterii już nie ma.

 

Fotografia ilustrująca wpis: Jacek Walicki, lic. Creative Commons.

 

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 615

(45/2020)
25 października 2020

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj