Heather Clark, fot. Beowulf Sheehan

W grudniu 2025 roku Heather Clark przyleciała do Polski, żeby spotkać się z czytelniczkami i czytelnikami w Pałacu Potockich w Krakowie oraz Najlepszej Księgarni w Warszawie. Biografia jej autorstwa poświęcona Sylvii Plath to już kolejna książka, która przygląda się życiu i twórczości poetki. Jednak to książka inna niż jej poprzedniczki – próbująca zerwać z mitem Plath jako poetki ciemności i depresji. 

Czy autorce udało się zrealizować ten zamysł? I czy faktycznie nie było wcześniej książki, która taką próbę podjęła? Między innymi o tym rozmawiam z Heather Clark, autorką książki „Czerwona kometa. Krótkie życie i nieśmiertelna sztuka Sylvii Plath”, w tłumaczeniu Jarosława Mikosa, wydanej przez wydawnictwo Marginesy.

Sylwia Góra: Życie Sylvii Plath nie jest określone przez jej śmierć, lecz przez literaturę, którą zostawiła – to była myśl, która kierowała tobą, gdy zaczynałaś pisać tę książkę. 

Heather Clark: Zastanawiałam się, czy powinnam pisać tę książkę, bo Sylvia Plath jest ikoną, ale to nie jest właściwe podejście. Bardzo męczyło mnie to, że stała się bardziej sławna ze względu na swoją śmierć niż na swoje życie. Ludzie pamiętali jej samobójstwo intensywniej niż jej sztukę. Czułam, że jej śmierć odciąga nas od jej twórczości. A wiele biografii napisanych wcześniej po angielsku i wydanych w Stanach Zjednoczonych oraz w Wielkiej Brytanii zaczyna się od jej śmierci. Pierwszy akapit, dosłownie, jest o jej samobójstwie. 

Miałam wrażenie, że te biografie ją patologizowały, robiły z jej śmierci sensację i nie skupiały się na jej drodze literackiej. Bardziej chodziło o chorobę psychiczną, depresję i o to, jak to wszystko doprowadziło do samobójstwa. Chciałam więc zrobić coś innego. Chciałam czytać jej życie „do przodu”, a nie „od tyłu” i skupić się na tym, jak stała się wielką pisarką. 

Inna pisarka, Maggie Nelson, powiedziała kiedyś: „Bycie nazywaną Sylvią Plath w literaturze lub w jakiejkolwiek innej dziedzinie nie jest komplementem”. Dlaczego?

To był kolejny powód, dla którego chciałam napisać tę biografię – żeby przestawić Plath w innym świetle. Myślę, że Maggie Nelson mówiła o tym, że Plath stała się kliszą. Karykaturą neurotycznej, histerycznej pisarki – a nawet neurotycznej, histerycznej kobiety – i że została mocno utożsamiona z chorobą psychiczną, depresją, z utratą kontroli. A tak naprawdę Plath była kimś, kto miał ogromną kontrolę. Była bardzo zdyscyplinowaną, opanowaną osobą. Więc znów: to, co widziałam w badaniach, nie pasowało do tej innej Sylvii Plath, tej z popkulturowej wyobraźni. Pomyślałam: chcę spróbować to naprawić. Chcę spróbować dać ludziom bardziej trafną wersję Sylvii. 

Była przecież bardzo silna, bardzo zdeterminowana, bardzo ambitna. Miała dużą etykę pracy. Owszem, cierpiała na depresję, ale to nie definiowało całego jej życia. To było coś, co jej się przydarzało. I było epizodyczne. Czyli sprowadzało ją w dół na kilka miesięcy, choć ostatecznie ją zabiło. Nie próbuję minimalizować jej depresji, ale to nie było coś, z czym zmagała się każdego dnia – miała wiele miesięcy i lat, kiedy depresji nie miała. 

Jej przykład jest ciekawy także w zestawieniu choćby z Ernestem Hemingway’em, który przecież także chorował na depresję i popełnił samobójstwo, a jednak nie nosi etykiety „histerycznego pisarza”. 

Dokładnie. We wstępie zwracam na to uwagę – że Hemingway, David Foster Wallace i inni mężczyźni nie są tak negatywnie definiowani przez swoje samobójstwo jak Sylvia Plath. I myślę, że to po prostu seksizm. 

A to historia wielkiej artystki walczącej o to, by urzeczywistnić swoją wizję. Plath miała potrzebę pisania. To był sens jej życia. Bardzo świadomie była poetką i pisarką przez całe życie. Mówiła: „pisanie jest dla mnie tak ważne jak oddychanie” – i myślę, że historia, którą opowiada o swoim życiu w dzienniku i listach, to historia kobiety próbującej zostać wielką pisarką. Co więcej, to historia, którą sama o sobie opowiada. Moją rolą było po prostu za tym podążyć. 

To tam jest, ale kiedy pisałam tę książkę, wciąż wracałam do jednego pytania: jak Sylvia Plath stała się tą pisarką, którą się stała? To było naprawdę bardzo proste pytanie, ale gdy przytłaczał mnie materiał – tysiące stron, tysiące dokumentów archiwalnych – wracałam do tego pytania. Bo pisanie było jej powołaniem, jej „gwiazdą polarną”. I czułam, że ona sama daje mi kierunek: w swojej twórczości, listach, dzienniku. 

To bardzo ważny, jak sama mówisz, wątek twojej książki, ale pokazujesz także dynamikę rodziny i to, że Sylvia nie zawsze mówiła prawdę. Że poezja jest poezją, czyli fikcją literacką. Na przykład jej ojciec nie był nazistą. Jej matka nie była wrogiem, nie rywalizowała z córką ani nie realizowała przez nią swoich marzeń. 

Zgadza się. W ogóle bardziej interesowała mnie jej relacja z matką. Bo matka żyła, to ona naprawdę ją wychowała. A relacje matek i córek są zwykle bardzo skomplikowane. I nie zgadzałam się z tym, co pojawiało się w innych biografiach: że wszystko kręci się wokół zmarłego ojca. Oczywiście ona po nim rozpaczała i go opłakiwała, to było traumatyczne stracić ojca w wieku ośmiu lat. Ale dla mnie ciekawsza i głębsza była relacja z matką. I to ona ukształtowała życie Sylvii, znacznie bardziej niż relacja ze zmarłym ojcem. Choć oczywiście to była trudna relacja. Jednak matka dała jej tyle możliwości, żeby robić coś ważnego. 

Z jednej strony mamy listy Sylvii, gdzie pisze: „moja matka jest zła”, ale a z drugiej strony rozmawiasz z wieloma osobami, które mówią: „nie, to nieprawda, matka Sylvii taka nie była”. 

To była bardzo złożona relacja, jak u większości z nas. Często mamy skomplikowane relacje z matkami. Kochamy je, ale potrafią nas także doprowadzać do szału. I ona miała podobnie. Ale pamiętajmy, że to właśnie ona pielęgnowała literacki umysł Sylvii Plath. Czytała jej od trzeciego roku życia. Dopilnowała, by Sylvia poszła do Smith College. Odkładała pieniądze. Nie miała ich dużo, ale dopilnowała, żeby córka dostała najlepszą edukację. Wspierała ją na wiele sposobów.

A jednocześnie miała skłonność do męczeństwa – Plath tego nie znosiła. Czuła też, że matka wywiera na nią presję, żeby była „idealną, grzeczną dziewczynką”, idealną kobietą. To ją również irytowało. Ale ja miałam dla jej matki współczucie, bo myślę, że zawsze miała dobre intencje. I straciła córkę. Straciła męża i straciła córkę. Wyobraźmy sobie, jaką musiała mieć traumę po czymś takim. A potem musiała jeszcze znosić tych wszystkich ludzi, którzy uważali, że to jej wina, że córka się zabiła. To jest potworny ciężar emocjonalny. Czy matka Plath była idealna? Nie. Ale nie sądzę, żeby była takim potworem, za jakiego ją uważano.

Bardzo ważny i ciekawy jest też wątek, w którym pokazujesz Plath jako dziewczynę, która od dzieciństwa potrzebowała uwagi i była towarzyska. A to coś, o czym biografowie nie lubili mówić, bo nie pasowało do wizerunku Sylvii Plath jako depresyjnej i mrocznej. Ty pokazujesz nam towarzyską dziewczynę, która chce zabawy, spędza czas z przyjaciółmi. 

Tak, ma mnóstwo przyjaciół! I robiła wszystkie te rzeczy, które robili nastolatkowie w latach czterdziestych XX wieku, czyli na przykład jeździła samochodem z chłopakami, chodziła na tańce, do barów. Miała bardzo typowe, amerykańskie dzieciństwo, ale to nie pasuje do z góry przyjętej wizji Plath jako mrocznej i depresyjnej. 

Oczywiście nie może zabraknąć drugiej ważnej relacji w życiu Plath – z mężem Tedem Hughesem. Pokazujesz jednak też coś, o czym często zapominamy – że byli oni kimś w rodzaju „power couple” tamtych czasów. W tym czasie nie było też oczywiste, że mąż będzie wspierał żonę w karierze i że będzie pomagał w domu. A tak właśnie było na początku ich związku. 

Tak, to było dość niezwykłe jak na tamte czasy. Ona była jego sekretarką i agentką – wysyłała wszystkie jego teksty, przepisywała rękopisy i robiła to wszystko, co robiła żona w tamtych czasach. 

Gdy urodziło im się pierwsze dziecko, to jednak on zajmował się nim rano, żeby ona mogła pisać, a ona przejmowała popołudnie, więc dzielili czas na obowiązki domowe. To było bardzo nietypowe jak na tamte lata. Ludzie, z którymi rozmawiałam, mówili: „Ted pchał wózek”. Podkreślali też, że mężczyźni nie robili tego w latach sześćdziesiątych XX wieku. Warto pamiętać, że dzielili tylko część opieki – Plath wykonywała jednak większość prac domowych: gotowanie, sprzątanie itd. 

Oboje byli poetami o podobnej wrażliwości estetycznej. Nie lubili poezji drukowanej wtedy w magazynach, uważali ją za zbyt „małą”, zbyt zadowoloną z siebie, zbyt grzeczną i gładką. Chcieli pisać poezję mocniejszą, odważniejszą, taką, która zaszokuje ludzi. Bardziej inspirowali się Yeatsem i D.H. Lawrencem. Czasem mówię, że byli punkrockową parą swoich czasów, jak Kurt Cobain i Courtney Love. Mieli podobny temperament. Chcieli szokować. I przez długi czas to działało.

Wpływali na siebie także jako poeci.

Tak. On wprowadził ją w nowoczesną brytyjską poezję, a ona wprowadziła jego w amerykańską. Gdy przenieśli się do Bostonu w latach 1958–59, Ted Hughes poznał Roberta Lowella – wielkiego amerykańskiego poetę. Ted zaczął czytać dużo więcej amerykańskiej poezji i to wpłynęło na jego drugi tom poetycki „Lupercal”, który wielu uważa za jego najlepszą książkę. I to dzięki Sylvii mógł to napisać.

On zachęcał ją, powiedziałabym, do pisania mocniejszych wierszy, śmielszym głosem. Zawsze powtarzał, by „szła dalej”. I myślę, że za to należy mu się uznanie. Ona czasem bywała nieśmiała w poezji, a Ted mówił: „możesz pójść dalej”. 

Ale z drugiej strony Ted Hughes odegrał dużą rolę w mitologizacji życia i twórczości Sylvii Plath. 

To prawda. Zakochał się w innej kobiecie i zostawił Sylvię. Wyprowadził się z ich domu w Devon, myślę, że 10 października 1962 roku. Następnego dnia Plath napisała wiersz „Daddy”. Jest też jej wspaniały list, w którym pisze do przyjaciółki: „Teraz, gdy Ted odszedł, przyszły wiadomości, żeby zostać” (Plath rozważała powrót do matki, do USA – S.G). Jego odejście uwolniło w niej coś, może jakiś gniew, który skierowała w wiersze z tomu „Ariel”. Gniew, złamane serce – te wiersze są inne niż wcześniejsze. Są inne i są lepsze. 

Ale po śmierci Sylvii Plath Ted Hughes stworzył pewną ikonę „Ariela”. Sylvia w swoim rękopisie ułożyła wiersze w bardzo konkretny sposób. Pierwszym był „Morning Song”, a pierwszym słowem tego wiersza była „miłość”. Ostatnim wierszem w tomie było „Wintering”, a ostatnim słowem ostatniego wiersza „wiosna”. Cała trajektoria: od miłości do wiosny – wznosząca się, pełna nadziei, o odrodzeniu, transcendencji. Wiosna była dla Sylvii Plath ważnym obrazem. Jej wersja „Ariela” była więc zupełnie inna niż wersja Teda Hughesa. On pomieszał wiersze, jedne usunął, dodał inne. Jego wersja kończyła się bardzo mrocznymi wierszami – „Edge” i „Words”. Kiedy czytasz wersję Hughesa, to trajektoria jest opadająca. A to nie było zamierzenie Plath. I to jest część tego, skąd wziął się mit Plath jako poetki obsesyjnie skupionej na śmierci – przez Teda. 

Teraz opublikowano jednak oryginalne ułożenie „Ariela”. Możesz pójść i kupić wersję Sylvii Plath. Opublikowała ją jej córka i jest ona zupełnie inna.

Plath pisze też całkiem dużo o macierzyństwie i nie idealizuje go. Ten temat jest dla ciebie również ważny.

Tak, i dlatego uważam ją za poetkę feministyczną, bo macierzyństwo jest tematem, który w kulturze amerykańskiej wciąż bywa wygładzany i sentymentalizowany. A ona pisała o poronieniu, depresji poporodowej, ciąży, porodzie. Nie robiła z tego ckliwej laurki. Nie „dezynfekowała” tematu.

Jej poemat „Three Women” poetka Anne Stevenson nazwała pierwszym wielkim poematem o porodzie w języku angielskim. I myślę, że tak właśnie jest. Była pierwszą osobą, która napisała wiersz o poronieniu i przeczytała go w BBC. Naprawdę otwierała drzwi. Pisała o kobiecych ciałach, o macierzyństwie, czyli o rzeczach, które nie były tematami poezji. Macierzyństwo bywało, ale nie w taki sposób, jak pisała o nim Plath: bardziej uczciwie, bez lukru. To było innowacyjne. To było przełomowe.

W Polsce, ale chyba i na cały świecie najlepiej znaną książką Sylvii Plath jest „Szklany klosz”. Czytają ją młode kobiety na całym świecie, podczas gdy krytyka mówi, że to dość naiwna, lekka historia. Ty masz inne zdanie. 

Uważam, że to dużo bardziej polityczna powieść, niż się jej to przypisuje. Jest „sprzedawana” jako historia młodej kobiety, która przechodzi załamanie i próbuje się zabić. A ja uważam, że to powieść zimnowojenna. Pierwsze zdanie mówi o egzekucji Rosenbergów – zostali straceni za rzekome szpiegowanie na rzecz Sowietów.

To zdanie jest polityczne: „Upalne to było lato, dziwne lato, w którym stracono Rosenbergów, a ja siedziałam w Nowym Jorku i nie bardzo wiedziałam, po co i dlaczego”. Esther Greenwood, główna bohaterka, ma też terapię elektrowstrząsami. Plath bardzo sprytnie łączy egzekucję Rosenbergów przez prąd (zostali porażeni), z elektrowstrząsami u swojej bohaterki. I z tym, co oznacza „odmienność” – kara za wyjście poza normę. Esther jest kobietą ambitną, chce więcej niż „powinna” dostać. I jest niemal karana za ambicję, właśnie tym prądem.

Myślę, że to także krytyka administracji Eisenhowera. Plath nienawidziła Eisenhowera, była wściekła, kiedy został prezydentem. To krytyka tego, jak traktowano kobiety za jego prezydentury. Uważam, że to bardzo polityczna powieść, kiedy zdrapiesz wierzchnią warstwę. Ale nie jest tak czytana. I myślę, że nie doceniamy Plath jako politycznej powieściopisarki.

Podobnie w poezji. Uważa się, że Plath jest poetką ciemności, smutku, ale z pewnością nie kimś, dla kogo polityka, historia czy wydarzenia społeczne mają szczególne znaczenie. Pokazujesz, że to kłamstwo.

Sylvia Plath była bardzo inteligentną, zaangażowaną kobietą. Jej wiersze są też bardzo polityczne. Napisała kilka swoich najsłynniejszych wierszy podczas kryzysu kubańskiego – w dniach 22-25 października 1962 roku – reagując na sytuację polityczną. 

W „Daddy” i „Lady Lazarus” jest mnóstwo obrazów z drugiej wojny światowej. Plath łączy totalitaryzm z patriarchalnym uciskiem w bardzo ciekawy sposób. Robi odważne zestawienia.

Plath cieszyła się szacunkiem w kręgach akademickich swojego czasu, a później feministki uczyniły z niej symbol, ale w świadomości społecznej była postrzegana jako zagubiona kobieta, która popełniła samobójstwo. Chcesz zmienić ten wizerunek. Od napisania książki w języku oryginalnym minęło sporo czasu, więc myślę, że mogę zapytać: uważasz, że ci się to udało?

Myślę, że ta książka pomogła zmienić postrzeganie Sylvii Plath. Kiedy ukazała się w 2020 roku, było o niej głośno. Znalazła się na liście 10 najlepszych książek „New York Timesa” i była finalistką Pulitzera. Myślę, że cała ta uwaga pomogła Plath. Czułam się, jakbym zawracała tankowiec, ale sądzę, że teraz ludzie rozumieją, że nie była tylko uosobieniem katastrofy, depresji i neurozy. Myślę, że książka w tym pomogła. 

Dotarłaś też do wcześniej niepublikowanych materiałów. Czy to był impuls, który powiedział ci: muszę to teraz napisać?

Napisałam wcześniej książkę o Sylvii Plath i Tedzie Hughesie. Była o ich małżeństwie i o tym, jak wpływali na siebie jako poeci. Ale to była książka akademicka. Potem szukałam pomysłu na kolejną i wciąż myślałam: nikt nie napisał dużej, popularnonaukowej biografii Sylvii Plath, a ona na nią zasługuje. Zasługuje na to, by traktować ją poważnie jako wielką amerykańską poetkę. 

Byłam wtedy profesorką i nie lubiłam biografii o Plath, które były już na rynku i które mogłam dać studentom. Z żadnej nie byłam zadowolona. I w końcu pomyślałam: może ja powinnam taką książkę napisać. Miałam już fundament krytyczny po swojej pierwszej książce, znałam Plath, wiedziałam, gdzie są archiwa, miałam zaplecze. I zaryzykowałam. 

Rozmiar tej książki może naprawdę onieśmielać, zwłaszcza w polskim wydaniu. Nie bałaś się trochę, że to może zniechęcić czytelniczki i czytelników, że ludzie zwykle nie mają czasu na takie wielkie książki?

Nie planowałam pisać tak długiej książki. W pewnym momencie przestałam patrzeć na liczbę słów, bo to było zbyt stresujące. Nie mogłam uwierzyć, jak to rośnie. Ta książka byłaby nawet dłuższa. Mój redaktor pomógł mi wyciąć jakieś 300 stron. Ale cały czas powtarzał: dopóki jest poniżej 1000 stron i da się to czytać… 

To jest najważniejsze: może być długie, jeśli ma „narracyjny pęd”, jeśli czytelnik chce przewracać kolejne strony. I wiele osób mówi, że książkę czyta się jak powieść. To mnie podniosło na duchu.

Opublikowałaś „Czerwoną kometę” pięć lat temu w Ameryce. Czy od tej pory zdarzyła się taka sytuacja, że jakaś młoda dziewczyna napisała do ciebie wiadomość, że nigdy nie słyszała o Sylvii Plath, a teraz ją poznała dzięki Tobie?

Tak, otrzymałam naprawdę wiele wspaniałych wiadomości, zwłaszcza od kobiet, że dziękują mi, że pokazałam Sylvię Plath z innej strony. Ale dostaję też sporo e-maili od osób, które dzielą się ze mną swoimi własnymi kłopotami ze zdrowiem psychicznym, depresją i piszą, że przeglądają się w historii Plath. I mimo że ostatecznie poetka popełniła samobójstwo, to odnajdują w jej życiu mocną potrzebę, aby nie była ona definiowana wyłącznie przez swoją depresję. To ich w jakimś sensie inspiruje, daje siłę. 

 

Książka:

Heather Clark, „Czerwona kometa. Krótkie życie i nieśmiertelna sztuka Sylvii Plath”, tłum. Jarosław Mikos, wyd. Marginesy, Warszawa 2025.