Na studiach odradzano nam interpretowanie książek kluczem biograficznym. Doszukiwanie się Virginii Woolf w Clarissie Dalloway czy przypisywanie Humbertowi opinii Nabokova uchodziło za błąd w sztuce oraz intelektualne lenistwo tych, którzy zamiast głęboko wniknąć w tekst, wolą uprawiać tanią psychologię i odnajdywać w fabule dziecięce traumy autorki. „Nie ufaj autorowi, ufaj tekstowi”, „Pokaż mi raczej, jak to jest zrobione w języku”, „Narrator to nie autor” – instruowali nas wykładowcy. Na egzaminach czasem dostawaliśmy do analizy fragmenty zupełnie pozbawione kontekstu, bez autora, daty czy źródła. 

Antybiografizm

Ta twarda szkoła antybiografizmu odcisnęła na mnie tak trwałe piętno, że nadal rzadko czytuję biogramy na czwartej stronie okładki. Fakt, że autorka mieszka w Nowym Jorku z mężem i dwoma kotami nieszczególnie wpływa na mój odbiór dzieła.

To, że książki można filtrować przez własną biografię, czyli czytać je autobiograficznie, na studiach nawet nie przeszło nam przez myśl. Obowiązywała doktryna, że filolog jest obiektywny, składa się wyłącznie z głowy pełnej wiedzy historycznej i językowej, a wszelkie idiosynkratyczne skojarzenia czy osobiste komentarze usuwa już w pierwszej redakcji, razem z literówkami.

Ani nam się nie śniło, że krytykę literacką można uprawiać tak, jak często robi się to teraz: szczerze, osobiście, wręcz „z brzucha”, wygłaszając deklaracje w stylu: „książka mnie znudziła, przy czytaniu bolała mnie głowa, a perypetie bohatera mocno mnie striggerowały”.

Praktyka ego-lektury nadal trzyma się mocno, choć od pewnego czasu obserwuję pewne znużenie nadmiernym skupianiem się na własnych odczuciach, które często odbywa się kosztem rzetelnej kwerendy i wnikliwej analizy (ciekawie opowiada o tym Jagoda Gawliczuk w podcaście „Orbita Literacka”).

Uniwersalizm doświadczenia

Sama nie lubię ani biografizmu, ani autobiografizmu. Owszem, ciekawie się dowiedzieć, że Kafka był suchotnikiem, czasem fajnie poczytać, jak Olga Wróbel wynudziła się przy „Kairosie” Jenny Eperbeck. Ale kiedy autor albo recenzent zajmuje tyle miejsca, że nie starcza go już na analizę treści czy języka, to czuję lekki niesmak. I duży niedosyt.

Ten przydługawy wstęp o ideologii i metodzie służył temu, żeby wiedzieli państwo, „z jakiego miejsca piszę”. Zazwyczaj. W przypadku książki Aysegül Savaş „Antropolodzy” dokonam bowiem radykalnej wolty. Powieści tej nie potrafię nie czytać (auto)biograficznie, skoro publikująca po angielsku autorka tureckiego pochodzenia tak jak ja mieszka w Paryżu i jest w związku z obcokrajowcem. I choć w „Antropologach” miejsce akcji oraz narodowość bohaterów są nieznane, ja wiem, że pisząc, inspirowała się własną historią i życiem w stolicy Francji.

Pytanie, co z tą wiedzą zrobię. Mogłabym wyłuszczyć wszelkie podobieństwa nienazwanej metropolii z Paryżem (jest metro, są biedne północne i bogate południowe przedmieścia, jest twórczy ferment i prekariat, trudno znaleźć mieszkanie, a jeszcze trudniej zaprzyjaźnić się z autochtonami). Mogłabym bez większego wysiłku sprawdzić, czy „mam tak samo” jak Asya, narratorka i główna bohaterka Savaş, czy odnajduję się w jej doświadczeniu miłości na obczyźnie i w obcym języku.

Autorka chętnie i często udziela wywiadów, więc mogłabym przeprowadzić małe śledztwo i dowiedzieć się, ile z Aysegül jest w Asyi. Tyle że taki proceder stałby w kontrze do intencji pisarki, która już w tytule sugeruje, że chodzi jej raczej o uniwersalizm ludzkiego doświadczenia.

Jaki uniwersalizm? – zapyta moja przyjaciółka, która wyszła za chłopaka ze swojej podstawówki i nigdy nie wyprowadziła się z rodzinnego miasteczka. Tymczasem, jak czytamy w blurbie: „Manu i Asya mieszkają w dużym zachodnioeuropejskim mieście. Przybyli tu z odległych krajów na studia i już zostali”. Emigracja i związki mieszane, choć coraz powszechniejsze, statystycznie nadal stanowią doświadczenie mniejszości. 

Tyle że historię Asyi i Manu można potraktować jako metaforę. Nawet jeśli nie wszyscy wyjeżdżamy za granicę i wiążemy się z przedstawicielami innych nacji, prawie każdy wyprowadził się z domu rodzinnego. Wielu weszło też w związki romantyczne. A osoby, z którymi się związaliśmy, nawet jeśli mają ten sam paszport i oglądały te same dobranocki, w pewnym sensie zawsze są i pozostaną obce. 

Inny czy obcy

A obcego trzeba poznać, oswoić, wypracować z nim wspólne praktyki i język. Savaş tego etapu nam nie pokazuje – związek Manu i Asyi jest dojrzały, bliski, ożywczo jak na współczesną literaturę spokojny i szczęśliwy. Mają swoje małe rytuały, wspólnych przyjaciół, ulubione kawiarnie. Dobrze im się układa.

Poznajemy ich na etapie, do którego dobija większość par wynajmujących mieszkanie w dużym mieście – chcieliby kupić coś własnego. I nie chodzi tu tylko o prostą kalkulację (lepiej spłacać kredyt niż płacić czynsz), lecz także o „ustatkowanie się”, wybór jednego z licznych scenariuszy naprawdę dorosłego życia. Czy będziemy mieszkać w centrum, czy na przedmieściach? W domku z ogródkiem czy w starej kamienicy? W hipsterskim lofcie czy w spokojnej, zielonej enklawie? Kim będziemy? Rodzicami, którzy na klatce mają miejsce na wózek? A może dynamiczną, bezdzietną parą, która woli adres w centrum? Mieszkanie to nie tylko mieszkanie – to symbol definitywnego wejścia na jedną z rozwidlających się ścieżek. 

Nic zatem dziwnego, że bohaterowie długo stoją na rozdrożu. Oglądają wiele mieszkań, ale na żadne nie mogą się zdecydować. Dopóki nie podejmą decyzji, wszystko jest jeszcze możliwe, a „My w przyszłości” (taki tytuł noszą rozdzialiki o szukaniu własnego lokum) mogą mieć mnóstwo kształtów, co w zasadzie oznacza, że nie mają żadnego. 

Decyzje

To zawieszenie nie jest dla bohaterów źródłem cierpień. Nie czują też presji do realizowania jednego słusznego modelu – owszem, babcia Asyi dopytuje się o wnuki, ale że jest daleko, nie jest to zbyt uciążliwe. W przeciwieństwie do Anny i Toma z książki Vincenza Latronico „Do perfekcji”, którzy nieustannie czuli presję instagramowego feedu, Asya nawet w drobiazgach walczy o niezależność:

„Wycisnęłam sok z pomarańczy, po czym ułożyłam na tacy tosty, ciastka i kawę. Dołożyłam też kwiatek, ale potem zmieniłam zdanie i odstawiłam go z powrotem do flakonu. Wyglądało to za bardzo jak z jakiegoś czasopisma” [s. 152].

Oboje dają sobie czas na eksperymenty, marzenia i uważną obserwację. Obserwacja to słowo-klucz powieści Savaş. Nie bez kozery nosi ona tytuł „Antropolodzy” i została napisana przez autorkę, która sama ma dyplom z tej dziedziny. Swoistą antropolożką jest też Asya, która w lokalnym parku kręci film dokumentalny – ku rozczarowaniu babci, która miała dla niej ambitniejsze plany. („Daliśmy ci imię po całym kontynencie, a ty mi tu chcesz filmować byle park” [s.19]). Staruszka gardzi mikroobserwacjami zwykłego życia, ale jej wnuczkę to właśnie ono interesuje najbardziej. Zapisy wypowiedzi bywalców parku (rozdzialiki „W parku”) przeplatają się z rozdziałami o Manu i Asyi i stanowią dla nich ciekawy kontrapunkt. I wgląd w różne inne modele „zwykłego” życia:

„Skończyłem właśnie wieczorną przebieżkę i dalej już idę do domu, nie biegnę. Robię pięć okrążeń, ze zmienną prędkością, pięć razy w tygodniu. Mam pięćdziesiąt pięć lat i biegam w tym samym tempie co wtedy, kiedy miałem czterdzieści. Jestem z tego dumny. Biegam nawet w wyścigach. Zawsze robię to sam. Rozprasza mnie towarzystwo innych osób. Ten park jest fajny, bo mają w nim miękkie ścieżki. A stawy to u biegacza klucz. Uszkodzisz je sobie, to koniec. I trzeba też dbać o ilość białka. Żona i ja rzadko jadamy to samo, bo bardzo dbam o takie rzeczy. Nie można ich pozostawiać losowi” [s.103].

Antropologia i komunikacja

Oprócz tych migawek narratorką wszystkich innych części jest Asya. Czytelnik dostaje świat przefiltrowany przez jej świadomość i wrażliwość. Rozdziały są krótkie, a ich tytuły przypominają spis treści podręcznika do antropologii: „Zasady pokrewieństwa”, „Granice”, „Maniery przy stole”. Zacięcie naukowe odzwierciedla się również w języku, który jest spokojny i raczej płaski – narratorka zdaje nam sprawę z wydarzeń, nie odtwarza ich in vivo. Nawet o emocjach pisze z analitycznym dystansem:

„W urodziny Manu obudziłam się smutna, bo pomyślałam, że poza mną nie ma z kim świętować. W takie dni przypadkowość naszego życia uwydatniała się jeszcze bardziej. A przynajmniej tak mogło się wydawać z punktu widzenia naszych rodzin, które budziły się wtedy i wyobrażały nas sobie w tym mieście, całkowicie samotnych” [s. 152].

Przy okazji języka nie sposób nie wspomnieć o „słoniu w pokoju”, którym jest angielski. Moja intuicja – potwierdzona przez autorkę w wywiadzie z Chrisem Holmesem („Burnt by Books”) – jest taka, że Manu i Asya porozumiewają się po angielsku. O reżimie językowym książki nie wiadomo nic – ani jakie są języki ojczyste bohaterów, ani język urzędowy kraju, w którym mieszkają. Ale to, że ekspat A i ekspat B w kraju C mówią po angielsku, jak podkreśla autorka, „nie ulega wątpliwości”. Międzynarodowa, „niczyja” angielszczyzna stawia bohaterów na równi (nikt nie wyraża się w pełni swobodnie), izoluje od świata autochtonów, a przez to zbliża do siebie. No i doskonale uniwersalizuje ich doświadczenie. Po angielsku, czyli nigdzie – chciałoby się powiedzieć. Bohaterowie starają się co prawda poznać choćby pojedyncze wyrazy z ojczystego języka partnera:

„Przez lata Manu i ja nauczyliśmy się nawzajem różnych słówek i zwrotów z naszych rodzimych języków: rzeczy, które nie miały odpowiednika, które wyrażały coś zasadniczego nie tylko o naszej ojczystej mowie, ale też o nas samych. Te słowa stały się częścią naszego wspólnego idiolektu i po wyrwaniu z naturalnego środowiska nabrały jeszcze większego znaczenia” [s. 54].

Pozostaje to jednak, jak stwierdza sama Asya, anegdotyczne: „Dzielenie się językami było trochę jak wymienianie się rodzinnymi anegdotkami”. Bohaterowie, jak każda para z długim stażem, ma własny idiolekt. Jego rdzeniem jest jednak angielszczyzna.

Tłumaczka miała zadanie łatwe i niełatwe jednocześnie. Niełatwe, bo, posługując się terminem z teorii estetyki, musiała wzbudzić „zawieszenie niewiary”, czyli pisać po polsku, ale tak, żeby czytelnik tej polszczyzny nie zauważał i poddał się (silnej, choć nieeksplicytnej) sugestii, że to język angielski. W pewnym sensie przekład ułatwia jednak to, że Asya nie jest rodzimą użytkowniczką języka, w którym pisze, więc pewne zgrzyty stylistyczne przydawałyby tekstowi wiarygodności. 

Pokoleniowość

Jako tłumaczka być może zbytnio fiksuję się na kwestiach przekładowych, dałam więc książkę do przeczytania mamie. A ona tak skutecznie zawiesiła niewiarę, że o języku nie miała do powiedzenia absolutnie nic. Dłużej zatrzymała się tylko na fragmencie o wirtualnej relacji matki i córki (chciała wiedzieć, czy na moim ekranie też wygląda staro):

„Pewnego popołudnia, gdy rozmawiałam z matką na wideo, z zaskoczeniem dostrzegłam u niej oznaki starzenia się. Nachylała się do ekranu w taki sposób, że widziałam przede wszystkim jej szyję i skóra na niej wydawała się bardziej obwisła, niż gdybyśmy siedziały twarzą w twarz” [s. 126].

A skoro już mowa o lekturze autobiograficznej, mnie najbardziej przyciągały fragmenty o zbyt długim staniu na progu życia. Dwójka bliskich mi osób skoncentrowała się natomiast na trudnościach mieszkaniowych metropolii, którą jedna natychmiast rozpoznała jako Paryż, a druga jako Warszawę.

Może właśnie na tym polega siła „Antropologów”? To powieść o uniwersalnym ludzkim doświadczeniu, którą – na pohybel wykładowcom filologii – każdy może filtrować przez własną biografię i interpretować według własnych predylekcji czytelniczych. Historię dwojga początkowo obcych sobie ludzi, którzy stopniowo tworzą własne plemię i chcą zapuścić gdzieś korzenie, można traktować jako archetyp ludzkiego losu, epistemologiczną refleksję nad poznaniem drugiego albo obyczajową powieść o problemach współczesnych ekspatów. I „prozaicznym uroku” codziennego życia.

Książka:

Aysegül Savaş, „Antropolodzy”, tłum. Agnieszka Walulik, wyd. Filtry, Warszawa 2026.