
Słowo „inkwizycja” oznacza w różnych epokach i językach „badanie”, „dociekanie” albo „zapytywanie”. Może też być tożsame ze „śledzeniem”. W polszczyźnie najbliżej mu do tego ostatniego znaczenia. „Inkwizytorski ton” to coś, czego w rozmowach nikt nie lubi, jeśli ton ten kierowany jest do niego.
Wielki Inkwizytor
„Inkwizytor” jako nazwa pewnej konkretnej roli społecznej znanej z historii kojarzy nam się z reguły źle lub bardzo źle. Blisko mu do „gestapowca” albo „enkawudzisty”. Są to postacie wyłaniające się z otchłani przeszłości jako demony prześladujące i uśmiercające rzesze niewinnych ludzi tylko za to, że ośmielili się żyć w niewłaściwym dla siebie miejscu i czasie albo narazili się czymś, o czym mogli nawet nie wiedzieć. Ostatecznym podsumowaniem takiej wizji jest stworzona jeszcze w XIX wieku postać Wielkiego Inkwizytora z opowieści Iwana Karamazowa, zwiastująca dwudziestowieczny terror w naszej cywilizacji.
Błędność takiego stereotypu w odniesieniu do figury „inkwizytora” jest podobna do błędności przekonań o „mrokach średniowiecza”. Oba te przypadki „czarnego pijaru” są skutkami uznania średniowiecza i jego pozostałości w następnych wiekach za jednoznacznie negatywną odsłonę dziejów Europy. Oświeceniowcy, a po nich pozytywiści, zachwyceni własnymi osiągnięciami i projektami, tempem rozwoju nowoczesnej cywilizacji i jej świetlanymi (z ich punktu widzenia) perspektywami, mieli silną skłonność do oceniania wieków średnich jako siedliska zabobonu, ciemnoty i zastoju. Nie, żeby był to sąd całkowicie bezpodstawny, ale jednak, jak to widzimy już od dawna, był mocno przesadzony. Myśl średniowieczna jest dla większości z nas obca, lecz i ona miała poważne wyniki, niektóre z nich miały nawet wpływ na rozwój nauki nowożytnej. A osławione procesy heretyków i czarownic ani w średniowieczu, ani we wczesnej nowożytności nie zawsze prowadziły obwinionych w stronę stosu, przy którym czekał kat z płonącym polanem.
„Wieki ciemne”
Kto chciałby się przekonać, jak wyglądały instytucje i praktyki najbardziej chyba osławionej inkwizycji – hiszpańskiej – może z pożytkiem zajrzeć do znakomitego, obszernego studium Henry’ego Kamena o takim właśnie tytule „Inkwizycja hiszpańska”. Jego przekład polski ukazał się już dwadzieścia lat temu w serii ceramowskiej. Niedawno zaś wyszedł przekład jego nowego wydania, poprawionego i poszerzonego. Jest to opracowanie oparte zarówno na rozległej podstawie źródłowej, której badaniu autor poświęcił długie lata pracy, jak i na wcześniejszej literaturze przedmiotu na czele z fundamentalnymi pracami Henry’ego Charlesa Lea i Benziona Netanyahu (nota bene ojca obecnego premiera Izraela). Lektura książki Kamena wymaga wprawdzie niejakiej wytrwałości, nie jest to bowiem praca kokietująca swojego odbiorcę urokami potoczystej narracji, lecz wysiłek włożony w zapoznanie się z nią opłaci się z nawiązką. Jednym z wyraźnie widocznych celów autora jest bowiem unieważnienie starych stereotypów, o których tu wspomniałem. A właściwie nawet nie tyle unieważnienie, ile raczej ich zignorowanie, ponieważ o wytworzonej w późniejszych wiekach negatywnej wizji inkwizycji hiszpańskiej Kamen praktycznie nie wspomina. Zamiast tego od pierwszych stron umieszcza czytających wewnątrz wydarzeń, które miały miejsce naprawdę, a nie w legendzie.
Hiszpańska inkwizycja powstała dopiero pod sam koniec podręcznikowo delimitowanego średniowiecza, a jej rozwój instytucjonalny, jak wykazuje autor, miał ścisły związek z powstaniem skonsolidowanego państwa hiszpańskiego za rządów Ferdynanda Aragońskiego i Izabeli Kastylijskiej (zwanych Królami Katolickimi). Jako małżonkowie zjednoczyli oni pod swoim panowaniem dwa największe państwa feudalne Półwyspu Iberyjskiego, wysłali Kolumba na wyprawy odkrywcze oraz zakończyli kilkusetletni proces wyzwalania ziem dzisiejszej Hiszpanii spod władzy muzułmanów (czyli rekonkwistę). Poza tym wydali też dekret o wygnaniu z rządzonych przez siebie ziem wszystkich Żydów – z wyjątkiem tych, którzy zdecydowali się porzucić swoją wiarę i przejść na chrześcijaństwo.
Czy myślimy tak, jak trzeba
Ta unifikacja ziem korony hiszpańskiej, nie tylko polityczna, ale i ideologiczna (można ją też nazwać religijną albo światopoglądową), wymagała aparatu kontroli znacznie bardziej skutecznego niż dotychczas istniejące. Właśnie takie zapotrzebowanie – jak wykazuje Kamen – legło u podstaw rozwoju instytucjonalnego inkwizycji. Pytaniem fundamentalnym dla każdej władzy opierającej swój wpływ nie tylko na ścisłych procedurach administracyjnych, ale również na stanach umysłów swoich poddanych, brzmi: „czy każdy myśli tak, jak powinien”. Badanie cudzych myśli jest zadaniem trudnym, zwłaszcza wtedy, gdy niektórzy badani mają coś do ukrycia. Stąd już tylko krok do utworzenia instytucji, której naczelnym celem jest dociekanie stanów umysłów innych ludzi oraz tropienie zachodzących w nich odstępstw od linii pożądanej przez władzę. Orwellowska „policja myśli” jest najdoskonalszą realizacją tej potrzeby, ale kto wie, czy w niedalekiej przyszłości nie wyprzedzą jej narzędzia cyfrowe.
Rzucanie podejrzeń
Inkwizytorzy z XVI wieku nie dysponowali wprawdzie sztuczną inteligencją, ale ich własna, przyrodzona, wystarczała im, by poddawać badaniom (czyli inkwizycji) tysiące ludzi podejrzanych o to, że myślą nie tak, jak powinni. Byli to głównie Żydzi pozostali na ziemiach hiszpańskich i oskarżani o tajemne praktykowanie swojej wiary, protestanci – zawsze źle widziani w arcykatolickiej monarchii – oraz muzułmanie, którzy ostali się po zdobyciu Grenady (w tym także nawróceni, czyli moryskowie). W późniejszym okresie przedmiotem zainteresowania trybunałów inkwizycyjnych mógł się stać każdy, na kogo rzucono podejrzenie o nieprawomyślność, również szczery katolik. „Rzucić podejrzenie” – płynność tego określenia dobrze oddaje sprawę, jaką były procesy inkwizycyjne. Przy tak trudno uchwytnej materii, jaką są treści cudzych umysłów, otwierało się szerokie pole do popisu dla delatorów, zawistników i intrygantów. Wystarczyło mieć sąsiada, który posiadał jakieś pożądane dobra, by donieść na niego, że potajemnie oddaje się czarom albo przyjmuje u siebie heretyków. Jak zawsze w historii, dążenie władzy politycznej do czystości poglądów jej poddanych, prowadziło do licznych nadużyć ze strony tychże poddanych. Tym także żywiła się hiszpańska inkwizycja i tym zjawiskom Kamen poświęca wiele uwagi.
Należy jednak przestrzec osoby łaknące barwnych opisów mąk, jakie zadawała inkwizycja. W książce Henry’ego Kamena nie ma żadnych dramatycznych relacji o jękach bijących w niebo z płonących stosów ani o cierpieniach ofiar i ich traumach. Książka ta jest całkowicie nieafektywna. Jedynie w rozdziale dziewiątym można znaleźć garść relacji o torturach i autodafe (czyli procedurze spalenia na stosie), ale autor tonuje ich wymowę, podkreślając, że hiszpańska inkwizycja stosowała te środki raczej jako ostateczność niż jako stałą regułę funkcjonowania, ponieważ jej funkcjonariusze wiedzieli dobrze, że nadmiar srogości może się obrócić przeciwko nim samym. Gros zawartości tej syntezy to drobiazgowe opisy czynności urzędowych i problemów logistycznych, negocjowania z władzami królewskimi i prowincjonalnymi zakresu i specyfiki uprawnień trybunałów inkwizycyjnych. Od dawna wiadomo, że jedną ze zdobyczy cywilizacji jest zbiurokratyzowanie wszystkiego, nawet wiary i śmierci.
Książka:
Henry Kamen, „Inkwizycja hiszpańska”, wydanie drugie poprawione i poszerzone, tłum. Katarzyna Bażyńska-Chojnacka i Piotr Chojnacki, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2025.
