Wydawnictwo ArtRage lubi sięgać po teksty, które powinny być wydane po polsku, ale zostały przeoczone (przykład wielu tłumaczeń z literatury latynoamerykańskiej) czy są słabiej dostępne (z Thomasem Pynchonem na czele). Tak jest i z jedną z ostatnich opublikowanych przez ArtRage książek w serii „Cymelia”. Tytułowy „Termush” to luksusowy hotel-schron położony na wybrzeżu Atlantyku. Jeszcze przed katastrofą nuklearną funkcjonował jako prywatna instytucja bezpieczeństwa: miejsce, do którego można było się zapisać, opłacając wysokie składki, w zamian za gwarancję ochrony w razie globalnego konfliktu. Hotel dysponuje zapasami żywności, dostępem do wód gruntowych, personelem medycznym, systemem jaskiń-schronów oraz procedurami na wypadek skażenia.

Po zagładzie 

Sven Holm, spec od prozy poetyckiej, w tym wydaniu przełożonej z duńskiego przez Iwonę Zimnicką, proponuje tym razem prozę poetycką języka biurokracji: „Nikt z nas się nie spodziewał, że to przebiegnie tak bezboleśnie. Mam tu na myśli zarówno konkretne, jak i przenośne znaczenie tego słowa”. 

Jest to świat żałosny, gdzie melancholia może istnieć tylko w ramach protokołu: „Stan lęku i wyczekiwania minął, zastąpiła go całkowita głuchota, nietycząca uszu, lecz całego ciała, wyczerpanie czy też tkwiąca głęboko w nas słabość. Nie możemy wstać z krzesła, żeby podejść do drzwi, nie mając świadomości tej zmiany, a jednak nikt z nas nie potrafi jej określić”. 

Kiedy główny bohater-narrator próbuje się buntować, jeszcze w pierwszej części tej krótkiej książki, nie krzyczy, lecz „odnosi się negatywnie do podjętej przez dyrekcję decyzji”. Bo Holm nie interesuje się ani samym momentem zagłady, ani heroiczną walką o przetrwanie. Zamiast tego koncentruje się na tym, co dzieje się po, kiedy zagłada już się wydarzyła. Już ten punkt wyjścia wprowadza jeden z kluczowych tematów powieści: przetrwanie jest towarem, który można uzyskać w ramach logiki racjonalnej administracji. Ocalenie nie jest tu wynikiem przypadku ani solidarności społecznej, lecz skutkiem wcześniejszej decyzji finansowej. Bohaterowie „Termushu” nie są „wybrańcami”, lecz klientami. 

Powieść prowadzona jest w pierwszej osobie. Narrator – bezimienny mężczyzna, wykładowca akademicki – opisuje kolejne dni po wyjściu z podziemnych jaskiń, do których goście hotelu zostali sprowadzeni po alarmie atomowym. Jego relacja ma formę zapisu obserwacji i rozmów, pozbawionych dramatycznych uniesień. Styl Holma jest chłodny, precyzyjny, niemal kliniczny. Racjonalny typ organizacji hotelu nie oznacza jednak racjonalności wewnętrznej – mieszkańców ma cechować „lunatyczna pewność siebie”. I to ten ton ma zasadnicze znaczenie: katastrofa nie wywołuje tu eksplozji emocji, lecz stępienie, poczucie głuchoty i obojętności ciała. Świat zewnętrzny wygląda niemal normalnie. Meble wracają na swoje miejsca, reprodukcje wiszą na ścianach, ocean pozostaje taki sam jak przedtem. To właśnie ta ciągłość staje się źródłem niepokoju: „Zapłaciliśmy za dalsze życie, tak jak kiedyś płaciliśmy składkę na ubezpieczenie zdrowotne, kupiliśmy towar o nazwie «przeżycie» i zgodnie z wszelkimi istniejącymi kontraktami nikt nie może go nam odebrać ani też się go od nas domagać”.

Stagnacja

Jednym z najmocniejszych motywów powieści jest rozczarowanie skalą zniszczenia. Bohaterowie spodziewali się radykalnej przemiany rzeczywistości: krajobrazu, materii, praw fizyki. Tymczasem świat po katastrofie różni się od dawnego jedynie niewidzialnym skażeniem. Radioaktywność nie ma zapachu ani koloru, a jej skutki są odroczone w czasie. Świat po końcu nie jest szokujący. 

Holm pokazuje, że to właśnie brak widocznych znaków końca świata jest najtrudniejszy do zniesienia. Katastrofa nie spełnia oczekiwań wyobraźni. Nie przynosi oczyszczenia ani jasnej granicy między „przed” i „po”. Zamiast tego zmusza ocalałych do funkcjonowania w stanie zawieszenia. Symbolicznym momentem jest zatajenie informacji o czterech osobach, które zmarły na schodach hotelu, próbując uzyskać pomoc. Decyzja ta zostaje uzasadniona „dobrem ogółu”, spokojem psychicznym gości, koniecznością utrzymania porządku. Narrator otwarcie kwestionuje tę logikę, widząc w niej początek niebezpiecznego procesu: zamiany ochrony w paternalizm, a zarządzania kryzysem w cenzurę. Wysłanie grupy zwiadowców poza teren hotelu ma dać mieszkańcom Termushu nadzieję na kontakt z innymi ocalałymi. Zwiadowcy stają się figurą pośrednią między zamkniętym mikroświatem hotelu a zniszczonym światem zewnętrznym. 

Dyskusje wśród gości prowadzą do powstania nieformalnej frakcji, domagającej się ograniczenia pomocy obcym. Argumenty są racjonalne, chłodne, pozbawione jawnego okrucieństwa: ograniczone zasoby, konieczność ochrony własnego zdrowia, ryzyko chaosu. Holm pokazuje, jak łatwo język administracji i troski o „system” zastępuje język etyczny. Nie jest tu jednak jak w „Solaris”. U Lema również mamy do czynienia z izolacją i konfrontacją jednostek z niepoznawalnym, ale są to wciąż konkretne osoby – działające, nazwane, obdarzone indywidualnością. W powieści „Termush” człowiek redukowany jest do podmiotu prawnego, do pozycji w systemie, którą łatwo zgubić w gąszczu procedur. Język administracji zastępuje język etyczny, a chłodna, zdyscyplinowana polszczyzna przekładu tylko ten efekt wzmacnia.

Biurokratyzacja katastrofy

„Termush” jest opowieścią o racjonalnej administracji wobec zagłady i jej sile. Holm nie moralizuje, nie feruje wyroków. Zamiast tego pokazuje napięcia wewnętrzne systemu, w którym język ratio próbuje oswoić katastrofę. Hotel staje się patologiczną instytucją biurokratyczną końca świata: miejscem, gdzie procedura ma zastąpić sens, a zarządzanie – odpowiedzialność. I dlatego warto czytać tę książkę – niezależnie od tego, czy wierzy się w tezę o „ostatnim pokoleniu”, czy nie. Holm przypomina bowiem, że pytanie o koniec świata jest zawsze także pytaniem o to, jakimi instytucjami, językiem i decyzjami próbujemy go przeżyć.

„Termush” to także opowieść o prawie. W ujęciu Otto Mayera stosunek prawny prawa publicznego zaczyna się tam, gdzie znika równorzędność stron, a pojawia się relacja nadrzędności i podporządkowania. Dokładnie ten moment Holm rekonstruuje w skali mikro. Hotel-schron początkowo funkcjonuje jak klasyczna instytucja prywatna: oparta na umowie, składce i wzajemności świadczeń. Goście są klientami, a zarząd dostawcą usługi bezpieczeństwa. Jednak wraz z zagładą ta konstrukcja ulega cichej, lecz zasadniczej przemianie. Od tej chwili nie ma już miejsca na negocjacje ani na odwołanie się do kontraktu. Decyzje dyrekcji zaczynają obowiązywać jednostronnie, w imię „dobra całości”, „spokoju” i „porządku”. Goście nie tracą formalnie swojego statusu klientów, ale w praktyce zostają podporządkowani władzy, która rości sobie prawo do decydowania o dostępie do informacji, o granicach pomocy, a nawet o tym, co wolno przeżywać i czego lepiej nie wiedzieć. Prywatnoprawna relacja zostaje zastąpiona publicznoprawnym stosunkiem władzy.

Siła tej prozy polega na tym, że Holm nie pokazuje podporządkowania jako aktu gwałtu czy jawnej opresji. Przeciwnie: jest ono racjonalne, spokojne i niemal niezauważalne. Władza w Termushu nie potrzebuje przymusu, ponieważ operuje językiem administracji i troski. To klasyczny przykład tego, jak – zgodnie z logiką teorii podporządkowania – ochrona może przejść w dominację, a zarządzanie w kontrolę, bez konieczności łamania reguł, lecz właśnie poprzez ich skrupulatne stosowanie.

W tym sensie „Termush” jest opowieścią o narodzinach prawa publicznego w sytuacji granicznej: o momencie, w którym instytucja prywatna przejmuje funkcje quasipaństwowe, a jednostki zostają zredukowane do elementów systemu. Możemy tę powieść czytać także we współczesnym kontekście, bo co jeśli Termush byłby Facebookiem? Co jeśli prywatna firma zbudowałaby publiczny świat odcięty od tego rzeczywistego? Co jeśli…?

Książka:

Sven Holm, „Termush”, tłum. Iwona Zimnicka, wyd. ArtRage, Warszawa 2025.