Książka „Nirvana Express”, która ukazała się po polsku pod koniec 2025 roku nakładem wydawnictwa Bo.wiem, stawia kluczowe pytania o autorytet duchowych przewodników i granicę między autentycznym poszukiwaniem duchowości a łatwowiernością. Mick Brown opowiada o drodze Zachodu ku oświeceniu – opisuje zarówno pierwsze fascynacje Wschodem w wiktoriańskiej Anglii, ruchy kontrkulturowe lat sześćdziesiątych XX wieku, jak i współczesne skandale związane z nadużyciami w sektach.

Sylwia Góra: Ta książka jest podróżą, w trakcie której pokazujesz fascynację Zachodu kulturą Wschodu. Jaki był jej punkt zwrotny?

Mick Brown: Zawsze interesowałem się historią wschodniej duchowości. Kilka lat temu napisałem książkę zatytułowaną „Duchowy turysta”. Napisałem też kilka książek związanych z buddyzmem tybetańskim. Jedna jest o XVII Karmapie – „Taniec 17 żyć”. „Nirvana Express” rozpoczyna się natomiast w XIX wieku i kończy w latach osiemdziesiątych XX, całkiem niezwykłą postacią nazywaną Rajneesh albo Bhagwan, który jest najlepiej znany jako Osho.

Wędruję śladem ludzi, którzy są naprawdę uduchowieni, ale też śladem tych, którzy są szarlatanami. Ta książka to rodzaj społecznej narracji historycznej. W trakcie pisania odkryłem te niezwykłe, fascynujące postacie, niektóre z nich dość zaskakujące. Mam więc nadzieję, że czytanie o nich to będzie także dobra rozrywka.

Od lat mówimy, że społeczeństwa zachodnie są zsekularyzowane, ale odnoszę wrażenie, że wciąż potrzebujemy nie tyle religii, co pewnego rodzaju duchowości. Dlaczego religie wschodnie wydawały się idealną odpowiedzią dla tak wielu ludzi?

Myślę, że musimy cofnąć się do XIX wieku, aby znaleźć odpowiedź. W dziewiętnastowiecznym myśleniu panowały wielkie zawirowania. Charles Darwin, teoria ewolucji, pytania o prawdziwość nauk biblijnych lub o literalny charakter nauk biblijnych. Myślę, że już w tym czasie, a następnie na początku XX wieku, ludzie zaczynali kwestionować instytucje na Zachodzie. A potem w latach 1914–1918 mamy Wielką Wojnę. I myślę, że to naprawdę istotny punkt zwrotny. 

Kilku bohaterów, o których opowiadam w mojej książce, walczyło w Wielkiej Wojnie i wróciło bardzo rozczarowanych światem. Było także zbiorowe rozczarowanie uprzemysłowieniem, wszystkimi kwestiami związanymi z nauką, a także tęsknota za głębszym znaczeniem – oraz pragnienie, aby połączyć się w bardziej bezpośredni sposób ze źródłem duchowości. I myślę, że właśnie religie Wschodu, przede wszystkim buddyzm i hinduizm, wydają się oferować możliwość znalezienia tego źródła. 

Musimy również uwzględnić fakt, że Wielka Brytania dominuje w Indiach przez poprzednie kilka stuleci, wielu ludzi pracowało dla Kompanii Wschodnioindyjskiej, która później stała się narzędziem brytyjskiej kolonizacji Indii. Wśród tych ludzi byli oczywiście żołnierze, rzemieślnicy i inni, którzy przybyli wraz z kolonizacją. Ale byli też naukowcy, archeolodzy i ludzie zainteresowani badaniem tego, co zdobyli. I to oni pokazali przykłady hinduizmu, który w tamtym czasie był nierozumiany, a jeśli w ogóle był znany, to w dużej mierze potępiany.

Zaczynam książkę od wydarzenia z 1897 roku, kiedy indyjski jogin przyjechał do Londynu i prezentował pozycje i postawy jogi. Ludzie płacili, aby przyjść i to zobaczyć, zastanawiając się, co to w ogóle jest, dlaczego ta osoba się tak wygina. Jedno z ówczesnych czasopism opisało to nawet jako odrażającą indyjską religię. Tak więc pod koniec XIX wieku ludzie zaczęli uświadamiać sobie wschodnie nauki. Wiele osób jest oburzonych, ale są też tacy, których coś do tej religii przyciąga. A potem mamy wiek XX, szczególnie lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte, gdy znów, po drugiej wojnie światowej, pojawia się rodzaj buntu przeciwko materializmowi, jałowości społeczeństwa konsumpcyjnego. Młodzi ludzie zaczynają brać dużo narkotyków w ramach swojej rebelii przeciwko temu. Ale wraz z tym pojawia się zainteresowanie naukami i filozofią Wschodu. I rzeczywiście pojawia się idea, że narkotyki mogą zabrać cię od razu do Nirvany, która jest obiecana w naukach filozofii wschodniej. Myślę więc, że to dość skomplikowana, ale bardzo interesująca kombinacja różnych spraw.

Istnieje jednak cienka granica między religią a sektą. W obu przypadkach występuje silna osobowość, pewnego rodzaju guru. O tym także piszesz. 

W hinduizmie mówi się, że jeśli chcesz podążać drogą do oświecenia, potrzebujesz guru, który cię poprowadzi. W buddyzmie, jeśli chcesz iść ścieżką oświecenia, potrzebujesz wielkiego nauczyciela, lamy, który będzie cię prowadzić, kogoś, kto zadba o twoją duchowość. I myślę, że dla wielu ludzi to zaczęło oznaczać porzucenie własnego rozeznania i zaniżyło ich zdolności do rozróżniania, co jest prawdą, a co mistyfikacją.

Osobowość charyzmatycznego, dynamicznego nauczyciela sprawia, że bardzo łatwo tworzy się wokół niego rodzaj kultu. Myślę, że najlepiej widać to na przykładzie postaci Rajneesha, który zaczynał jako filozof, profesor filozofii na indyjskim uniwersytecie, a potem stopniowo przemieniał się w postać religijną, czy raczej quasireligijną. To był genialny człowiek, wspaniały nauczyciel, ale kilka lat później kończy w komunie w Oregonie, gdzie tworzy społeczność, w której ludzie są tak paranoiczni, że uzbrajają się, aby trzymać obcych z dala od komuny. Rajneesh stał się postacią w centrum tego wszystkiego, wydaje się bezwolny wobec sił kultury, które gromadzą się wokół niego. I nie pomaga mu w tym jego blisko sto samochodów marki Rolls-Royce oraz duża kolekcja zegarków Rolex. 

Zawsze istnieli ludzie, którzy byli gotowi wykorzystać szczere zainteresowanie życiem duchowym, ale jednocześnie nie oznacza to potępienia każdego guru i każdego lamy. W wielu przypadkach ludzie znaleźli prawdę, której szukali, właśnie w duchowości indyjskiej, w buddyzmie. I wiele osób znacznie wzbogaciło się i zmieniło swoje życie dzięki temu. 

Wspomniałeś już o jodze, która najszybciej „podbiła serca” Zachodu. Piszesz o tym w książce, ale okazuje się, że w Europie czy Stanach Zjednoczonych bardzo często traktujemy ją jako ćwiczenia fizyczne, pozbawiając duchowego wymiaru, z którym jest jednak pierwotnie ściśle powiązana.

Mam przyjaciół, którzy są bardzo poważnymi uczniami i praktykami jogi. I oni powiedzieliby, że nie da się jej naprawdę oderwać od duchowych konotacji, ale oczywiście tysiące ludzi tak robi. Ale myślę, że to też w porządku, jeśli ludzie czerpią jakieś fizyczne korzyści z jogi. Na przykład uczą się uważności, bo pewne korzyści psychologiczne i właśnie uważność wynikają po prostu z samego wykonywania ćwiczeń jogi. Nie musisz znać Patanjalego, nie musisz znać pochodzenia jogi czy tego, jakie praktyki reprezentuje.

To, co mnie interesuje, to ta wielka zmiana – joga, która wydawała się czymś dziwnym, odpychającym, jest dziś praktykowana na całym świecie. Można wejść praktycznie do każdej sali w Europie i tam będzie odbywać się lekcja jogi. To jest pewnego rodzaju normalizacja tego, co kiedyś było postrzegane jako dziwne, osobliwe, a wręcz odrażające. Moja żona chodzi na zajęcia jogi i czerpie z tego wiele korzyści. Myślę, że jeśli ludziom to pomaga, to dlaczego to krytykować? Ale jestem pewien, że są puryści, którzy powiedzieliby: naprawdę powinieneś przyjąć całą praktykę. I oczywiście joga to także dziedzina, w której także zdarzały się oszustwa. Byli ludzie, którzy dynamikę władzy, jaką nauczyciel ma nad uczniem, wykorzystywali w celach seksualnych lub finansowych. Niestety, to się zdarza w tej branży. I dlatego właśnie wraz z zainteresowaniem i ciekawością wobec tej drogi, należy zawsze stosować roztropność i sceptycyzm, bo „głupcy spieszą tam, gdzie anioły boją się stąpać”, mając nadzieję, że im się uda.

Jedną z najlepiej znanych historii fascynacji wschodnią religią jest oczywiście zespół The Beatles. Ale wielu sławnych ludzi było zafascynowanych medytacją, jogą i buddyzmem. Twoja książka zadaje także pytania o to, gdzie kończy się prawdziwe poszukiwanie oświecenia, a zaczyna się duchowy marketing i manipulacja. Jaka jest odpowiedź?

Na myśl przychodzi mi Gwyneth Paltrow jako przykład kogoś, kto podążał za trendem wellness. I kiedy Gwyneth Paltrow coś poleca, wtedy wszyscy inni też zaczynają to robić. Ale myślę, że w przypadku Beatlesów jest to bardziej złożone. Indyjski mistrz duchowy Ramana Maharishi przyjechał do Ameryki pod koniec lat pięćdziesiątych XX wieku i nauczał w bardzo małej skali, miał grupę ludzi, którzy byli jego zwolennikami. Potem przyjechał do Londynu. Osobą, która przedstawiła Maharishiego zespołowi The Beatles, była Pattie Boyd, która wówczas była związana z George’em Harrisonem. Zespół w tamtym czasie eksperymentował z narkotykami psychodelicznymi, podobnie jak wiele osób w świecie pop i w kontrkulturze. Wraz z tym pojawiło się zainteresowanie wschodnią filozofią. Istniały różne kanały, przez które to docierało.

Pattie Boyd uczestniczyła w zajęciach medytacji transcendentalnej z Maharishim, a potem powiedziała o tym George’owi, następnie pojawił się John, a w końcu wszyscy razem trafili do hotelu Hilton. Uważali, że dzięki narkotykom mieli otwarte umysły, a tu nagle ktoś mówi: „nie potrzebujesz narkotyków, wystarczy medytacja; to medytacja jest drogą do oświecenia”. I myślę, że właśnie to początkowo ich przyciągnęło. A Beatlesi byli ważni i wpływowi. Kiedy oni pojechali na Wschód, to potem każda inna grupa popowa na świecie, jak Beach Boys, Falling Lion, Donovan, zrobili tak samo. 

Myślę też, że warto zauważyć, iż ta fascynacja Wschodem zwykle dotyczy najbogatszych, słynnych ludzi, którzy w pewnym sensie mogą czuć się najbardziej pustymi. Ponieważ bogactwo i sława nie zawsze przynoszą szczęście, dlatego być może to oni najbardziej pragną jakiegoś głębszego sensu w swoim życiu. Myślę, że klasa społeczna odgrywa w tym bardzo ciekawą rolę. Jeśli spojrzymy na guru, którzy przybyli na Zachód w latach trzydziestych XX wieku, to od tego czasu ludzie, którzy się nimi zainteresowali, byli w dużej mierze wyższą klasą średnią, byli dobrze wykształceni, stosunkowo majętni, czy też była to tak zwana bohema. Nigdy nie spotkałem pracowników fabryk, robotników ani zwykłych ludzi pracujących, którzy byliby tak zaangażowani. I zawsze uważałem, że to całkiem interesujące, że poszukiwanie oświecenia na Zachodzie można postrzegać niemal jako rodzaj luksusowego przekonania. To coś, na co mogli sobie pozwolić ludzie mający czas i pieniądze.

Ważną postacią w Polsce, na przykład dla artystów tworzących grupę Oneiron w Katowicach, był Philip Kapleau. Urszula Broll, należąca do tej grupy, nie tylko czytała książki o Wschodzie, malowała mandale, ale także medytowała i praktykowała buddyzm aż do końca swojego życia. Znalazła tam coś, czego nie dostrzegała w chrześcijaństwie, które teoretycznie było jej kulturowo bliższe.

Myślę, że wiele osób jest rozczarowanych chrześcijaństwem. Katolicyzm jest państwowym wyznaniem w Polsce, anglikanizm u nas. I myślę, że już na początku XX wieku zaczęło pojawiać się rozczarowanie lub wątpliwości wobec chrześcijaństwa, a proces ten trwał przez całe dwudzieste stulecie. W miarę jak społeczeństwo stawało się bardziej świeckie, materialistyczne, konsumpcyjne, powstała wielka pustka w ludzkim życiu.

Buddyzm, którym jestem szczególnie zainteresowany, to ścieżka prowadząca do szczęścia, bez dogmatycznej wiary, to psychologiczne podejście do życia. Chrześcijaństwo to natomiast moralne podejście do życia. Dalajlama mówił o tym, ale wspominał też o wielu podobieństwach między chrześcijaństwem a buddyzmem. Bo buddyzm, oferując psychologiczne podejście do życia, niesie ze sobą także to moralne, które dotyczy współczucia, karmy. Oczywiście istnieje wiele odcieni buddyzmu i wiele różnych ścieżek w wielu różnych szkołach. Na przykład buddyzm tybetański prawdopodobnie mógłby przyciągać katolików, ponieważ jest to buddyzm, który ma zapachy, kadzidła, dzwony, rytuały. W pewnym sensie najbardziej przypomina katolicki rytuał. 

Mówimy o Indiach jako kolebce duchowości, ale zapominamy chyba o polityce, która również zmierza w niepokojącym kierunku, szczególnie po atakach terrorystycznych w stolicy Indii oraz napięciach między buddystami a muzułmanami. 

Tak, to naprawdę ciekawa uwaga. Kiedy pisałem książkę i miałem jechać spotkać się z Dalajlamą w Dharamsali, to przypadkowo leciałem tym samym samolotem co jego brat. Nie wiedziałem, że to jego brat, dopóki nie zacząłem z nim rozmawiać. Powiedział mi, że został rozpoznany jako Rinpocze. Mieliśmy bardzo ciekawą rozmowę. Powiedział: „wy, ludzie z Zachodu, musicie uważać na syndrom Shangri-La”. Zapytałem, co to za syndrom. Odpowiedział: „to wiara, że wszystko jest idealne, że buddyzm jest idealny, że wszystkie ścieżki do Boga są doskonałe. Nie są”. 

Zawsze uważałem Indie za wspaniałe źródło duchowości. I to prawda, jeśli pojedziesz do Indii, na każdym rogu znajdziesz sanktuarium, zobaczysz, że religia jest po prostu nierozerwalnie wpleciona we wszystkie aspekty życia w Indiach. Ale to nie powstrzymuje przemocy, korupcji politycznej i nie powstrzymuje wszystkich rzeczy, które się wiążą z ludzką naturą. Nie ma doskonałości. Jednym z guru, o którym chciałem pisać, był Sai Baba. Pod koniec swojego życia był uwikłany w ogromny skandal dotyczący seksualnego wykorzystywania młodych chłopców. Zanim się o tym dowiedziałem, poszedłem do jego aszramu i wcale nie uznałem go za święte miejsce. Wręcz przeciwnie, uważałem je za coś zupełnie odwrotnego. Zawsze myślałem, że najlepszym rodzajem pomnika, jaki można zbudować ku czci guru, byłoby drzewo – po prostu zasadzić drzewo i pozwolić ludziom przychodzić, siadać pod tym drzewem i medytować. Bo najniebezpieczniejszą rzeczą dla każdego guru jest posiadanie wyznawców. Ponieważ to oni stanowią potencjalne źródło korupcji, bo władza deprawuje. 

A czy dzisiaj jest miejsce dla prawdziwych duchowych nauczycieli? 

Myślę, że era guru, w sensie, o którym piszę i o którym rozmawiamy, a szczególnie ta, która zyskała na znaczeniu w latach sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych XX wieku, sprawiła, że ludzie na całym świecie stali się podejrzliwi z powodu skandali, które pojawiały się wokół wielu z tych osób.

Choć jestem pewien, że wciąż są ludzie, którzy jeżdżą do Indii i chodzą do aszramów. Wiem, że tak jest na pewno w Tiruvannamalai, gdzie znajduje się aszram Ramany Maharshiego. Zmarł wiele lat temu, ale to nadal jest miejsce, do którego przybywają poszukiwacze duchowi, żeby po prostu być w tym miejscu. Ale ludzie nie muszą jeździć do Indii, żeby znaleźć dziś guru. Wszyscy indyjscy guru są w sieci. Możesz sprawdzić ich online, kupić kurs nauk, a może, jeśli masz ochotę, iść i usiąść u ich stóp. Myślę więc, że teraz obraz jest zupełnie inny.

Nie wiem, czy potrzebujemy guru. Z pewnością potrzebujemy mądrych ludzi, ale gdzie oni są – trudno powiedzieć. Musimy znaleźć jakiś sposób, aby radzić sobie z wyzwaniami współczesnego świata. Myślę, że duchowe podejście do życia może być bardzo silnym antidotum na poczucie braku sensu.

A czy myślisz, że jesteśmy dzisiaj trochę mądrzejsi i jesteśmy w stanie zrozumieć, że aby znaleźć cel czy sens życia, nie wystarczy po prostu pojechać do Indii, niczym w filmie „Jedz, módl się, kochaj”?

Byłem w Indiach wiele razy i to nie z powodów duchowych, raczej jako dziennikarz, aby robić reportaże czy zbierać materiały do książek. Nie sądzę, że po tym, jak wysiądziesz z samolotu w Delhi, nagle promień światła spadnie na twoje czoło, odsłoni twoje trzecie oko i dostąpisz oświecenia. Możesz podróżować po całym świecie, ale wszyscy wielcy nauczyciele duchowi mówili, że musisz patrzeć w głąb siebie i musisz zadać sobie pytanie: kim jestem? 

Nie musisz jechać do Indii, żeby zadać to pytanie, możesz to zrobić, siedząc w biurze, w pracy, na przykład możesz usiąść i medytować przez godzinę. Zadając pytanie: „kim jestem?”, chodzi o to, jaka jest twoja relacja ze światem, z rzeczami wokół ciebie, z ludźmi. Choć oczywiście zachęcam, żeby jechać do Indii, bo to fantastyczne, najbardziej interesujące i szalone miejsce na Ziemi. Na pewno przeżyjesz tam przygodę życia, możesz też znaleźć guru. Sam najwięcej czasu spędziłem w Dharamsali, gdzie jest Dalajlama i społeczność tybetańska. Ale całe Indie są wspaniałe i uczą cię wiele o sobie samym, ale nie przez to, że jakiś nauczyciel mówi ci coś o tobie, ale po prostu przez to, w jaki sposób reagujesz na szaleństwo tego kraju, jak uczysz się dużo o cierpliwości i tolerancji.

Książka: 

Mick Brown, „Nirvana Express. Mistycy, oszuści i poszukiwacze oświecenia”, tłum. Barbara Gutowska-Nowak, wyd. Bo.wiem, Kraków 2025.