
Pokolenie wielkiej zmiany
„Prywatne rewolucje. Dorastanie w nowych Chinach” to reportaż intymny, w którym śledzimy losy czterech dziewcząt, a później młodych kobiet urodzonych mniej więcej w tym samym czasie, pod koniec lat osiemdziesiątych lub na początku dziewięćdziesiątych. Ich dzieciństwo przypadło na okres, w którym Chiny otwarły się na zagraniczne rynki, a w kraju rozpanoszył się rozbuchany, coraz bardziej drapieżny kapitalizm. W połączeniu z autorytaryzmem chińskiego rządu sprawił on – i wciąż sprawia – że egzystencja milionów ludzi stała się bardzo niestabilna, ich wybory życiowe (o ile „wybór” jest tu w ogóle właściwym słowem) zaczęły być dyktowane prawami rynku i zakazami władz, a perspektywy ogromnej części społeczeństwa znacznie się zawęziły. Siyue, June, Leiya i Sam, kobiety, których historie opisuje Yang, najpierw oglądały te zmiany oczyma dzieci, a później na własnej skórze doświadczyły ich skutków.
Siyue od najwcześniejszych lat nie odnajduje się w szkole i może właśnie dlatego, po wielu przeprawach z systemem edukacji na każdym jego poziomie, świetnie sprawdza się jako pedagożka próbująca nagiąć sztywne nastawienie społeczeństwa do zdobywania wiedzy. June pochodzi z wioski oddalonej od najbliższej szkoły o kilka godzin marszu, jednak inaczej niż większość rówieśników kontynuuje naukę dzięki inspirującemu spotkaniu z przyjezdną nauczycielką. Po przeprowadzce do wielkiego miasta próbuje swoich sił w korporacyjnym świecie. Leiya już jako nastolatka nielegalnie zatrudnia się w fabryce, później angażuje się w oddolne działania na rzecz poprawy sytuacji pracowników i pracownic, a po urodzeniu córki zwraca także uwagę na kłopoty, z jakimi mierzą się matki. Rodzina Sam należy do klasy średniej, a dziewczyna długo pozostaje nieświadoma skali nierówności w swoim mieście i kraju. Jako studentka socjologii doznaje przebudzenia politycznego, które kieruje ją na drogę aktywizmu, ten zaś w Chińskiej Republice Ludowej bywa niebezpieczny. Każda toczy własne boje, choć często stawiają czoła tym samym problemom, takim jak rozłąka rodzin wymuszona sytuacją finansową czy obostrzenia związane z brakiem wielkomiejskiego hukou, czyli meldunku. Z tego powodu bohaterki w pewnych momentach zaczynają nam się mylić, co z kolei pokazuje, że ich historie stanowią reprezentatywną próbkę doświadczenia pokoleniowego.
Reportaż w kształcie powieści
„Prywatne rewolucje” złożone są z przeplatających się rozdziałów poświęconych czterem głównym bohaterkom. Losy każdej z nich śledzimy w porządku chronologicznym, opisane jakby przez trzecioosobowego narratora, który podobnie jak w fikcyjnych fabułach ma dostęp nie tylko do faktów, ale też do myśli i uczuć protagonistek. Nic dziwi zatem, że wiele czytelników i czytelniczek przyrównuje tę książkę do powieści, choć to strukturalne podobieństwo bywa różnie oceniane. Część osób – do której i ja się zaliczam – uważa, że taka forma sprzyja lekturze, pozwala zaangażować się w wydarzenia, a jednocześnie zmusza nas, byśmy patrzyli na nie oczyma bohaterek, z poziomu codziennego życia, a nie z wyżyn obserwatorów i obserwatorek, socjologów, antropolożek, historyków, działaczek i innych znawców.
Wprawdzie trzecioosobowa narratorka zręcznie wplata w tekst wyniki rozmaitych badań i analiz, ale dopiero wówczas, gdy życie bohaterki zaprowadzi nas w miejsce, w którym okażą się one istotne. Innymi słowy, to doświadczenia Siyue, June, Leiyi i Sam nadają strukturę książce i hierarchizują poruszane w niej tematy. Tu pojawia się pierwszy z przytaczanych czasem zarzutów wobec pracy Yang, a mianowicie, że ukazany w niej obraz Chin jest zbyt rozczłonkowany, chaotyczny i niekompletny. Ja jednak jestem zdania, że pisarka doskonale wywiązuje się z obietnicy zawartej w tytule. Ukazane przez nią rewolucje są prywatne i choć na każdym kroku potwierdza się dobrze znana maksyma, że wszystko, co prywatne, jest również polityczne, to punktem wyjścia i pryzmatem, przez który patrzymy na szerszy zakres zjawisk, pozostaje indywidualne doświadczenie, osobista droga.
Bildungsroman
To zresztą metafora, która nieodmiennie przychodzi mi do głowy, gdy myślę o lekturze tej książki: jest jak podróż, a może cztery odrębne podróże, które odbywamy z rozmówczyniami Yang. Wyobraźmy sobie, że z każdą z nich jedziemy pociągiem. Opowiadają nam swoje historie, a za oknem migają nam Chiny, ich różnorodne krajobrazy, widziani w przelocie mieszkańcy. W końcu na którejś stacji nasza towarzyszka wysiada, by dalej żyć swoim życiem. Dla nas opowieść się urywa. Pociąg stoi, a my zostajemy z jaskrawymi powidokami, które rozbłyskują nam pod powiekami. Czy zobaczyliśmy cały kraj? Oczywiście, że nie. Widzieliśmy jednak urywki, które nabrały więcej sensu, objaśnione słowami kogoś, kto się wśród nich wychowywał.
Druga część złożonej przez Yang obietnicy zawiera się w słowie „dorastanie”. Im młodsi jesteśmy, tym mniejszy jest także nasz świat, zakres tego, co jesteśmy w stanie pojąć. Początkowo bohaterki mierzą się z lokalnymi, rodzinnymi lub osobistymi problemami. Potem – w takim czy innym sensie, choć zazwyczaj całkiem dosłownie – wyruszają w wielki świat. Nawiązują znajomości. Uczą się, obserwują, odnoszą sukcesy, doznają krzywd i rozczarowań. Słuchają cudzych opowieści, zauważają zjawiska, sytuują się w sieciach powiązań, wyciągają wnioski. Książka dorasta razem z nimi. Stopniowo przechodzi od szczegółu do ogółu, coraz więcej miejsca poświęcając nie tylko jednostkowym zmaganiom, ale też grupom, wspólnotom, społecznościom. Mogą to być na przykład osoby zatrudniane w fabrykach, pracujące matki borykające się z kwestią opieki nad dziećmi czy uczennice i uczniowie uwięzieni w antyrównościowym systemie szkolnictwa. Im dalej czytamy i im starsze stają się rozmówczynie Yang, tym dalej sięga nasz wzrok. A zatem, jeśli „Prywatne rewolucje” naśladują powieść, to właśnie Bildungsroman.
Zbliżona do beletrystyki forma ściągnęła na głowę autorki jeszcze jeden zarzut: niektórzy narzekają, że jej książkę czytałoby się jak literaturę piękną, gdyby nie przezroczysty, sprawozdawczy styl. Także i to zastrzeżenie przytaczam po to, by się z nim nie zgodzić. Yang pisze umiejętnie, rzeczowo i bezpretensjonalnie – i tak samo tłumaczy ją na polski Dorota Konowrocka-Sawa. Można się domyślać, że pozostaje blisko materiałów źródłowych dostarczonych jej przez bohaterki. Odbieram to jako wyraz rzetelności i szacunku. Troskę o to, by uczciwie obejść się z cudzą historią, nie przerabiając jej na własną modłę. Mam poczucie, że gdyby Yang chciała eksperymentować z oryginalnym, ozdobnym stylem, powinna w tym celu wymyślić własną fabułę. Tymczasem postarała się, by na pierwszy plan wysuwał się nie język opisu, lecz to, co opisuje.
Dziękuję, choć nie powiem komu
W czasach, kiedy tak łatwo o fake newsy i przekłamania, przed którymi nie ustrzegła się także literatura faktu, warto wyrobić sobie nawyk zdrowego niedowierzania autorom. Jeden ze sposobów, dzięki którym dodają wiarygodności swoim książkom, to powoływanie się na godne zaufania, powszechnie dostępne źródła. Tymczasem w reportażu Yang nie ma przypisów, które informowałyby o tym, skąd zaczerpnęła przytaczane fakty i dane liczbowe. Na pierwszy rzut oka wydaje się to niepokojące, trzeba jednak uświadomić sobie, w jakich warunkach powstawała książka. Wiele mówiące fragmenty znajdziemy w podziękowaniach kierowanych przez pisarkę do „dziesiątek osób, z którymi rozmawiałam, a które mimo ryzyka przedstawiły mi swoje relacje”, jak również do „wielu działaczy, dziennikarzy i naukowców z Chin, od których tak wiele się nauczyłam, a których nazwisk nie mogę podać”.
Znane z nieprzejednanych represji i surowej cenzury chińskie władze chętnie rozprawiłyby się z jednostkami i instytucjami będącymi źródłem kompromitujących informacji, którymi dzieli się z czytelnikami Yang, wobec czego jedynym rozwiązaniem stają się anonimizacja i milczenie. Nam zaś pozostaje ufać, że zaprezentowane dane są zgodne z rzeczywistością. Jedno jest pewne: lepiej wierzyć reportażystom niż oficjalnej chińskiej propagandzie.
Ponieważ Yang jest jedyną pośredniczką między czytelnikiem a swoimi tajemniczymi źródłami, tym ważniejsza stała się dla mnie jej postać i tym bardziej chciałam – na tyle, na ile to możliwe – zbadać jej wiarygodność jako dziennikarki, poznać jej motywacje, sposoby pracy i obeznanie z tematem. Autorka rozpoczyna książkę od przedmowy, w której dzieli się historią swojej rodziny i emigracji do Wielkiej Brytanii, opowiada o swoich związkach z Chinami, o tym, jak stopniowo zyskiwała wiedzę na temat tego, jak wygląda życie jej rówieśniczek w kraju pochodzenia, wreszcie tłumaczy, dlaczego zdecydowała się napisać reportaż. To niewiele, lecz na tych kilkunastu stronach Yang zdołała przekonać mnie, że ma wystarczające kwalifikacje, by opowiedzieć o Chinach coś ważnego i prawdziwego.
Globalna Północ spotyka globalne Południe
Warto zresztą zaznaczyć, że obserwacje i wnioski wynikające z reportażu Yang są znacznie bardziej uniwersalne, niż mogłoby się wydawać. Jak pisze sama autorka:
„Rozmaitość poziomów rozwoju gospodarczego w samych Chinach sprawia, że problemy tego kraju odzwierciedlają problemy całego świata, choć w mniejszej skali. Przepaść dzieląca tu wieś od miasta pogłębiła się na tyle, że metropolie dobrze ilustrują problemy globalnej Północy, natomiast wioski trapione są wciąż bolączkami globalnego Południa. Choć i w zamożnych gospodarkach, takich jak amerykańska czy brytyjska, wyraźniej zarysowała się dychotomia dwóch światów: zwycięzców i przegranych” [s. 24].
Reportaż chińsko-brytyjskiej pisarki jest więc także w pewnym sensie portretem innej, wszechogarniającej rewolucji i raportem dotyczącym niepokojących ogólnoświatowych trendów. Wskazuje na wzrost nierówności, pogłębiającą się przepaść w dostępie poszczególnych grup do dóbr materialnych i niematerialnych oraz przysługujących im przywilejów, a także spadek mobilności społecznej, która w obowiązującej kapitalistycznej narracji pełni rolę marchewki zachęcającej do starań i poświęceń w imię awansu majaczącego rzekomo na horyzoncie.
W Chinach, ze względu na despotyzm i brutalność aparatu państwowego i zupełny brak regulacji w niektórych obszarach, zjawiska te wydają się wyjątkowo jaskrawe. Jednak, jak słusznie zauważa Yang w cytowanym fragmencie, nie znaczy to wcale, że podobna dynamika nie zarysowuje się także w demokratycznych i z pozoru bardziej praworządnych społeczeństwach. W tym sensie „Prywatne rewolucje” dotykają problemów, z którymi mniej lub bardziej świadomie mierzy się każdy i każda z nas.
Uciekając przed porażką
W świetle poprzedniego akapitu pytanie, które zadałam we wstępie, wydaje się niewłaściwe. Czy można powiedzieć, że bohaterki odniosły zwycięstwo? Ich historie to raczej seria pomniejszych zwycięstw, swoistych antyklęsk, dzięki którym raz po raz wybraniają się przed dołączeniem do grona przegranych. Ta książka jest o tym, że dopóki nie nastąpi rewolucja na większą skalę – rewolucja w sposobie myślenia, rządzenia i dysponowania zasobami – dopóty coraz większe rzesze ludzi będą zmuszone podejmować rewolucyjne wysiłki nie po to, by z pucybutów stać się milionerami, i nie po to, by rozsadzić system od środka, ale by zapewnić sobie przyzwoite warunki bytowania lub zwyczajnie przetrwać. Czytając, warto podziwiać wytrwałość, przedsiębiorczość i niezłomność, z jaką cztery młode Chinki walczą o siebie i swoich bliskich. Warto też wyobrazić sobie świat, w którym walczyłyby mniej albo wcale.
Książka:
Yuan Yang, „Prywatne rewolucje. Dorastanie w nowych Chinach”, tłum. Dorota Konowrocka-Sawa, wyd. W.A.B., Warszawa 2025.