Trochę wbrew sobie zabieram głos w sprawie dwóch tekstów o antysemityzmie, autorstwa Ludwiki Włodek i Marka Matusiaka, które otwierają 897. numer „Kultury Liberalnej”. Wicenaczelna „Kultury Liberalnej” Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin zachęca wprawdzie we wstępniaku do lektury i refleksji nad nimi, ale gdyby redakcja była zainteresowana moją w tej sprawie refleksją, to by się przecież o nią zwróciła wprost.
Tyle tylko, że redaktor Kalukin przypomina, że „latem ubiegłego roku «Kultura Liberalna» została publicznie oskarżona o to, że jawnie wspiera ludobójstwo w Gazie. Dlaczego? Bo publikujemy teksty Konstantego Geberta, których argumentacji nie podzielał autor tego oskarżenia. Zaznaczmy, choć powinno to być oczywiste, że nie były to teksty popierające czy negujące zbrodnie Izraela. Tłumaczyły ich genezę, ustawiały ją w perspektywie dla niektórych polemistów nieakceptowalnej – ale nie popierały zbrodni Izraela”. Słowem, moje wypowiedzi przysporzyły kłopotów redakcji, która życzliwie mnie przygarnęła po moim odejściu z „Gazety Wyborczej”, a teraz spotyka się z krytyką w związku tym, że w ogóle mnie publikuje.
Rzecz jednak w tym, że ja istotnie nie zgadzam się z poglądem, jakoby Izrael popełnił w Gazie ludobójstwo, co w oczach wielu polemistów jest negowaniem zbrodni, a wojnę w Gazie uważam za uzasadnioną, co jest przedstawiane jako poparcie dla zbrodni. Pisałem o tym wielokrotnie: można by sobie hipotetycznie wyobrazić, że zaatakowany przez Hamas Izrael nie odpowiedział zbrojnie, ze względu na nieuchronną wówczas dużą liczbę ofiar cywilnych. Ale w sytuacji, gdy przywódcy Hamasu zapowiedzieli następne ataki, taka powściągliwość oznaczałaby, że Izrael bardziej chroni cywili wroga niż własnych, i byłaby wręcz zachętą dla następnych rzezi. Kontratak Izraela był uzasadniony, ofiary cywilne nieuchronne, a ich duża liczba wynikała z tego, że Hamas nie tylko odmawiał cywilom możliwości schronienia w wybudowanych dla celów organizacji tunelach, ale wręcz sam używał ich jako żywych tarcz. Z czasem jednak zadeklarowany cel wojny – zniszczenie Hamasu – stawał się coraz trudniejszy do zrealizowania, co podawało w wątpliwość zasadność dalszego jej prowadzenia.
Wydaje się zarazem niewątpliwe, że tocząc tę wojnę, Izrael popełnił zbrodnie wojenne, i zapewne też przeciw ludzkości – ale nie o to chodzi moim polemistom, a także tym krytykom Izraela, którzy uważają państwo żydowskie za wcielenie wszelkiego zła.
Boję się, że redaktor Skrzydłowska-Kalukin sama teraz może zostać uznana za „wspólniczkę” tego państwa i tych, którzy, jak ja, są oskarżani o jego „wychwalanie”. Pisze zresztą, że „wystarczy otworzyć dowolną sekcję komentarzy pod materiałem o Izraelu”, by przekonać się, „że antysemityzm pozostaje realnym i groźnym zjawiskiem”. Istotnie – wystarczyło przeczytać komentarze pod jej wstępniakiem i pozostałymi dwoma artykułami, zwłaszcza tym autorstwa Marka Matusiaka. Jest to wszelako zajęcie dla ludzi o bardzo odpornym żołądku.
Debata w obliczu paniki moralnej
Drugim powodem, dla którego niechętnie zabieram głos, jest świadomość, że w obliczu paniki moralnej racjonalna debata jest raczej bezsilna. Trudno było na przykład racjonalnie debatować z tymi, którzy po wejściu Polski do Unii Europejskiej, a przed wyjściem zeń Zjednoczonego Królestwa, ostrzegali, że „polskie dzikusy” zjadają łabędzie z angielskich stawów. Podobnie trudno było racjonalnie toczyć spór z tymi w Polsce, którzy w dziesięć lat później ostrzegali Polaków przed inwazją muzułmańskich uchodźców, którzy przybywają gwałcić polskie kobiety. I to niezależnie od tego, że bywa, iż imigranci popełniają przestępstwa i zbrodnie, a ich integracja w nowym kraju jest zawsze trudna.
Nie inaczej jest z obecną moralną paniką w kwestii Izraela, zrównywanego dziś w zbrodniczości z III Rzeszą – co sprawia, że szereg osób, które skomentowały teksty z tego numeru w mediach społecznościowych, ogłosił z dumą, że są antysemitami i że jest to „jedyna moralnie słuszna postawa”. Redakcja tego samego dnia usunęła kilkaset podobnych wpisów.
Ta gloryfikacja antysemityzmu ma realne przełożenie na rzeczywistość społeczną. Jak wynika z badań przeprowadzonych w Wielkiej Brytanii przez Związek Studentów Żydowskich, 20 procent brytyjskich studentów wszystkich wyznań nie chciałoby mieszkać z Żydówką czy Żydem – niekoniecznie nawet zapewne z własnego antysemityzmu, ale dlatego, że to może być niebezpieczne, zważywszy na antysemityzm innych. 23 procent było świadkami atakowania Żydów z powodu ich żydostwa, niemal połowa słyszała usprawiedliwienia dla ataku Hamasu czy wypowiedzi Hamas wychwalające.
Nie znam podobnych współczesnych polskich badań, ale już w 2009 roku jedynie 29 procent polskich uczniów deklarowało, że chcieliby siedzieć w jednej ławce z Żydem – co uznano wówczas zresztą za dowód słabnących uprzedzeń. Zaś wydarzenia choćby tego tylko roku, w którym dokonano lub usiłowano dokonać zamachów na synagogi i szkoły żydowskie w Norwegii, Belgii, Holandii, Francji, Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, pokazują, że groźby nie kończą się tylko na słowach.
Przyzwolenie na przemoc wobec Żydów rośnie
Ryzykując oburzenie czytelników za powtarzanie oczywistości, muszę zastrzec, że ewentualne usprawiedliwianie tych zamachów słusznym jakoby oburzeniem na politykę Izraela oznaczałoby poparcie dla podpalania meczetów przez tych, którzy nie godzą się na nienawistną ideologię i zbrodnicze czyny Hamasu. Zaś bicie Żydów w proteście przeciwko polityce Izraela (aprobuje to 15 procent badanych Włochów) oznacza zgodę na bicie Polaków przez tych, którzy uważaliby, na przykład, że Polska za mało wspiera Ukrainę. Albo za dużo.
Ta rzeczywistość jest jednak w publikowanych artykułach całkowicie nieobecna. Ludwika Włodek zauważa za to całkiem słusznie, że w okresie PRL istniało wśród inteligencji wobec Żydów i Izraela pozytywne uprzedzenie, czyli postawa życzliwa wobec jakiejś grupy – w tym przypadku Żydów – tylko z racji ich tożsamości. Sprawiało to na przykład, że obiektywne relacje o prześladowaniach i dyskryminacji Palestyńczyków z trudem docierały do opinii publicznej, co krzywdziło Palestyńczyków i wypaczało obraz Izraela.
Włodek słusznie uważa to za nieakceptowalne i stwierdza: „Nigdy i nigdzie nie powiedziałam ani nie napisałam, że jestem za wygnaniem Żydów z Bliskiego Wschodu. Atak z 7 października nazywam atakiem terrorystycznym. A mimo to ludzie, którzy mnie znają, u których bywałam w domu albo z których dziećmi się przyjaźnię, nazywają mnie antysemitką i obrończynią Hamasu”.
Brak świadomości zagrożenia
To pozytywne uprzedzenie wobec Żydów było w Polsce, podobnie jak w reszcie Europy, reakcją na Zagładę i na antysemityzm, który ją umożliwił. W PRL dochodził do tego jeszcze fakt, że cały blok sowiecki poparł w 1967 roku koalicję arabską, która pragnęła zepchnąć Izrael do morza, a w PRL dodatkowo – protest wobec marcowej nagonki. „Gdyby nie Marzec, «Solidarność» byłaby antysemicka”, mawiał Jacek Kuroń, pomny nienawiści wobec Żydów, która się ujawniła podczas antystalinowskiego buntu w 1956 roku. Wszystko to nie oznacza, że uprzedzenie to należałoby utrzymać. Ale winniśmy pamiętać, że było ono polską i europejską reakcją na antysemickie postawy i czyny Polaków i innych Europejczyków, mającą udaremnić ich nawrót.
Jeśli – zasadnie – odrzucamy dziś to uprzedzenie, by móc poznać sytuację Palestyńczyków i potępić ich dyskryminację, winniśmy trwać przy potępieniu antysemityzmu, właśnie ze względu na ryzyko nawrotu. Nie inaczej postępujemy, gdy – potępiając morderczą ideologię i czyny Hamasu – dbamy o to, by nie karmić tym potępieniem islamofobii. Nic jednak w obu tekstach nie sugeruje, by ich autorzy byli świadomi zagrożenia. Zaś lektura komentarzy pod nimi pozwala się przekonać, czy istotnie nie ma się już czego bać.
Z kolei Marek Matusiak analizuje instrumentalne wykorzystywanie przez rząd Benjamina Netanjahu oskarżeń o antysemityzm, które sprawiło, jak głosi tytuł jego tekstu, że „antysemitą dziś może być każdy”.
Autor twierdzi, że użycie tego określenia jest czysto arbitralne i podyktowane jedynie politycznym interesem. Jego identyfikacja i opis tego haniebnego zjawiska są jak najbardziej rzeczowe i na miejscu, zwłaszcza że – na co zwraca uwagę autor – rząd ten nie ma zahamowań przed zbliżeniem nawet z europejską skrajną prawicą o antysemickiej proweniencji, jeżeli tylko wyraża ona poparcie dla jego polityki. Ale autor pomija fakt, że antysemityzm jednak istnieje, niezależnie od manipulacji Netanjahu. Podobnie jak istnieje antypolonizm, niezależnie od politycznego nadużywania tego pojęcia przez rządy PiS-u (i niezależnie od zasadniczych różnic w naturze obu zjawisk).
Zgoda: krytykowanie autorów za to, czego w ich tekstach nie ma, jest często zajęciem dość jałowym, bo tekst nie może być o wszystkim. Ale dwugłos o współczesnym antysemityzmie, w którym zwraca się uwagę jedynie na uprzedzenia i manipulacje z tym terminem związane, jest jednak czymś zdumiewającym.
Odwrócenie sytuacji
Nie sądzę, by autorzy przypuszczali, że antysemityzm poza tymi zabiegami nie istnieje, czy też istnieje jedynie w sposób niegroźny. Ale piszą o nim tak, jak się pisze czasem o mizoginii, zwracając uwagę jedynie na – rzeczywiste i godne wypunktowania – nadużycia związane z oskarżeniem o to uprzedzenie, a pomijając całkowicie rzeczywistość systemowej dyskryminacji kobiet. Odwracając sytuację, równie błędne byłoby, gdyby w dwugłosie o społecznym potępieniu polityki Izraela skupić się jedynie na – całkowicie skądinąd realnej – antysemickiej motywacji części tego potępienia, pomijając całkowicie fakt, że jest przecież też co potępiać.
Moją krytykę budzi jednak też coś, co jest w obu tekstach mocno i stronniczo obecne: niewłaściwa kwalifikacja użytych w nich stwierdzeń. Włodek stwierdza: „Tak, uważam, że 7 października 2023 roku mieliśmy do czynienia z atakiem terrorystycznym. Jednocześnie jednak nie można zaczynać omawiania relacji izraelsko-palestyńskich od tego ataku, ignorując wszystko, co było wcześniej”. Następnie podaje skrótowo szereg historycznych czynników charakteryzujących te relacje, zwracając uwagę na politykę izraelską wobec Palestyńczyków, a także na wzrost antysemityzmu. A potem dodaje: „Jednocześnie nie uważam, żeby rozwiązaniem wszystkich problemów była likwidacja państwa Izrael i wygnanie jego mieszkańców z Bliskiego Wschodu”. Ma to zapewne dowodzić bezstronności jej poglądów. Rzecz w tym jednak, że stwierdzenia, iż Hamas popełnił atak terrorystyczny, a Izrael ma prawo do istnienia, nie są poglądami, lecz stwierdzeniami faktu. Mówiąc, że się tak „uważa” sugeruje się zarazem, że pogląd przeciwny jest wprawdzie dopuszczalny, ale mylny. Można uważać, że Hamas działał na polecenie Iranu albo na własną rękę, lub że Jerozolima winna pozostać niepodzielna lub podzielona: są tu argumenty za i przeciw. Ale zdanie, że ktoś „uważa”, że Izrael nie powinien zostać zlikwidowany, brzmi podobnie jak stwierdzenie: „uważam, że Polska nie powinna zostać wykreślona z mapy Europy”.
Pominięcie kontekstu
Podobne naruszenia logiki dyskursu, choć w przeciwnym kierunku, popełnia Matusiak, gdy mówi o „ludobójczej wojnie w Gazie”, przedstawiając swój pogląd w tej sprawie jako ustalony fakt. Podobnie jest z twierdzeniem, że „dla Izraela europejskie partie prawicowe są zwyczajnie użyteczne: kontrują głosy wobec tego państwa krytyczne – tym gorliwiej, im bardziej zabagnioną mają przeszłość. A tam gdzie mogą, blokują niekorzystne dla niego decyzje na forum UE (regularnie robi to na przykład Fidesz), zamiast o prawach człowieka i prawie międzynarodowym chętniej rozmawiać będą o zagrożeniach związanych z muzułmańską imigracją. Wreszcie – są bardzo zainteresowane taką definicją antysemityzmu, w której głównym kryterium jest stosunek do aktualnej polityki Izraela, a nie na przykład do czarnych kart europejskiej historii”.
Być może jest to prawdą, ale autor nie przedstawia żadnych dowodów.
Autor zresztą dwukrotnie myli się co do faktów, jak wówczas, gdy twierdzi, że Izrael „regularnie określa ONZ mianem «terrorystycznej organizacji»”. Autor nie przytacza cytatów, więc trudno określić, o co mu chodzi. Istnieje jedna rezolucja Knesetu, określająca tak jedynie UNRWA, która zatrudniała hamasowskich terrorystów, a jej obiekty w Gazie były wykorzystywane jako przykrywka dla struktur Hamasu. Na przykład baza serwerów Hamasu mieściła się w podziemiach głównej siedziby UNRWA w Gazie i była podłączona do jej sieci elektrycznej. Trudno się dziwić wrogiej reakcji Izraela na takie poczynania, i to nie Izrael winien się tłumaczyć. Jest też jedna wypowiedź izraelskiego ambasadora przy ONZ, który istotnie nazwał ONZ „tworem terrorystycznym”, ale potem wyjaśnił, że chodzi mu o agendy współpracujące z Hamasem, jak UNRWA, czy z Hezbollahem. Trochę to mało jak na „regularne określanie”.
Podobnie Matusiak wprowadza w błąd, twierdząc, że opozycyjny polityk i były premier Jair Lapid stwierdził, że Izrael „posiada historyczne prawo do całości biblijnej Ziemi Izraela (obejmującej nie tylko izraelskie terytorium państwowe, ale także Zachodni Brzeg Jordanu, Strefę Gazy, a także części terytorium Egiptu, Libanu, Syrii i Jordanii)”. W rzeczywistości Biblia zawiera różne, sprzeczne ze sobą opisy przyszłego zasięgu Ziemi Izraela (na przykład Rdz 15,18 i Wj 23,31), co dość jednoznacznie wskazuje, że nie chodzi tu o granice państwowe w sensie współczesnym. Opis terytorialny podany przez Matusiaka, a nie pochodzący z wypowiedzi Lapida, to poszerzająca interpretacja jednego z nich. Za to Lapid istotnie powołuje się na mandat biblijny, nie odnosząc się do zawartych w nim sprzecznych granic, i opowiada się za tym, by Izrael był „dużym, rozległym i silnym krajem”. Można to uznać za poparcie dla programu „Wielkiego Izraela”, a polityk odpowiada za to, jak jego słowa mogą być interpretowane. Ale komentatorzy winni przynajmniej odnotować, że przemawiając na forum ONZ w 2022 roku jako premier, Lapid opowiedział się za rozwiązaniem dwupaństwowym i z tego stanowiska się nigdy nie wycofał.
Wrażliwość na krzywdę to naturalny i dobry odruch. Ale co dalej?
Najbardziej jednak moralnie ryzykownym jest wątek, który z tekstu Włodek wydobyła Skrzydłowska-Kalukin. Obrona Palestyńczyków – pisze wicenaczelna „KL” – „często bierze się z wrażliwości na krzywdę słabszych i prześladowanych. A ta wrażliwość bywa dziś nazywana antysemityzmem”. To stwierdzenie istotnie, jeśli byłoby prawdziwe, kompromitowałoby wszelką walkę z antysemityzmem, bo cóż może być moralnie bardziej słusznego niż wrażliwość na krzywdę?
Rzecz w tym jednak, że wrażliwość na krzywdę powinna być punktem wyjścia wszelkiej refleksji nad konfliktem – ale ta refleksja nie może się na owej wrażliwości kończyć. Należy się cieszyć, że kadry ze zbombardowanej Gazy budzą odruch automatycznej solidarność z ofiarami tych zniszczeń, a nie z ich sprawcami – inna reakcja byłaby niezrozumiała. Ale taką samą odruchową solidarność winny budzić kadry nie tylko z polskich czy angielskich miast zburzonych podczas drugiej wojny, ale także z miast niemieckich, zburzonych przez alianckie naloty.
Odruch mówi, że wojna jest zła – i trudno się z tym spierać. Ale jeśli chcemy wyjść poza odruch, to musimy się w każdym wypadku zastanowić, dlaczego tak się stało, czy były inne sposoby postępowania i jakie racje stały za stronami. Refleksja taka niekoniecznie zaprowadzi wszystkich do tych samych wniosków, ale pozwoli przełamać manichejski schemat. Dziś schemat ten służy do uprawomocnienia bezwarunkowego moralnego, a w konsekwencji politycznego i prawnego potępienia Izraela.
Granice potępienia
Potępienie takie, co wiemy z innych przykładów moralnej paniki, obejmuje stopniowo nie tylko rzeczywistych czy domniemanych sprawców czynów, które są potępiane, ale także wszystkich tych, którzy by się do tego potępienia nie przyłączyli. Od rządu Izraela, niezależnie od przyczyn jego działań, poprzez wszystkich Izraelczyków, po wszystkich Żydów – chyba że na czas się odetną.
Istotna część zwolenników tego potępienia zarzeka się, że nie są antysemitami, bo „Semitami” są też Arabowie. To tak, jakby uważać, że antykomunizm to ruch przeciwników komunii. Albo że godzą nie w Żydów – tylko w syjonistów. Jako ktoś, kto wyleciał z liceum po marcu za „syjonistyczne pochodzenie”, czuję się tym mało przekonany.
To wszystko są dla zrozumienia współczesnego antysemityzmu kluczowe kwestie. Z artykułów zamieszczonych w tym numerze „Kultury Liberalnej” czytelnik się tego nie dowie.