Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Słysząc > Mozart chlapany. „Idomeneo”...

Mozart chlapany. „Idomeneo” na basenie

Jarosław Kuisz

Na czterech kolumnach, wspierających bladą kopułę potężnej budowli, czają się olbrzymie zwierzęta: jaszczurka, rak, wąż oraz żółw. Dokoła - jajowate okna, falujące poręcze, drewno zaciskane w owal, asymetryczne latarnie.

Czego to nie wyprawiali zdegenerowani artyści, by rówieśnicy wychowanka Törlessa przeżywali swoje niepokoje! Nawet na miejskim basenie.

Pedantycznie badając zapotrzebowanie niemieckiego rynku muzycznego, natrafiono widać na wyłożoną błękitnymi kafelkami niszę. Wciśnięto do niej operę „Idomeneo”. Tak oto „Müllersches Volksbad”, fin de siècle`owy „basen miejski”, został sprowadzony do roli dekoracji. Transakcja ściśle wiązana: kąpielisko ma tchnąć życie w wysłużoną operę, trzyaktowe przedstawienie zaś wlać się w niemłode już kąpielisko. Być może nieprzypadkowo to właśnie Monachijczycy pozwalają sobie na nieco więcej w stosunku do dzieła Mozarta. Premiera „Idomeneo” miała miejsce właśnie tutaj, zimą, 29 stycznia 1781 roku w samym sercu miasta, tj. w rokokowym Neues Hoftheater (Cuvilliés-Theater). Operę przyjęto dobrze.

Podobnie było i tym razem, choć początek w „Damenschwimmhalle” okazał się niewdzięczny. Wilgotno, gorąco i duszno. Orkiestra, choć umieszczona na balkonie, na dobre kilkanaście minut ugrzęzła w… muzyce. Wykonawcy – poruszający się po przedziwnej scenie zbudowanej z plastykowych pojemników oraz wzdłuż wąskich brzegów – uważali przede wszystkim na to, by nie osunąć się do wody. Widzowie „nie wierzą własnym oczom”, wachlują się programami, przechodząc do refleksji typu: czy wykonawcy potrafią zaśpiewać arie płynąc żabką? Czy członkowie chóru nie połamią sobie kończyn na – coraz bardziej śliskiej – posadzce? Ilu członków widowni pozostanie suchych po finale opery?

Tak zasadnicze pytania – bliskie estetyce „reality show” – gnieździły się w głowach i ze zdumieniem można było odnaleźć wśród informacji, podanych przez organizatorów, cytaty z „Księgi Rodzaju”, „Myśli” Pascala czy „Wieviel Wahrheit braucht der Mensch?” Rüdigera Safranskiego.

Podziwu dla poświęcenia zespołu „Opera Incognita” nie można jednak ukrywać. W ekstremalnych warunkach – może poza ewentualnie złamaną kończyną, nie mając już naprawdę nic do stracenia – od początku II aktu nie oszczędzano się. Słynną scenę burzy morskiej wychlapano imponująco. Topiono, wynurzano i przeżywano. Skakano na główkę oraz na tak zwaną „bombę”. Razem i osobno. Gdy wykonawcy dali sobie radę z wyzwaniami ruchowymi, najwidoczniej wokalnie też nabrali pewności siebie. Głosy zaczęły brzmieć ciekawiej, a Markus Ahme („Idomeneo”) i Sylvia Spinnato („Ilia”) wokalnie zaprezentowali się wprost imponująco.

Na powierzchni wody unosiły się dmuchane rekwizyty, podczas gdy widownia – chcąc, nie chcąc – ściągała buty i skarpetki. Wtedy, o, dziwo, zaczęła przebijać się do uszu muzyka Mozarta wraz z myślą, iż zachlapane zostały wszystkie (nawet ubogie) uniwersalne treści opery. Celowo. Chodziło przecież o zbliżenie sztuki do nas, prawnuków Törlessa, którzy – podobno – do uniwersalistycznych ambicji podchodzą ostrożnie, zaś patosu unikają jak ognia.

Opera:

„Idomeneo” W. A. Mozart
Wykonanie: „Opera Incognita”

SKOMENTUJ

Nr 89

(39/2010)
21 września 2010

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail