Ewelina Adamik: 10 maja, w Operze Narodowej odbyła się światowa premiera „Androidów”, czyli baletu, do którego napisałeś libretto i przygotowałeś choreografię. Pierwsza wersja tytułu brzmiała „Łowcy androidów”. Tytuł w trakcie prac został zmieniony. Czy to znaczy, że film Ridleya Scotta, na motywach powieści Philipa K. Dicka, nie był jedynym materiałem, z którego korzystacie?
Robert Bondara: Dwa główne filary to na pewno literatura Philipa K. Dicka i Isaaca Asimova. Odnoszę się też do mitu o Golemie, „Terminatora” czy „Frankensteina”. Czytałem wiele prac naukowych, które dotykają tematu AI. Natomiast, jeśli chodzi o filmy – rzeczywiście ważny był dla mnie „Łowca androidów”, fascynuje mnie też estetyka kina neo-noir i cyberpunka. Dzięki tym wszystkim inspiracjom stworzyliśmy całkiem nowy spektakl, zakorzeniony w naszej rzeczywistości.
Zresztą wszystkie spektakle, które tworzę, mają za zadanie dotrzeć do odbiorcy. Aby tak się stało, spektakl musi być nowoczesny i w jakimś sensie aktualny. Zależy mi na tym, by widz mógł odnaleźć w nim swoje własne doświadczenie, podobną wrażliwość.
Kontekst nowoczesności wydaje się szczególnie ciekawy w pracy nad tekstami, które same w sobie wysunięte są w przyszłość. Książka „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?” została napisana w latach sześćdziesiątych, ale akcja dzieje się w dystopijnej rzeczywistości, pierwotnie chyba w latach dziewięćdziesiątych, później została przesunięta na lata dwudzieste XXI wieku… Z drugiej strony, obecny tam problem katastrofy klimatycznej, trzeciej wojny światowej, globalizacja czy inżynieria genetyczna rymują się z naszymi problemami, lękami, wyzwaniami.
Tak, na pewno sięgamy i do przeszłości, i do przyszłości. Próbujemy symultanicznie odwołać się do wczoraj i do dziś. Sprawić, aby widzowie zatracili granicę, co jest futuryzmem, a co nie. Ludzkość rozwija się bardzo szybko. Niedawno po raz pierwszy wydrukowano organ. Nasze DNA zostało rozkodowane. Jeszcze pięć lat temu nie mieliśmy dostępu do ChataGPT, który z czasem będzie coraz doskonalszy. Udało się sklonować owcę Dolly. Wprowadzamy do naszych żyć humanoidy, z którymi możemy rozmawiać. Ludzie nawiązują z nimi relacje, nawet romantyczne. To szeroki temat obejmujący kwestie socjologiczne, naukowe i kulturowe.

Wracając jeszcze na moment do Philipa K. Dicka, w jego powieści zdolność empatyzowania odróżniała ludzi od androidów. Myślisz, że właśnie empatia może być jakimś ratunkiem dla ludzkości, która coraz śmielej spogląda w przepaść?
Być może, odczuwanie na pewno jest czymś ważnym. Historia ludzkości zna jednak przypadki jednostek, które odznaczały się bardzo silnym poczuciem empatii, wrażliwości artystycznej, a zarazem były katami i dehumanizowały inne narodowości, inne grupy etniczne, widząc je jako gorsze. W tym spektaklu stawiamy dużo pytań, na które sam nie znajduję odpowiedzi. I chyba nawet nie chcę ich znaleźć.
Chciałbym raczej sprowokować widzów do zastanowienia się nad tymi tematami. Przede wszystkim staram się – i mam nadzieję, że odbiorcy to wyczują – zadać pytanie, czy sztuczny byt typu android może czuć. Prawnicy głowią się, w jaki sposób uregulować status tych nowych bytów. I pojawia się zagadnienie, czy sztuczny twór może być świadom swojego istnienia, czy też może odczuwać. Wszystko chyba sprowadza się do pytania, co to znaczy być człowiekiem i gdzie przebiega granica pomiędzy nami a bytem sztucznym.
Donna Haraway swój kultowy już „Manifest cyborgów” kończy zdaniem: „wolałabym być raczej cyborgiem niż boginią, choć oba wiążą się ze sobą w tanecznym korowodzie”. Filozofka odrzuca pogląd, że technologia może nas jedynie zniewolić, wręcz przeciwnie – widzi w niej możliwość wyzwolenia. Jeśli zostanie użyta krytycznie, świat „cyborgów” (czyli nas, ludzi uwikłanych w technologię) da możliwość przekształcania tożsamości i struktur władzy. Może być więc też jakimś narzędziem do emancypacji, na przykład kobiet.
Technologia może zarówno służyć dobru, jak i złu. Wszystko zależy od tego, w jakich rękach się znajdzie. To, co może nas niepokoić, to władza korporacji, w których liczą się krótkoterminowe zyski, niesprzyjające ludzkości na dłuższą metę.
Opowiadamy spektakl językiem teatru, językiem tańca, więc – poprzez stronę wizualną, estetyczną i choreograficzną – próbuję dostarczyć wielu zagadnień, które pobudzą nas intelektualnie i sprawią, że zastanowimy się nad otaczającą nas rzeczywistością.

Ciało jest materiałem, na którym pracujesz. Transhumanizm i posthumanizm przyglądają się ciałom ludzkim, jak i innych istot – żywych i sztucznych. Wiemy, że wszyscy przenikamy przez siebie. Nasze ciała są otwarte. Najnowsze badania pokazują, że w wodach płodowych obecny jest mikroplastik. I właśnie o ten materiał, o ciało, chciałam zapytać w kontekście pracy nad choreografią…
Oczywiście, operuję językiem, którego instrumentem jest ciało, tworzę pewien rodzaj świata ruchowego. Jeżeli chodzi o choreografię, to na pewno będzie to spektakl, bazujący na technice tańca klasycznego, która jest doskonale znana tancerzom Polskiego Baletu Narodowego.
Wykorzystuję też inne techniki – balet w XXI wieku jest zjawiskiem, przez które przenika wiele prądów. Gdy przygotowuję choreografię, szukam nowych rozwiązań. Jeżeli wykorzystuję taniec na pointach [technika baletowa, tancerz stoi na samych czubkach palców, używając specjalnych, usztywnionych butów (point) – przyp. red.], staram się zrobić coś, czego jeszcze nie widziałem, czyli przełamuję utarte schematy.
W swojej karierze wielokrotnie pracowałeś z klasyką, biorąc na warsztat na przykład „Zniewolony umysł” Czesława Miłosza czy „Romea i Julię”. Czy jest jakaś granica, którą można przekroczyć przy reinterpretacji tak zwanego kanonu?
Moim zdaniem nie ma granic i w pewnym sensie nie ma też reguł. Najważniejsze, aby nie zamykać się w gotowych szablonach. Nawet opowiadając historię Romea i Julii też starałem się zrobić to na swój sposób. Więc nie znajdziemy tam muzyki Siergieja Prokofjewa, ale kawałki od Massive Attack po Artura Rojka, czyli dość niespotykane mariaże. Wynika to z tego, że nie lubię się nudzić, gdy pracuję. Spektakl musi ze mną rezonować. Muszę w nim odnaleźć jakąś wartość, a także widzieć sens, że warto go zaprezentować widzom.

W „Androidach” muzyka pisana jest od nowa. To nieczęste zjawisko, prawda?
Tak, tym razem budujemy coś z niczego, więc stały przed nami nowe wyzwania. Muzykę komponuje Przemysław Zych i jest to muzyka pomyślana na duży skład symfoniczny. Z Przemkiem mieliśmy okazję współpracować przy innych projektach, ale tym razem będzie to wyjątkowa muzyka, pozostawiająca sporą przestrzeń dla wyobraźni. Poza tym możliwość stworzenia kompozycji do nowego spektaklu oznacza ogromną szansę dla twórców. Nie jest to częsta praktyka, a wnosi zupełnie inną jakość do spektaklu. Orkiestrą Teatru Wielkiego – Opery Narodowej będzie dyrygować Marta Kluczyńska.
Dodam jeszcze, że scenografia Diany Marszałek też została zaprojektowana w nowoczesny sposób. Poza tym na spektakl składają się też światła (Maciej Igielski), kostiumy (Martyna Kander), ale i projekcje wideo, za które odpowiedzialny jest Kamil Polak. Nie mogę za wiele zdradzać, bo nie chciałbym narzucać swojej wizji odbiorcom, ale mogę obiecać, że spróbujemy pokazać coś, co jest progresywne i aktualne. Będzie mi bardzo miło, gdy nasza wrażliwość spotka się z wrażliwością widzów.
…i z wrażliwością androidów.
