Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Komentarz nadzwyczajny > Rio ma dość

Rio ma dość

Z Julianą Barbassą rozmawia Adrian Stachowski

„Brazylijczycy mieli już kilka okazji, żeby zobaczyć, co oznacza honor bycia gospodarzem sportowej megaimprezy. Ile to kosztuje, jak tworzy korupcję, rodzi nadużycia i marnotrawstwo” – mówi Juliana Barbassa, brazylijska reporterka i pisarka.

Adrian Stachowski: Współistnieje „Rio wzgórz”, biednych faweli i wykluczenia, oraz „Rio asfaltu”, czyli dzielnic bogactwa i pięknych, wysokich budynków. Ile twarzy ma nierówność, która dzieli mieszkańców tego miasta?

Juliana Barbassa: Społeczeństwo Rio de Janeiro jest bardzo podzielone. Głębokie nierówności są widoczne jak na dłoni, stanowią oczywisty aspekt codziennego życia. Najważniejszy jest podział społeczno-ekonomiczny, z silnym komponentem rasowym. To nie tylko rasa, mamy białych, którzy cierpią biedę, i czarnych, którzy są bogaci. Ale łatwo zauważyć, że w dobrych dzielnicach mieszkają biali, w dobrych szkołach uczą się głównie białe dzieci, a mieszkańcy biednych dzielnic i uczniowie gorszych szkół są czarni lub mieszani. Związek jest oczywisty. Wielu Brazylijczyków, w tym ja, spodziewało się, że w ostatnich latach coś się zmieni. Mieliśmy władze wywodzące się z ruchu robotniczego, gospodarka kwitła. Ale wszystko, co 7 lat temu dawało ludziom nadzieję na poprawę, zmieniło się na gorsze.

Ostatnia dekada była bardzo burzliwa, zarówno dla Rio de Janerio, jak i całej Brazylii. Czy Rio, które wywalczyło przywilej organizowania olimpiady, jest tym samym miastem, które dzisiaj jest jej gospodarzem?

W 2009 r. byliśmy stabilnym krajem na dorobku, pełnym optymizmu i wiary w zmiany na lepsze. Ten optymizm był czymś nowym. Brazylijczycy wierzyli, że im samym i ich rodzinom już niedługo, już za jakieś 10 lub 20 lat, będzie żyło się dużo lepiej. Ta wiara miała podstawy. Przez poprzednią dekadę klasa średnia powiększyła się o 30 mln obywateli. Dopiero co dokonano odkrycia złóż ropy w wodach przybrzeżnych Brazylii, które miały potencjał uczynić kraj światowym potentatem. Wtem Rio wygrało wyścig o olimpiadę. Było wtedy miastem, które miało świetlaną przyszłość.

Co z tego zostało?

Teraz to zupełnie inny kraj. Od dwóch lat gospodarka jest w recesji. Prezydent Dilma Rousseff została odsunięta od władzy w atmosferze skandalu. Wybuchła jeszcze jedna afera, która pogrążyła krajowego potentata naftowego, firmę Petrobras. Za nim na dno idą zamieszane w korupcję firmy budowlane, które są największymi krajowymi pracodawcami. Niedawno podano informację, że były prezydent, legendarny związkowiec Luiz Inácio Lula da Silva, też usłyszy zarzuty. Śledztwo antykorupcyjne obejmuje najważniejszych polityków i ludzi ze świata biznesu. Rzeczą pozytywną w tym wszystkim jest tylko to, że jest jakieś śledztwo. To nowość. Wszyscy Brazylijczycy wiedzą o korupcji na szczycie, ale nigdy osoby ze świecznika nie były realnie zagrożone więzieniem.

W ostatnich dniach przed olimpiadą każdy dzień przynosił niepokojące informacje. Kilka tygodni temu gubernator stanu Rio de Janeiro ogłosił stan wyjątkowy i niewypłacalność miasta. Dziennikarze donoszą o wzmożeniu przemocy. Jaka jest atmosfera w Rio? Czy mieszkańcy w ogóle cieszą się z olimpiady?

Niechętnie to mówię, ale nie ma w nas entuzjazmu. Brazylijczycy są już zmęczeni. W 2007 r. Rio organizowało Igrzyska Panamerykańskie, w 2013 e. w całej Brazylii rozgrywano Puchar Konfederacji FIFA, w 2014 r. – piłkarskie mistrzostwa świata. Teraz mamy olimpiadę. Brazylijczycy mieli już kilka okazji, żeby zobaczyć, co oznacza honor bycia gospodarzem sportowej megaimprezy. Ile to kosztuje, jak tworzy korupcję, rodzi nadużycia i marnotrawstwo. Niedawno opublikowano wyniki sondażu, w którym więcej niż połowa Brazylijczyków przyznała, że ubieganie się o organizowanie olimpiady było złym pomysłem.

Telewidzowie oglądający olimpiadę nie zobaczą brzydkiej twarzy Rio de Janeiro. Zadbano o to, by usunąć nędzę sprzed oczu gości. Zlikwidowano dzielnice biedy w okolicach stadionów, a ich mieszkańców przesiedlono, często oszukując i gwałcąc ich prawa.

Koszt olimpiady będzie ogromny, jeszcze długo będziemy ponosić go na wielu płaszczyznach. Jego prawdziwy wymiar nie jest widoczny dla kogoś, kto nie zna tego miasta. Z powodu imprezy, Rio przeszło wielką fizyczną transformację, z tym że większość pieniędzy zainwestowano w bogate, zachodnie dzielnice. To tam powstawała nowa infrastruktura – systemy kanalizacyjne, oświetlenie i publiczny transport – a nie tam, gdzie są najbardziej potrzebne. Nie chodzi tu tylko o pieniądze, ale też o skutek, czyli rodzaj miasta, z jakim zostaniemy po tym wszystkim. Zmieniamy je z okazji jednostkowej imprezy, ale zostanie takie na całe pokolenia.

Pisze pani o mieście pełnym przemocy. Liczba morderstw popełnionych w Rio de Janeiro od stycznia do końca kwietnia wzrosła w porównaniu z poprzednim rokiem o 15 proc. – do 1715 przypadków. Czy styka się pani na co dzień z przemocą?

Przemoc wypełnia nasze codzienne życie w przerażającym stopniu. Nie chodzę sama po zmroku, nie otwieram okien w samochodzie, w niektórych częściach miasta przejeżdżam na czerwonym, noszę przy sobie tylko niezbędną ilość gotówki i klucze do domu – nic więcej. Są spore szanse, że padnę ofiarą rabunku. Sportowcy, którzy przyjechali do Rio, też. Okradziono już reprezentantów Australii, Japonii i Nowej Zelandii. Zawodnik jiu-jitsu został porwany i zmuszony do dokonania wypłaty w bankomacie. Okazało się, że porwało go dwóch policjantów.

Koszt olimpiady będzie ogromny, jeszcze długo będziemy ponosić go na wielu płaszczyznach. Nie chodzi tu tylko o pieniądze, ale też o rodzaj miasta, z jakim zostaniemy po tym wszystkim.

Juliana Barbassa

Często słychać o zabójstwach dokonywanych przez policjantów na służbie. Zjawisko nasiliło się, odkąd w 2008 r. ruszył program pacyfikacji faweli, dzielnic biedy opanowanych przez gangi. Dzienniki piszą o „wojnie w Rio”, pokazując mapy z rozrysowaniem „bitew”. Fawele nazywa się „frontem”, ich mieszkańców – „cywilami”. Od 2009 r. policjanci zabili 2,5 tys. osób. Są tacy, którzy mówią, że w Rio walczą ze sobą o wpływy cztery gangi: Czerwone Komando, Trzecie Komando, Przyjaciele Przyjaciół i skorumpowana policja.

I ja w to wierzę. Ostatnie lata mogły to zmienić i to jedna z największych szans, jakie zaprzepaszczono. Nie można mówić o bezpieczeństwie, jeśli społeczeństwo nie ufa tym, którzy mają je gwarantować. Kiedyś byłam świadkiem, jak dwóch dorosłych mężczyzn brutalnie biło nastoletniego chłopca. Dowiedziałam się, że młodzieniec próbował okraść staruszkę. Tych dwóch go biło, a tłum krzyczał, żeby dać mu nauczkę. Zapytałam, kim są. Powiedzieli, żebym się nie martwiła, bo są z policji. Ale to nie sprawiło, że poczułam się bezpiecznie.

Wśród mieszkańców Rio popularne jest powiedzenie: bandido bom é bandido morto – „dobry bandyta to martwy bandyta”.

Policja wywodzi się ze społeczeństwa i jeśli w policji żywe są takie postawy wobec przemocy, to dzieje się tak dlatego, że są one powszechne w społeczeństwie. Jednym z najbardziej popularnych polityków w kraju jest dzisiaj kongresmen Jair Messias Bolsonaro. Wielu Brazylijczyków chciałoby, by został następnym prezydentem. Bolsonaro popiera policję, która zabija i nie przeszkadza mu to zwyciężać w rankingach zaufania.

W latach 90. wprowadzono premie finansowe dla policjantów, którzy w czasie akcji zabijali przestępców, co miało świadczyć o ich odwadze [nagrody nazywano „bonusem za Dziki Zachód”, anulowano je w 1998 r. – przyp. red.]. Kolejni gubernatorzy powtarzali, że zabiją tylu, ile trzeba, by Rio było bezpieczne. To bardzo popularny pogląd. Nawet kiedy giną nastoletni chłopcy z samego dołu przestępczej hierarchii. Zabijani są też ci, którzy nie mają nic wspólnego z handlem narkotykami. Niedawno policjant zabił chłopaka, który niósł torebkę z popcornem. Inny chłopiec zginął w drodze do sklepu po cukierki. Takie rzeczy dzieją się każdego dnia i nikogo to już nie dziwi, nikt nie protestuje.

Film o przemocy w fawelach i korupcji w policji, pt. „Elitarni”, stał się kulturowym fenomenem. To najbardziej kasowy brazylijski film w historii. To co pokazywał, nie jest żadna tajemnicą.

W 2014 r. wyjechałam na pewien czas z Brazylii. W domu ogarniała mnie furia. Potrzebowałam dystansu. Nie mogłam znieść czytania gazet. W głównym dzienniku Rio przeczytałam o 10-letnim chłopcu z faweli, którzy wszedł na teren ekskluzywnego klubu wyścigów konnych. Został złapany przez policjantów, którzy dorabiali tam jako ochroniarze. Torturowali go, zabili i porzucili jego ciało. To nie był artykuł z pierwszej strony. Napisali o tym na ostatniej, pod prognozą pogody.

Gdzie należy szukać korzeni tej przemocy?

Myślę, że w ogromnej, strukturalnej nierówności. Brazylia była eksploatowaną kolonią. Miejscowi Indianie i przywiezieni później niewolnicy z Afryki byli tylko narzędziami do eksploatacji złóż. Idea tego podziału klasowego żyje też dzisiaj, w tym sensie, że niektórzy ludzie są bardziej ludźmi niż inni. Ta sama gazeta, która napisała o zabitym chłopcu, innym razem napisała o zabójstwie białej właścicielki znanej restauracji. To trafiło na pierwszą stronę i pisano o tym przez dziesięć dni. Nie mówię, że jej życie i śmierć nie są ważne. Chodzi o dwie miary, które przykłada się do tych historii. Nawet nie dwie, bardziej trzysta miar, bo drabina społeczna w Rio jest bardzo skomplikowana.

Przemoc wypełnia nasze codzienne życie w przerażającym stopniu. Nie chodzę sama po zmroku, nie otwieram okien w samochodzie, noszę przy sobie tylko niezbędną ilość gotówki i klucze do domu.

Juliana Barbassa

Ile z około tysiąca osiedli biedy w Rio pozostaje poza kontrolą państwa?

Powiedziałabym, że nie ma osiedli, które by się pod taką kontrolą znajdowały. Jeszcze dwa lata temu niektóre z faweli na północy miasta, spacyfikowane jako jedne z pierwszych, faktycznie znajdowały się pod kontrolą policji. Teraz nie są. Kilka dni temu rozmawiałam z kimś, kto mieszka w faweli Santa Marta. Znajomy powiedział mi, że dilerzy wrócili. Nie obnoszą się z bronią, ale wszyscy wiedzą, którzy to. Osiedle, koło którego mieszkam, Pavão-Pavãozinho, ma jeden z piękniejszych punktów widokowych w Rio. Jeszcze nie tak dawno chodzili tam turyści, wspinający się przez fawelę na szczyt wzgórza. Dzisiaj już nikt nie przychodzi, bo nie życzą sobie tego dilerzy. I to są najmniejsze, najłatwiejsze do kontrolowania osiedla. W większych, takich jak Complexo do Alemão, strzelaniny to znów codzienność.

W tych dniach dziennikarze z całego świata jeszcze raz zwracają uwagę na Rio. Tak jak ja, zadają pytania o ciemne strony metropolii. Jak pani z tym jest jako mieszkance tego miasta?

To sprawia, że czuję się bardzo źle. Nie chcę mówić tych rzeczy. Każdego dnia jestem z tego powodu przygnębiona i zła. Moja rodzina, która też mieszka w Rio, pyta mnie, dlaczego nie napiszę nic miłego o tym mieście. Tak się składa, że ostatnio napisałam artykuł dla „National Geographic Traveler”. Napisałam, że będąc w Rio, trzeba pójść na tamtą plażę i do tego baru, bo to magazyn, w którym pisze się miłe rzeczy. Pokazałam ten artykuł rodzinie. Powiedziałam: „Widzicie? Piszę nie tylko złe rzeczy”.

Czy olimpiada się uda?

Niektóre małe rzeczy pewnie się nie udadzą, ale będzie tak jak przy innych imprezach, które organizowaliśmy. Sporo krytyki tuż przed, sporo uwagi mediów, ale jak znicz zapłonie, wszyscy zwrócą swoją uwagę na zawody. A te odbędą się zgodnie z planem. Tylko jakim kosztem? I z jakim miastem zostaniemy, kiedy się skończą?

Kocha pani swoje miasto?

Bardzo mocno. To piękne miejsce. Mogę pójść na plażę, posłuchać muzyki, odwiedzić moją rodzinę, popatrzeć na ocean. Moje życie w Rio jest dobre. Wiele osób mówi mi, że nienawidzę Rio, a to nieprawda. Krytyka nie jest przeciwieństwem miłości, nie jest nim nawet nienawiść. Przeciwieństwem miłości jest obojętność.

 

* Fot. wykorzystana jako ikona wpisu: Kirilos; Źródło: Flickr.com

SKOMENTUJ

Nr 395

(31/2016)
5 sierpnia 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail