Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Rzadki przykład dziennikarskiej...

Rzadki przykład dziennikarskiej pokory. O „Duchach” Tiziano Terzaniego

Błażej Popławski

Terzani jest jednym z licznych pisarzy, którzy przeszli od zachwytu khmerską rewolucją do przerażenia wywołanego jej skutkami. Jednak w przeciwieństwie do wielu z nich kierowała nim nie intelektualna kalkulacja, lecz zwykły odruch przyznania się do uświadomionego błędu.

duchy-korespondencje-z-kambodzy

„Duchy. Korespondencje z Kambodży” ukazały się po raz pierwszy w 2008 r., czyli cztery lata po śmierci Tiziano Terzaniego. Ich publikacja wywołała mieszane uczucia. Dla części komentatorów książka ta stanowiła ważne uzupełnienie prac reportażysty – dla innych szum medialny towarzyszący wydaniu był tylko zasłoną dymną, za którą skrywało się brutalne odcinanie kuponów od sławy zmarłego.

Nie tylko dla fanów „Azja Express”

„Duchy…” nie są spójną pracą, w której reportażysta prowadzi czytelnika od pierwszej do ostatniej strony, w przystępny sposób tłumacząc skomplikowane konteksty kulturowo-polityczne. To zbiór kilkudziesięciu krótkich tekstów z lat 1973–1996, dla których wspólnym mianownikiem jest Kambodża. Ich jednoznaczna klasyfikacja wydaje się niemożliwa. Do antologii trafiły przede wszystkim artykuły wysyłane do gazet włoskich („La Repubblica”, „Il Corriere della Sera”) oraz do niemieckiego „Der Spiegel”, a także przeprowadzane przez Terzaniego wywiady, w tym kilka wcześniej nieopublikowanych. Książkę otwiera obszerny, sentymentalny wstęp pióra Angeli Terzani Staude, żony dziennikarza. Słowem – prawdziwa gratka dla miłośników twórczości włoskiego reportażysty, kolekcjonujących wszystkie jego prace.

Z analogicznych powodów książka Terzaniego będzie gratką dla tych osób, które interesują się samą Kambodżą. Śledząc współczesne publikacje o tym regionie – wyraźnie nadreprezentowanym na półkach księgarskich w Polsce – można odnieść wrażenie, że o Khmerach czytają trzy grupy ludzi: po pierwsze, wąskie koło osób zawodowo związanych z Azją; po drugie, maniacy genocide studies, którzy nigdy nie przejdą obojętnie obok pracy z pietyzmem relacjonującej kolejne ludobójstwo oraz, po trzecie, młodzi backpackersi, dla których antyczne Angkor Wat i pola śmierci stały się porównywalnymi atrakcjami turystycznymi. Zresztą fenomeny medialne, takie jak sławetny „Azja Express”, pogłębiają jeszcze owo zainteresowanie Azją Południowo-Wschodnią w Polsce. „Duchy…” są lekturą dla wszystkich tych grup, jednak sięgnąć po nie powinny przede wszystkim osoby, które nie ufają dziennikarzom.

„Obóz koncentracyjny czy rewolucyjny raj?”

Dokładna lektura kolejnych tekstów Terzaniego o Kambodży pokazuje stopniową ewolucję światopoglądu autora – od zachwytu ideałami rewolucji i sprawiedliwości społecznej Czerwonych Khmerów do przerażenia wywołanego skutkami ich polityki, którą reportażysta określa mianem „utopijnego komunizmu z epoki kamienia łupanego”. Ta autorefleksja – z racji na kurtynę dezinformacji, którą szczelnie roztoczyli wokół Kambodży Czerwoni Khmerowie – nie byłaby specjalnie oryginalna, gdyby nie jeden drobny szczegół. Otóż, o zmianie postrzegania rządów Pol Pota nie przesądziło u Terzaniego ani ujawnienie skali zbrodni Czerwonych Khmerów, ani trauma związana z wizytą na polach śmierci po upadku dyktatora. Motorem działania jest dla reportażysty zwykła ludzka szczerość.

Terzani, tak jak wielu Europejczyków dorastających w okresie II wojny światowej, uległ złudzeniu, które popchnęło osoby wykształcone, pełne ogłady i kultury w objęcia barbarzyńców i autokratów mających za nic ludzkie życie. W przypadku części twórców – co widać doskonale u Ryszarda Kapuścińskiego – lewicowa wrażliwość objawiała się głównie poprzez empatię wobec grup podrzędnych (subaltern groups) czy sprzyjanie procesowi dekolonizacji (tudzież zwykłe narzekanie na jego przebieg). U innych z kolei sympatia dla socjalizmu wiązała się z antyokcydentalizmem lub z jego zubożałą intelektualnie formą, czyli z antyamerykanizmem.

Podział ten nie stanowi oczywiście zamkniętego katalogu postaw reportażystów, którzy w pewnym momencie życia uwierzyli w komunistyczną utopię, a jakiś czas później zrozumieli swoją naiwność. Tego typu konwersje i apostazje zawsze generują skrajne emocje, a te z kolei często skutkują tragikomicznymi zachowaniami nowo nawróconych. Wielkość Terzaniego, gdy pojął, że Khmerzy nie tworzą raju, tylko piekło na ziemi, dała o sobie znać w zwykłym, ludzkim przyznaniu się do błędu.

Na pierwszy rzut oka zachowanie to nie wydaje się niczym szczególnym, jednak większość dziennikarzy będących na jego miejscu nie zdobyłaby się na taki gest. Kluczyliby dalej, mijając się z prawdą (choć mieliby już zapewne na uwadze jej istnienie), a lektura ich tekstów nadal wprowadzałaby czytelników w błogostan. Terzani wybiera jednak inną, bezkompromisową i ryzykowną drogę, której symbolicznym wyrazem jest jedna z fotografii umieszczonych w książce.

Zadośćuczynienie

Chwilę po upadku reżimu Czerwonych Khmerów, gdy sytuację w kraju trudno określić mianem stabilnej, włoski reportażysta decyduje się przekroczyć granicę. Stara się dotrzeć jak najbliżej ocalałych z pogromu. Niesie im pomoc dwojakiego rodzaju. Po pierwsze, upublicznia dramatyczne świadectwa dokumentujące śmierć 1,5–2 mln ludzi w latach 1975–1979. Alarmuje społeczność międzynarodową, komentując przy tym jej opieszałość.

Język opisu pól śmierci nasycony zostaje emocjami, niewypowiedzianym bólem, oskarżeniem, a miejscami nawet żądzą zemsty. Terzani pisze:

„Widziałem ich wszędzie, a tych, których nie widziałem, instynktownie wyczuwałem w każdych zaroślach. Mężczyźni, kobiety, dzieci […] dziesiątkami, setkami rozrzuceni po lesie. Z wybałuszonymi, nieobecnymi oczami, patyczkami zamiast rąk i nóg, ze zwiotczałą skórą, przykryci czarnymi szmatami przesiąkniętymi kałem i brudem, trawieni gorączką, niezdolni uczynić choćby jeden krok więcej, leżący na ziemi byle gdzie, tu i tam, niczym wielkie ptaki ustrzelone w samym środku bujnej tropikalnej roślinności”.

Włoch nie poprzestaje jednak na pracy korespondenta. Świadom, że pisząc o hekatombie, i tak nie oczyści swojego dziennikarskiego sumienia, wyrusza na prowincję kraju. Angażuje się w bezpośrednią pomoc ofiarom, próbując współpracować z lekarzami i działaczami nielicznych wówczas organizacji pozarządowych niosących wsparcie ocalałym z ludobójstwa. Co wymowne, nie pisze o tym prawie w ogóle.

Na jednym ze zdjęć umieszczonych w „Duchach…” Terzani, ubrany w charakterystyczny biały strój – nienagannie uprasowane spodnie i koszulę – dźwiga na plecach młodą dziewczynę. Nie widzimy jej odwróconej od obiektywu twarzy, widzimy za to jej długie, ciemne, brudne włosy. Być może dziewczyna już nie żyje. Nie widzimy także spojrzenia Terzaniego, ten bowiem zerka pod nogi, brnąc powoli przez grzęzawisko. Włoch prawdopodobnie nawet nie wiedział, że ktoś go w tym momencie fotografuje. Może i dobrze. Prawdopodobnie nie zechciałby również, by zdjęcie to ujrzało światło dzienne.

 

Książka:

Tiziano Terzani, „Duchy. Korespondencje z Kambodży”, przeł. Anna Osmólska-Mętrak, Joanna Ugniewska, Joanna Wajs, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2016.

SKOMENTUJ

Nr 414

(50/2016)
13 grudnia 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail