Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Słysząc > Słuchaj i drżyj

Słuchaj i drżyj

Paweł Majewski

Występy Ivo Pogorelicia w Polsce w roku 2007 i 2008 wzbudzały, jak to elegancko określali niektórzy recenzenci, „kontrowersje”. Nie wchodząc w dyskusje nad jakością zaprezentowanych przez niego wykonań, warto może zadać pytanie o pewne „metakryteria” ich oceny i oceny wszelkich w ogóle wykonań muzyki zwanej poważną.

Gdy słuchacze próbowali dojść do ładu z wrażeniami, jakie pozostawił im Pogorelić, wysuwano m. in. kwestię „końca wielkich narracji” oraz początku stylu naznaczonego intentio lectoris w wykonawstwie muzycznym. Tak próbowano tłumaczyć na przykład fakt, że podczas swojego pierwszego po ponad ćwierćwieczu występu w Warszawie odegrał on najpierw ostatnią sonatę Beethovena, a po niej miniaturę „Dla Elizy”. Z kolei podczas niedawnego kolejnego koncertu, po sonacie Chopina, odejmując ręce od klawiatury uderzył prawą dłonią jeden ze skrajnych klawiszy – co trudno uznać za potknięcie mimo woli. Nie ma chyba sensu zastanawianie się, czy to są gesty genialnego, prowokującego artysty, czy kabotyna. Ale, niestety, uruchamianie „wielkich narracji” i „intencji czytelnika” jest tak samo zawodne.

W programie ostatniego warszawskiego występu pianisty Marcin Gmys – którego kompetencji ściśle muzykologicznych nikt nie zakwestionuje – napisał: „Pogorelić może uchodzić za takiego Umberta Eco czy Jonathana Cullera współczesnego fortepianu”. To tak, jak gdyby powiedzieć, że Eco (resp. Culler) może uchodzić za Rostropowicza albo Maisky’ego współczesnego literaturoznawstwa (obie te pary znacznie więcej dzieli, niż łączy), ale pomińmy ten drobiazg. Istotny problem tkwi w tym, że strategie oparte na intentio lectoris (z dekonstrukcją na czele), czy bazujące na „odrzuceniu wielkich narracji” polegają, w największym skrócie, na demontażu lub rearanżacji znaczeń semantycznych, językowych. Co można w ten sposób zdemontować lub przekształcić w muzyce, która, jak wiemy od czasów Hanslicka, nie ma znaczeń semantycznych? Przebiegi dźwiękowe? To się nazywa improwizacją. Styl wykonawstwa? Ale czy granie Chopina z frazowaniem i artykulacją właściwą dla Bartoka albo Satiego ma jakikolwiek sens? Zdarzenie koncertu? Cóż, tu wchodzimy na grząski grunt stylów odbioru i upodobań słuchaczy. Bez wątpienia, nawet gdyby Pogorelić usiadł do fortepianu, zdjął prawy but, a następnie przez półtorej godziny walił nim na oślep w klawiaturę – znaleźliby się ludzie, którzy powiedzieliby, że było to dla nich niesamowite i wstrząsające przeżycie. Na tym polega kult wirtuoza i trzeba nad tym przejść do porządku. Lecz niekoniecznie należy ów kult bezkrytycznie powielać bądź też uzasadniać poprzez odwołania do zupełnie obcych całemu zjawisku muzyki prądów intelektualnych.

Z takiego pomieszania pojęć nie może bowiem wyniknąć nic oprócz doraźnej sensacji. Muzyka zapisana w ścisłych partyturach to nie jest free jazz ani konceptualny Cage i traktowanie jej jako „półproduktu” wykonawczego – a nie mamy wcale pewności, że Pogorelić tak to sobie wszystko ładnie przemyślał – jest nieporozumieniem. To tak, jak gdyby wziąć jakieś stare dzieło literackie, zmiksować je stochastycznie w edytorze tekstu i powiedzieć, że w ten sposób osiągnięto nową jakość w literaturze. Pewnych rzeczy nie można przeskoczyć. Można co najwyżej wylądować okrakiem na poprzeczce.

Problem ten można zresztą sformułować na wyższym poziomie ogólności, bliskim staremu Kantowi. Czy istnieje estetyczny zdrowy rozsądek? Albo – czy istnieje estetyczna wspólnota odbioru? Gdyby potraktować poważnie to pojęcie, nie miałoby ono wiele wspólnego ze wspólnotami, o których mówią niektórzy teoretycy literatury. Już raczej więcej z tymi doraźnymi wspólnotami, które analizowali teoretycy postmodernizmu w naukach społecznych. Estetyka, nie semantyka, odgrywa tu rolę naczelną. Takie wspólnoty konstytuują się na czas zdarzenia – koncertu, wystawy, happeningu, wieczoru autorskiego – ale bezpośrednio po ustaniu spajającego je zjawiska same przestają istnieć, rozpadają się, nie tworzą żadnego trwałego residuum doświadczeń estetycznych. Czy taka doraźność jest również cechą uczestnictwa w koncercie filharmonicznym? Czy dwustuletnia tradycja odbioru wykonywanej tu muzyki przestaje na naszych oczach mieć znaczenie? Może tutaj otwiera się istotne pole do popisu dla interpretatora i krytyka. To prawda – w rękach pianisty jest wszystko. Ale czy losem słuchacza jest naprawdę tylko bierny odbiór? Może nie tyle intentio lectoris jest tu kluczem, ile raczej intentio auditoris?

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 8

(9/2009)
9 marca 2009

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj