Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Słysząc > Estetyka umiaru

Estetyka umiaru

Margarita Slepakova

Philippe Boesmans, mówiąc o współczesnej orkiestracji „Koronacji Poppei”, jakiej dokonał dla spektaklu w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego w madryckim Teatro Real, wspomina o tym, że różnimy się od publiczności, która w 1642 roku oglądała w Wenecji premierę tego dzieła.

Belgijski kompozytor przygotował wersję „Koronacji” dla jednego z najważniejszych zespołów muzyki współczesnej – Klangforum Wien, używając do składu syntezatora, fortepianu, marimby czy trąbek z tłumikiem. Orkiestracyjne i stylistyczne decyzje, jakie podjął, wynikały z przekonania kompozytora o tym, że współczesny postverdiański, postwagnerowski słuchacz posiada inny typ wrażliwości i inne oczekiwania względem brzmienia niż w czasach Monteverdiego.

Oczekiwania. Po wyjściu z koncertu w Wilanowie – w ramach XX Międzynarodowej Letniej Akademii Muzyki Dawnej – jeszcze długo zastanawiałam się, jakie mają one znaczenie dla naszego odbioru i jak go kształtują. Idąc na „Podróż zimową” Schuberta, spodziewamy się mięsistego barytonu, na przemian wzbierającego w ekstatycznym rozemocjonowaniu i zapadającego w introwertyczną refleksyjność, rozwibrowując niezmiennie salę feerią alikwotów. Spodziewamy się błyskotliwego fortepianu – kwintesencji romantycznej wrażliwości – budującego napięcie, nastrój, towarzyszącego narracji, aby za chwilę wyjść jej naprzeciw we fragmentach olśniewającej emancypacji.

Koncert Jana Van Elsackera i Katarzyny Drogosz był delikatny i ażurowy, jakby utkany z pajęczyny. Nikt nie krzyczał i nikt nikim nie wstrząsał. Mówiono do nas spokojnie, ale o rzeczach ważnych i prawdziwych, a to często wywiera wrażenie mocniejsze niż artystyczna ofensywa.

Jan van Elsacker i Katarzyna Drogosz to jedni z tych muzyków, którzy niczego nie „grają”. Oni naprawdę tacy są. Jednym z najpoważniejszych problemów wykonawstwa jest wypowiedzenie partytury własnymi słowami. Tego wieczoru „Podróż zimowa” Schuberta to były rzeczywiście ich własne słowa. A sam Schubert nigdzie nie zniknął, zrealizowany precyzyjnie co do łuku, co do akcentu.

Koncert był piękny. Duet, nie grający przecież wspólnie na co dzień, osiągnął niezwykłą jedność, wręcz jednomyślność. Nie czuło się, żeby którykolwiek dźwięk nie został przemyślany, przeżyty. Jakość i barwa zawsze wynikały z semantyki, zawsze stanowiły część narracji.

A jednak nie był to występ dla każdego – miał charakter pewnej elitarności. Był przyjemnością z porządku tych wyrafinowanych, ascetycznych. Jego siła leżała w niedopowiedzeniu, estetyce umiaru. Było tak przede wszystkim na płaszczyźnie brzmieniowej. Historyczny fortepian jest cichszy, bardziej wycofany, ma mniej blasku, niż te, z którymi osłuchani jesteśmy na co dzień. Śpiew Jana van Elsackera był w tym sensie jego wokalnym odpowiednikiem. Głos aksamitny, delikatny i intymnie kameralny. Świadome wykorzystywanie głównie rezonatora głowowego przy perfekcyjnej kontroli oddechowej i dbałości o barwę każdego dźwięku stworzyło niespotykany efekt spójności estetyki brzmienia fortepianu historycznego i głosu tenorowego. Na tym budowana była przejmująca wyrazowość, niezwykła muzyczna retoryka. Artyści zresztą na co dzień związani są z muzyką dawną, a więc retoryka ta leży u podstaw ich myślenia o muzyce.

Ten rodzaj brzmienia nie jest dla wszystkich. Uświadomiłam sobie, że nie jesteśmy na co dzień przyzwyczajeni do cichej muzyki. Do tego, aby zakres dynamiczny nie rozciągał się pomiędzy piano a forte fortissimo, ale raczej gdzieś między piano pianissimo a mezzopiano. I nic ponad. To nas wytrąca z równowagi.

To pewnie dlatego, że taka muzyka wymaga od odbiorcy większego zaangażowania. Zmusza, aby do niej przyjść. Włożyć swoją własną energię w wysłyszenie jej. W takim koncercie nie przychodzi się na gotowe i nie dostaje się wszystkiego. Smakuje się małymi porcjami, budzącymi większy apetyt. Ale nie jesteśmy do tego przyzwyczajeni. I nie chodzi tu o stwierdzenie, czy to dobrze czy źle, ale o możliwość rozwoju, nauczenie się czegoś. Tego rodzaju aktywność kształtuje nas, wyostrza nasze zmysły zarówno jako odbiorców, jak i wykonawców. Uczy też szacunku do każdego dźwięku.

Z przykrością przyznaję, że kilka osób wyszło w trakcie i to w mało dyskretny sposób. Z przykrością, ale nie dziwiąc się temu. Oczekiwania rodzą możliwość rozczarowań. Jeśli nie dostajemy takiej ilości alikwotów, do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni, uznajemy że wykonanie jest złe (wokalista śpiewa nieprawidłowo, pianista „za mało” gra). Złe, ponieważ nie mieści się w kanonie. Możliwe jednak, że nasze kanony są jeszcze wciąż zbyt wąskie. I jest więcej dróg dotarcia do muzycznej prawdy, aniżeli jedna – ta powielana przez wszystkich. I że w muzyce nie ma jednych zasad gry. Ten koncert był lekcją szacunku i muzycznej tolerancji.

Zupełnie inną sprawą jest dobór repertuaru i jego recepcja, a także problem: kto ile jest w stanie wysłuchać pieśni Schuberta pod rząd. Jedni kilka, inni wszystkie. Tę kwestię również każdy rozstrzygnąć musi indywidualnie.

Koncert:

Jan Van Elsacker (tenor), Katarzyna Drogosz (fortepian) – „Podróż zimowa” Franciszka Schuberta w ramach XX Międzynarodowej Letniej Akademii Muzyki Dawnej

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 241

(34/2013)
20 sierpnia 2013

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj