Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Słysząc > 10 najlepszych albumów...

10 najlepszych albumów 2017 r.: muzyka elektroniczna. Część druga

Karol Aurewicz

Minął kolejny tłusty rok w muzyce elektronicznej. Poniższe subiektywne zestawienie pomoże nie przeoczyć kilku perełek w zalewie wydawnictw.

Albumy przedstawione są w kolejności chronologicznej. Reprezentują różne gatunki, trudno więc pokusić się o hierarchizację.

Peverelist „Tessellations”

Aurewicz pt II okładka 1

Dwa albumy Peverelista dzieli 8 lat i cała epoka w brytyjskiej muzyce elektronicznej. Debiut uosabiał dojrzałą fazę dubstepu, gatunku, którego wybrzmiał już nawet etap z przedrostkiem post-. Peverelist zdążył w tym czasie daleko odejść od swych korzeni. Teraz bezbłędnie porusza się w samodzielnie stworzonej niszy gdzieś na granicy UK bassu i techno. Z dubstepu pozostało jedynie zamiłowanie do najniższych frekwencji, które zapełnia obecnie rzadziej, lecz trafniej.

Przykład „Tessellations” daje nadzieję innym twórcom. Pokazuje, że artysta może być kreatywny dawno po opadnięciu kurzu wokół gatunku i mody, które go wywindowały do sławy. Peverelist bez zbędnego szumu stworzył dzieło w pełni dojrzałe i autorskie, które wymyka się gatunkowemu zaszufladkowaniu. Tym lepiej dla rozwoju elektroniki, żywiącej się fuzjami, mutacjami i reinterpretacjami. Tym lepiej dla słuchaczy, bo obcowanie z tym albumem jest niekłamaną przygodą.

DJ Python „Dulce Compañia”

Aurewicz pt II okładka 2

Debiutujący w trudnej kategorii wydawnictw długogrających nowojorczyk już na starcie kariery zapewnia sobie wyjątkowość. I to, używając języka internetowej reklamy, jednym prostym chwytem, którego zazdroszczą mu wszyscy. Tworzy bowiem „deep reggaeton”, czyli niespotykane połączenie deep house’u z karaibskimi rytmami.

Na samym splataniu gatunków jego pomysłowość się jednak nie kończy. Gdyby po prostu wkleił house’owe syntezatory nad reggaetonowy rytm, szwy takiej muzyki szybko by pękły. Tymczasem wykonanie tego albumu jest zadziwiająco dojrzałe jak na debiutanta, a scalenie inspiracji wzorcowe. Osiągają pełną harmonię, choć z dominacją pierwiastka „deep”. Album DJ-a Pythona zaiste dotrzymuje słodkiej kompanii słuchaczom.

Call Super „Arpo”

Aurewicz pt II okładka 3

Tegoroczny DJ mix Call Super dla Fabric pokazał, że jako DJ biegle włada on językiem muzyki klubowej. „Arpo” dowodzi natomiast, że potrafi tworzyć własny styl. W świecie podzielonym na producentów i DJ-ów londyńczyk dorobił się więc uprzywilejowanej pozycji podwójnie uzdolnionego. Jego nagrania studyjne są najlepszym świadectwem ciężkiej pracy u producenckich podstaw. Ich brzmienie jest maniakalnie dopracowane, przemyślane i perfekcyjne w każdym detalu. Dzięki temu może być bogate i subtelne, wymuskane i porywające zarazem.

Call Super buduje je na dalekich inspiracjach: od jazzu do techno, od ambientu do house’u. Dzięki temu „Arpo” nie tylko jest jedyne w swoim rodzaju, odchodzi także jeszcze dalej niż poprzedni album od typowo klubowych form. Najbliżej mu do szufladki IDM-owej – i to w czasach, kiedy wydawało się już, że gatunek ten wymiera, zjadając własny ogon. Call Super reanimuje stary styl na świeżych zasadach, jest więc dokładnie tym, czego mu potrzeba.

Equiknoxx „Colón Man”

Aurewicz pt II okładka 4

Tegoroczne zestawienie zawdzięcza aż dwa albumy karaibskim rytmom. I choć historycznie korzenie obu tkwią w reggae, trudno rozpoznać w nich dalekich kuzynów. Jamajski duet Equiknoxx tworzy bowiem dancehall na miarę XXI w., atmosferą i postawą artystyczną diametralnie inny niż album DJ-a Pythona.

Equiknoxx na scenie dancehallowej są aktywni od lat, lecz dopiero teraz w pełni pokazali, na co ich stać. Wcześniej skupiali się na komponowaniu podkładów dla wokalistów. Dopiero na drugim autorskim albumie przeszli z drugoplanowej roli dostawców tła do pierwszoplanowej autonomicznych twórców. I oby w tej roli już pozostali, ponieważ świetnie się w niej znajdują. „Colón Man”, album często mroczny i niepokojąco dziwaczny, gdzieś między dźwiękami przemyca bezmiar zwykłej radości z tworzenia i obcowania z muzyką. Podczas słuchania go ma się wrażenie, że proces twórczy był dla Jamajczyków czystą frajdą. Frajdą, którą potrafią zarazić odbiorcę.

RAMZi „Pèze-Piton”

Aurewicz pt II okładka 5

RAMZi z godną pozazdroszczenia konsekwencją wydaje album raz do roku. Na piątym już z kolei udowadnia na dodatek, że jej muzyczny mikrokosmos jest coraz gęściej i ciekawiej zaludniony. Wszystko w nim jest możliwe, bo Kanadyjka nadaje z tak zwanego „czwartego świata”. Artyści czerpiący z wracającego ostatnimi czasy do łask konceptu Jona Hassella łączą tradycyjną, często plemienną i mocno przetworzoną, muzykę z najnowszymi technologiami i gatunkami. Tak też działa RAMZi: czasem upiorne, czasem niesamowite sample egzotycznych wokali pływają u niej nad raz połamanymi, raz pulsującymi rytmami i zaburzonymi często melodiami. Tak sprokurowana całość brzmi jak folklor jakiegoś nieodkrytego czy wyimaginowanego plemienia, przez co zdaje się jednocześnie znajoma i obca. Jedno jest jednak pewne: plemię, z którego pochodzi RAMZi, przy całej swej dziwaczności wita słuchacza z otwartymi ramionami.

 

Fot. wykorzystana jako ikona wpisu: simon_music, Wikimedia Commons

SKOMENTUJ

Nr 470

(2/2018)
9 stycznia 2018

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj