Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Słysząc > Piękna polemika z...

Piękna polemika z Rachmaninowem, czyli Barenboim gra Debussy’ego

Gniewomir Zajączkowski, Szymon Żuchowski

Wszystko mieni się tu refleksami, a jednocześnie pianista nie topi misternej czasem faktury w „bagnistym” pedale i nieprecyzyjnej artykulacji, czym grzeszy niejeden kolega po fachu.

Z okazji przypadającej na 25 marca 2018 r. setnej rocznicy śmierci Claude’a Debussy’ego teatry operowe chętnie wznawiają jedyną operę tego kompozytora, „Peleasa i Melizandę”, lub włączają do programu bieżącego sezonu jej nowe inscenizacje, jak w Buenos Aires, Bordeaux, Antwerpii, Mannheim, Glyndebourne, Wiedniu oraz niedawno w berlińskiej Komische Oper i w warszawskim Teatrze Wielkim. Zainteresowanie muzyką Debussy’ego wzrosło również na estradach koncertowych i na rynku fonograficznym.

Barenboim(c)FelixBroede

(c) Felix Broede

Seong-Jin Cho, może już nieco zmęczony Chopinem – którego Maurice Touchard (krytyk muzyczny „La Nouvelle Revue” w latach 1912–1920) całkiem trafnie określił mianem „dziadka Debussy’ego” – nagrał płytę z utworami francuskiego kompozytora dla Deutsche Grammophon. Jego grę, podobnie jak na poprzednich płytach, cechuje dobra technika, mimo czasem zbyt często używanego pedału – ujmuje on niestety wyrazistości jego interpretacjom, które i bez tego często wydają się zupełnie bezbarwne i pozbawione jakiejkolwiek narracji. Porównać je można do niemożliwie mdłych preludiów nagranych przez Krystiana Zimermana (Deutsche Grammophon, 1994). Próżno się także doszukiwać u Cho jakiegoś dialogu między Chopinem a Debussym, o który tryumfator Konkursu Chopinowskiego mógłby się pokusić. Być może dla niektórych takie podejście do muzyki Debussy’ego będzie najdobitniej wyrażało ideę impresjonizmu; Sergiusz Rachmaninow na pytanie Vladimira Horowitza, dlaczego włączył do swojego repertuaru utwory Debussy’ego, mimo iż za nimi nie przepada, odpowiedział: „Chcę udowodnić publiczności, że to nie jest dobra muzyka”. Płyta Seong-Jina Cho zdaje się świadczyć o podobnym stosunku pianisty do francuskiego kompozytora. A przynajmniej o tym, że swojego stosunku do niego za bardzo nie przemyślał.

„Preludia” to złożony cykl, o trudności którego stanowią nie tylko wymagania czysto techniczne, lecz także – a może przede wszystkim – różnorodność nastrojów, jakie należy wykreować w poszczególnych jego ogniwach.

Szymon Żuchowski, Gniewomir Zajączkowski

Niczym antidotum na tę niezwykle krytyczną opinię Rachmaninowa i jej ucieleśnienie w wizji Cho może zadziałać płyta Daniela Barenboima, również wydana przez Deutsche Grammophon. Rok 2018 artysta rozpoczął od tournée, na które złożyło się jedenaście monograficznych recitali z muzyką fortepianową Debussy’ego, promujących ten album. Znalazła się na nim rejestracja pierwszego zeszytu „Preludiów” dokonana w 1988 r. To złożony cykl, o trudności którego stanowią nie tylko wymagania czysto techniczne, lecz także – a może przede wszystkim – różnorodność nastrojów, jakie należy wykreować w poszczególnych jego ogniwach. Pod względem stylistycznym preludia Debussy’ego zaliczają się bowiem do bardziej urozmaiconych cykli w historii muzyki. Program uzupełniony został nagranymi w październiku zeszłego roku miniaturami: „La plus que lente”, „Elegią”, trzema „Sztychami” („Estampes”) i nieśmiertelnym „Światłem księżyca”. Szkoda, że ten ostatni utwór został sprowadzony do roli samodzielnego hitu w stylu „Dla Elizy” i wyrwany z kontekstu „Suite bergamasque”, do której pięknie należy. Ale to chyba jedyny mankament tej płyty.

Przestaje on mieć znaczenie w momencie, kiedy wybrzmiewa pierwsza z trzech „Estampes”, które wiodą słuchaczy na Daleki Wschód, a stamtąd na południe Europy. Siedząc przy fortepianie, Barenboim wykorzystuje swoje umiejętności dyrygenckie, gra fakturą i barwą, z dużą świadomością planów dźwiękowych. Zachwyca nie tylko witalnością ulewnego deszczu spadającego na ogród („Jardins sous la pluie”) ale i eteryczną atmosferą w „Żaglach” czy w „Co widział zachodni wiatr”. Wszystko mieni się tu refleksami, a jednocześnie pianista nie topi misternej czasem faktury w „bagnistym” pedale i nieprecyzyjnej artykulacji, czym grzeszy niejeden kolega po fachu. Barenboim nie boi się nadać niektórym motywom wyrazistego, ostrego konturu melodycznego i rytmicznego, jak w „Przerwanej serenadzie” albo „Wietrze na równinie”. Czasem z pozornie chaotycznych, obsesyjnie powtarzanych pomysłów rytmicznych rodzą się nieuchwytne plamy barwne w preludium „Dźwięki i wonie krążą w wieczornym powietrzu”, podobnie też w „Śladach na śniegu”. Mamy tu do czynienia nie tyle z migotliwością barw, którą można by porównać do obrazów Pierre’a Bonnarda, co z jakby „plakatowym” traktowaniem plam, jak u Ferdinanda Hodlera. Takie efekty daje się uzyskać dzięki rygorystycznej dyscyplinie metrycznej. Wiele fragmentów tych utworów, często zamazywanych przez pianistów, uzyskuje pod palcami Barenboima wyrazisty kontur i kierunek narracji. Odczytanie Debussy’ego przez niego czerpie zarówno z tradycji muzyki romantyzmu (Chopin), jak i rodzącego się w tym samym czasie co impresjonizm, ekspresjonizmu (por. z „Verklarte Nacht” Schoenberga). Może sposób wykonania niektórych z tych preludiów zostanie uznany za nieco zbyt wyostrzony – mało „impresjonistyczny”, ale przecież Bonnard, Hodler, Monet i Pissarro to wielcy impresjoniści, choć tak znacznie różnią się od siebie techniką i stosowaną paletą barw.

Siedząc przy fortepianie, Barenboim wykorzystuje swoje umiejętności dyrygenckie, gra fakturą i barwą, z dużą świadomością planów dźwiękowych.

Szymon Żuchowski, Gniewomir Zajączkowski

W tym sezonie Barenboim do utworów Debussy’ego wróci jeszcze wielokrotnie. Tylko raz jednak zasiądzie jeszcze do fortepianu na wspólnym recitalu z Marthą Argerich w czasie wiosennych Festtage w Filharmonii Berlińskiej. W programie znajdzie się taka gratka, jak transkrypcja uwertury do „Holendra Tułacza” Richarda Wagnera na dwa instrumenty oraz opracowania znanych utworów Debussy’ego (na dwa fortepiany albo na cztery ręce). Liczymy na to, że koncert ten zostanie nagrany i wydany na płycie, jak ten sprzed kilku lat, zarejestrowany w Buenos Aires w 2015 r., na którym oboje pianiści – i fantastyczni kameraliści! – sięgnęli po kompozycje Schumanna, Bartóka i właśnie Debussy’ego („En blanc et noir”). Jako dyrygent Barenboim poprowadzi między innymi „Peleasa i Melizandę” w berlińskiej Staatsoper (inscenizację z 1991 r. w reżyserii legendarnej Ruth Berghaus). Ponadto wraz z Staatskapelle Berlin wykona między innymi: „Męczeństwo świętego Sebastiana”, „Trzy nokturny”, „La damoiselle élue”, „Morze”, „Popołudnie fauna”, „Fantazję na fortepian i orkiestrę”, i „Trzy obrazy na orkiestrę”. Chyba żaden inny artysta nie ma tak ambitnego planu na ten sezon wypełnionego muzyką Debussy’ego – i warto śledzić jego poczynania.

 

Płyta:

Daniel Barenboim, Claude Debussy, Deutsche Grammophon 2018.

Ikonka

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 476

(8/2018)
20 lutego 2018

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj