Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Słysząc > 10 najlepszych albumów...

10 najlepszych albumów 2020 roku: muzyka elektroniczna. Część druga

Karol Aurewicz

Minął kolejny tłusty rok w muzyce elektronicznej. Poniższe subiektywne zestawienie pomoże nie przeoczyć kilku perełek w zalewie wydawnictw.

Ulla „Tumbling Towards a Wall”

Amerykanka Ulla, wcześniej znana pod pełnym nazwiskiem Ulla Straus, na swoim ostatnim solowym albumie nie odkrywa koła. Podobny koncept, filigranowe tekstury z akompaniamentem leniwych rytmów, rozwijał chociażby Leif na wyróżnionym przeze mnie w poprzednim zestawieniu „Loom Dream”. Coś jednak sprawia, że ten album nie nudzi się po kolejnych odsłuchach. Wręcz przeciwnie – zdaje się znajdować w sobie dotychczas ukryte pokłady świeżości. Z każdym kolejnym razem album wchodzi coraz głębiej w intymny związek ze słuchaczem. Osiąga to dzięki delikatności, która przejawia się w obsesyjnym skupieniu na detalach na poziomie kompozycyjnym. Dzięki temu możemy być pewni, że następnym razem „Tumbling Towards a Wall” znów nas czymś zaskoczy – co jest tym bardziej paradoksalne, że na pierwszy rzut ucha album przypomina raczej podejście do kompozycji Barnetta Newmana niż Pietera Bruegla.

 

Sign Libra „Sea to Sea”

Sign Librze udał się wyczyn co niemiara, gdyż nagrała figlarny, awangardowy album z gatunku new age. Nie sądziłem, że to możliwe! Łotyszka udowadnia, że można uprawiać sztukę niczym zabawę, karnawał (co świetnie oddaje teledysk) i zarazem niczym zupełnie poważne, natchnione doświadczenie. Dzięki temu „Sea to Sea” nie wpada w pułapkę nieznośnego, zjadającego własny ogon nadęcia, w której skończył niejeden new age’owy artysta. Tymczasem Sign Librze udaje się serwować nawet z pozoru najpoważniejsze kompozycje, puszczając oko do publiki. Zdaje się ona tym samym sugerować, by podążać za jej przykładem i przede wszystkim czerpać frajdę z radosnej twórczości. Przypomina nam, że nawet najpoważniejsza sztuka u swoich podstaw jest kreatywną afirmacją życia.

 

Lyra Pramuk ‎„Fountain”

Amerykanka Lyra Pramuk to nowa konkurentka w mikro-niszy artystek komputerowo manipulujących własnymi głosami (jak choćby Stine Janvin Motland czy Julianna Barwick, którą już wychwalałem na łamach „Kultury Liberalnej”). Debiutancki album zbudowała wyłącznie z cyfrowo przerobionych sampli swojego wokalu. Koncept nie jest więc nowy. Tym, co wyróżnia „Fountain”, jest konsekwencja, z którą podchodzi do niego Pramuk. Jednoznacznie pokazuje, że w osobie formalnej debiutantki mamy do czynienia z dojrzałą artystką, która dobrze wie, co i dlaczego robi. Choćby konsekwentnie budując błogi, optymistyczny nastrój, którego często próżno szukać w muzyce awangardowej. Jeśli obraz jest wart więcej niż tysiąc słów, to Pramuk udowadnia, że dźwięk przed-językowego, bo jedynie sylabizującego ludzkiego głosu musi być wart co najmniej tyle samo. „Fountain” oddziałuje na nas na nieco już zapomnianym, pierwotnym poziomie. Na poziomie niemowlęcia, które nie rozumie głosów rodziców, ale czuje, że jest z nimi bezpieczne. A każdy z nas nosi to niemowlę w sobie.

 

Nicolás Jaar „Cenizas”

Obserwując kolejne poczynania Chilijczyka w ostatnich latach, miałem nieodparte wrażenie, że zamiast szlifować swój bezdyskusyjny talent, rozmienia go na drobne w kolejnych projektach i projekcikach. „Cenizas”, trzeci album Jaara pod własnym nazwiskiem, zmusza mnie jednak do przyznania, że w tym szaleństwie zawsze była metoda. Jasne, album jest tak samo chaotyczny, jak cała kariera autora. Nawet najstarsi górale nie wiedzą, dlaczego akurat w danym miejscu nagle wybucha solo fortepianu, a w innym klarnetu. Słyszą natomiast, że całość – jakimś cudem – działa. Ba! Buduje niepowtarzalną atmosferę niczym z najdziwniejszego snu, jednocześnie dając najspójniejszy do tej pory wyraz bardziej awangardowych ciągot Jaara z poprzednich albumów. Najstarsi górale radzą więc zaakceptować chaos, który zrodził „Cenizas”.

 

KMRU „Peel”

Na „Peel”, jednym z co najmniej czterech albumów, które Kenijczyk KMRU wydał w 2020 roku, inspiracje Timem Heckerem i Williamem Basinskim łączą się w hipnotyczną i znajdującą się w nieustannej fluktuacji, a jednocześnie majestatyczną i delikatną całość. I choć ponadprzeciętna płodność artystyczna KMRU może sugerować, że dla niego samego ten album jest tylko jednym z wielu muzycznych eksperymentów, wyróżnia się spośród wszystkich jego wydawnictw konceptualną jednorodnością. O ile albumowi Ulli bliżej do Pietera Bruegla, KMRU na „Peel” pozostaje wierny szkole Barnetta Newmana. Kenijczyk łączy niezliczone warstwy field recordings i syntezatorów w rzekę dźwięku, której nigdzie się nie śpieszy, choć nigdy nie stoi ona w miejscu. Łagodnie, nieśpiesznie omywa nasze kostki kolejnymi falami, które zdają się przychodzić bez początku i bez końca.

 

PS Albumy przedstawione są w kolejności chronologicznej. Reprezentują różne gatunki, trudno więc pokusić się o hierarchizację.

PS2 Poprzednie zestawienie budowały równo, po połowie, albumy nagrane przez kobiety i mężczyzn. Tym razem kobiety zyskały przewagę: w tym zestawieniu jest ich 60 procent. Oby był to zwiastun realnego upodmiotowienia kobiet w elektronice, które utrzyma się na zawsze!

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 630

(5/2021)
2 lutego 2021

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj