W środę Maciej Berek złożył w sejmie przysięgę sędziego Trybunału Konstytucyjnego. Prezydent Karol Nawrocki i tym razem, podobnie, jak w przypadku czterech wcześniej wybranych przez sejm sędziów nie był przy niej obecny. Jednak sędziowie mają argument w postaci rekomendacji Komisji Weneckiej, zgodnie z którą należy umożliwić im złożenie ślubowania „bez fizycznego udziału prezydenta”.

Przed siedzibą TK trwa od kilku tygodni protest środowisk prawicowych przeciw próbom, ich zdaniem, przejęcia trybunału. Tak samo określała to opozycja parlamentarna i protestujący obywatele, kiedy PiS w 2016 roku obsadzało swoimi ludźmi ten sąd.

Jednak wczoraj doszło do incydentów, których dziesięć lat temu nie widzieliśmy. Kiedy Berek wszedł do budynku, miał być szarpany przez prezesa TK Bogdana Święczkowskiego. Inaczej też zachowują się protestujący – wtedy mówili o praworządności, demokracji. Teraz trzymają krzyże, blokują drogę policji, krzyczą.

Praworządność i prawość

To pokazuje właściwie istotę różnicy między tamtymi, a tymi protestami. Tamte były w obronie standardów państwa, bo takimi argumentami się posługiwały. Te są przeciw władzy uznanej za zdradziecką i uzurpatorską. Przeciw takiej władzy można zwracać się do siły wyższej (krzyże) i używać wszelkich środków (szarpanina, blokowanie).

W podobnej estetyce utrzymywały się protesty organizowane przez Strajk Kobiet, tyle, że one nie używały krzyży, tylko błyskawic. Obywatelskie nieposłuszeństwo, mocne słowa, gniew i determinacja w obronie własnych praw. To jest emocja, która łączy obecnych obrońców Trubunału obsadzonego przez PiS z protestami kobiet, które polityka skazała na uprzedmiotowienie.

Różnica polega na tym, że obecne protesty przed TK nie stoją w obronie praw człowieka, tylko wizji władzy politycznej, jaka powinna być sprawowana w Polsce. Przekonanie o słuszności oporu jest jednak wśród zgromadzonych wyraźnie silne, podbudowane lękiem i potrzebą przeciwdziałania zamiarom obecnej władzy.

Protesty i powszechna przemoc

Protesty te odbywają się w szczególnym momencie wzrostu przemocy w przestrzeni publicznej. Ta werbalna, w sejmie, w wypowiedziach polityków jest obecna od wielu lat. Teraz jednak widać wzrost zagrożenia przemocą fizyczną. Pobudzane przez radykalnych polityków ataki na obcokrajowców, przemoc w szkołach, ataki nożowników i panika z tym związana, poczucie zagrożenia przed wojną, dywersje i wypadki, które mogą być przecież dywersjami, dezinformacja wywołują skrajne emocje.

Na tym tle wieszanie dziecięcych bucików na drzwiach do kościołów czy przerywanie mszy przez protestujące kobiety wyglądała jak tupanie nóżką w przedszkolu. A przemówienia przedstawicieli organizującego protesty w obronie Trybunału KOD-u, jak debaty akademickie.

Zazwyczaj obecny kurs rządu zaostrzenia działań wobec Trybunału komentowany jest za pomocą argumentów prawnych i politycznych. Czyli – czy jest to praworządne i czy pomoże pokazać sprawczość. Jednak wątek agresji i skrajnych emocji też jest ważny.

Środowiska prawicowe zazwyczaj protestują w ten sposób. Tak było, kiedy zaczynały się pierwsze przemiany w Polsce po katastrofie smoleńskiej. Z religijnym umocowaniem poczucia słuszności protestowali wtedy obrońcy krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Później na siły wyższe w uzasadnianiu swoich racji powoływali się modlący demonstranci pod aresztami, w których siedzieli Maciej Wąsik i Mariusz Kamiński w 2024 roku po skazaniu w sprawie afery gruntowej z 2007 roku.

Do przemocy z fizycznej z kolei posuwali się kierowani przez Roberta Bąkiewicza „obrońcy kościołów” w czasie protestów kobiet. Tu racja była również uzasadniana moralnie. Obrońcy demokracji i praworządności z definicji takich form protestu nie stosują, bo odwołują się do argumentów propaństwowych. Nawet, jeśli odwołują się do obywatelskiego nieposłuszeństwa jak Obywatele RP, to nie używają przemocy.

Prawda raczej nie wygra, bo jej nie będzie

Dlatego teraz protesty grup, które od, nawet łagodnych, form przemocy się nie odżegnują, mogą być społecznie i politycznie niebezpieczne. W sytuacji chaosu i lęków podsycanych wewnętrznie i zewnętrznie, ta publiczna wrogość może stać się zapalnikiem do nieobliczalnych zachowań.

Podobnie jak przekonanie o moralnej wyższości. Zwłaszcza, kiedy wykorzystują to zdeterminowani politycy. Z jednej strony są Jarosław Kaczyński i prezydent Karol Nawrocki, którzy byli wczoraj w Trybunale bronić tamtejszego układu sił. Z drugiej, politycy partii rządzących, którzy chcą dotrzymać obietnic wyborczych i przegonić tych, którzy zawłaszczyli publiczne instytucje. W oczach prawicowych obrońców tych instytucji też stosują oni przemoc – wspieraną przez fakt sprawowania władzy.

Nawet, jeśli rządzący kierują się więc propaństwowymi racjami, usiłując przywrócić demokratyczne standardy, muszą zmierzyć się z tą formą sprzeciwu. Kiedy jest nią destrukcja i pewne formy przemocy, trudno zachować dawne standardy.

Przywracanie praworządności z pewnością nie odbędzie się więc w powszechnym przekonaniu, że wygrało państwo i prawo. Im bardziej skuteczni będą rządzący, tym większe będą wywoływać emocje przeciwników i chęć walki.