Selja Ahava, laureatka Nagrody Literackiej Unii Europejskiej, to jedna z najciekawszych współczesnych fińskich pisarek – autorka, która konsekwentnie buduje własny, rozpoznawalny styl: poetycki, fragmentaryczny, zanurzony w emocjach i pamięci. Jej twórczość wyróżnia się subtelną wrażliwością, a jednocześnie odwagą w podejmowaniu tematów trudnych, takich jak żałoba, rozpad tożsamości, przypadkowość losu i kruchość ludzkiego doświadczenia. 

Zanim zaczęła pisać prozę, pracowała jako scenarzystka kinowa i telewizyjna – i tę filmową wrażliwość widać w jej książkach. Jej narracje są zbudowane z obrazów, krótkich scen, detali, które działają na czytelników bardziej jak kadry filmowe niż klasyczne rozdziały. W Polsce znana jest przede wszystkim dzięki powieściom „Rzeczy, które spadają z nieba” [2021], „Kobieta, która kochała owady” [2022] oraz „Zanim mój mąż zniknie” [2024]. Teraz polski czytelnik dostaje do rąk kolejną powieść autorki zatytułowaną „Dzień, w którym wieloryb przepłynął przez Londyn”.

Rozpad Anny

„Dzień, w którym…” to powieść, która działa przede wszystkim emocjami, nastrojem i fragmentami zdarzeń – jak pamięć, którą opisuje. To książka subtelna, melancholijna i głęboko humanistyczna, a jej siła tkwi w sposobie, w jaki autorka pozwala czytelnikom i czytelniczkom wejść w rozchwiany, nieciągły świat głównej bohaterki, Anny – stopniowo tracącej kontrolę nad swoją pamięcią. Anny, która „gubiła przedmioty, uczucia i słowa” [s. 124]. Ahava konstruuje narrację z rozsypanych scen, wspomnień i obrazów, które nie układają się w linearną historię. Czas zatrzymuje się, cofa, miesza z teraźniejszością – dokładnie tak, jak dzieje się to w umyśle Anny. Fragmentaryczna forma nie jest tu formalnym eksperymentem, lecz próbą oddania sposobu postrzegania świata przez osobę żyjącą w labiryncie własnego umysłu. 

Postać Anny jest fascynująca, jednocześnie zagubiona i wrażliwa, próbująca ocalić resztki własnej tożsamości. Jej życie pęka na „przed” i „po” – po niespodziewanej śmierci męża Anttiego, która uruchamia proces demencji i wyparcia. Wspomnienia o wspólnym życiu na wyspie, o morzu i o dawnej miłości wracają do niej jak oniryczne obrazy.

„Najtrudniejsze było to, jak Antti umierał w Annie. Anna myślała o nadchodzących dniach, po jednym naraz, i w każdym z nich kryła się cząstka śmierci. Antti umierał nie tylko w tym, w czym był obecny, przypominał o sobie także w tych wszystkich rzeczach, które pozostały niezrealizowane. Nieważne za co Anna by się nie zabrała, stanowiło to świadectwo tego, co odeszło. Każdy wdech, sen, wycieczka do sklepu były krokami oddalającymi ją do Anttiego. Antti zatrzymał się, uderzony, zgnieciony, zastygły w miejscu. Anna szła przed siebie, odchodziła. Przynajmniej próbowała” [s. 132].

Ucieczka

To próbowanie polega także na porzuceniu dawnego domu, wyspy i szukaniu ukojenia na obczyźnie. Londyn (w którym teraz mieszka) staje się miejscem schronienia, choć i tam rzeczywistość zaczyna się rozmywać. Ahava nie lituje się nad swoją bohaterką – podąża jej śladem, pozwalając czytelnikom poczuć jej dezorientację. To literatura, która nie wzrusza na siłę tanim melodramatyzmem, lecz porusza właśnie przede wszystkim swoją powściągliwością.

„Były dni, kiedy ledwo wiedziała, kim jest. Dni, kiedy otwierała usta i nie wiedziała, jaki język się z nich wydobędzie. Ktoś stąpał za nią ociężale, spokojnie, zawzięcie i zjadał kawałki jej pamięci. Na miejsce brakujących fragmentów wciskano kamienie, a otwory zaszywano. Dlatego w jej wnętrzu dudniło i bolało, czuła się taka pusta” [s. 193].

Anna czuje, jakby świat zaczynał się rozmywać na brzegach – niby wciąż znajomy, ale coraz mniej pewny. Zaczyna pojawiać się delikatny, niepokojący rozdźwięk między tym, co powinno być oczywiste, a tym, co nagle wymyka się jej z rąk. Najpierw jest konsternacja: drobne luki, które można zrzucić na zmęczenie. Potem zawstydzenie, gdy brakuje słów, nazw, twarzy, które przecież były kiedyś jak kotwice. Bywa, że nie rozpoznaje na przykład Thomasa, mężczyzny, z którym związała się w Londynie.

Innym razem mówi o nim „on myśli, że potrzebuję wsparcia. Wyobraża sobie, że sam jest jak boja. Ale przecież ja jestem już na dnie, już głębiej nie opadnę. Jestem pod wodą, na dnie, jak ciężki odważnik, stara zmęczona flądra” [s. 166]. Zaczyna rozumieć, że mężczyzna nie może być jej ratunkiem, nie może jej zakotwiczyć w rzeczywistości. Antti jest bowiem momentami bardziej realny niż Thomas, bardziej prawdziwe wydają się także nienarodzone dzieci, którym nadaje imiona i z którymi ciągle rozmawia.

Anna zaczyna obserwować samą siebie jakby z dystansu, próbując uchwycić moment, w którym pamięć „urwie” się ostatecznie. Pojawia się też gniew, skierowany na własny umysł, który przestaje być przewidywalnym sprzymierzeńcem. A obok gniewu żal: za tym, co znika, ale także tym, co było oczywiste – prostotą codzienności, która nagle wymaga wysiłku. W Annie rodzi się też czułość wobec drobiazgów – zapamiętanych gestów, zapachów, fragmentów rozmów.

„Czas rozpadał się Annie w dłoniach. Rozpościerał się jak leżąca na kolanach uszyta ze skrawków narzuta, wszystkie fragmenty były tej samej wielkości i tak samo oddalone od siebie. A Anna przyglądała się tym kawałkom ze zdziwieniem, nie mogąc doszukać się w nich żadnej większej logiki” [s. 17].

Niezapomniany dzień

Ahava interesuje się tym, co nieoczywiste: nagłymi zdarzeniami, które zmieniają życie oraz wewnętrznymi procesami, których nie da się w pełni opowiedzieć. W jej pisarstwie powracają trzy kluczowe tematy i tak też jest w „Dniu, w którym…”. To pamięć – autorka bada, jak pamięć kształtuje człowieka i jak jego tożsamość rozpada się, gdy pamięć zawodzi. Po drugie, przypadek – w jej książkach los działa jak siła chaotyczna: spadające z nieba przedmioty, niespodziewane katastrofy, wieloryb w centrum Londynu. To wszystko pokazuje, że życie jest nieprzewidywalne i często wymyka się logice. Trzeci wielki temat to utrata – śmierć, rozpad relacji, zanik wspomnień. Ahava nie epatuje dramatem, lecz pokazuje, jak człowiek próbuje zachować godność i sens w sytuacjach granicznych. Jej proza nie tłumaczy wszystkiego – zostawia przestrzeń na interpretację. To literatura, która działa bardziej emocją niż fabułą, nastrojem niż akcją.

W jej najnowszej powieści tytułowy wieloryb w centrum Londynu nie jest cudownym zjawiskiem, lecz metaforą czegoś ogromnego, anomalii, która wdziera się w codzienność i zmienia ją na zawsze. Ale w tym przypadku autorka sięga po prawdziwą historię, która wydarzyła się w Londynie w 2006 roku.

20 stycznia o godzinie 8.30 jeden z pasażerów porannego pociągu, David Dopin, zadzwonił na policję, żeby powiedzieć, że widział wieloryba w Tamizie, choć podejrzewał, że to halucynacje. Wkrótce jednak pojawiły się kolejne zgłoszenia, a kamery telewizyjne uchwyciły sylwetkę młodej samicy wieloryba butlonosego północnego, gatunku żyjącego zwykle w arktycznych głębinach. Wieloryb płynął między mostami, mijając Parlament, Chelsea Bridge i Battersea. 

Ludzie zbierali się na brzegu, niektórzy schodzili na odsłonięte dno rzeki, próbując go naprowadzić na głębszą wodę. Zwierzę jednak wielokrotnie osiadało na mieliźnie, bo Tamiza ma zaledwie około pięciu metrów głębokości. Na jego skórze widać było ślady krwi, a ratownicy zaczęli podejrzewać, że jest skrajnie wyczerpany i odwodniony. Do akcji szybko wkroczyli British Divers Marine Life Rescue, weterynarze i straż rzeczna. Próbowano utrzymać wieloryba w wodzie, podkładając pod niego płachty i pontony. Tłumy rosły, helikoptery krążyły nad Tamizą, a cały świat – szacuje się, że ponad 50 milionów widzów – oglądał transmisję. Plan był ambitny: przetransportować wieloryba barką w stronę morza, cały czas podtrzymując go w specjalnych pontonach. Jednak w trakcie operacji jego stan gwałtownie się pogorszył. Weterynarz szykował zastrzyk, by skrócić cierpienie, ale zwierzę zmarło samo, tuż po 19.00. Ostatecznie szkielet wieloryba, który przepłynął przez Londyn, trafił do Natural History Museum.

Anomalia

W powieści Anna jest jedną z osób, które obserwowały zmagania wieloryba. „Jacy niespokojni i mali zdawali się ludzie przy wielorybie. Zupełnie jak mewy, gdy wleci między nie orzeł […] W ten sam sposób wieloryb niósł ze sobą inny czas, inną siłę” [s. 154]. „To był ten dzień, którego nikt nie zapomni. Dzielili ze sobą dzień, w którym wieloryb przepłynął przez Londyn” [s. 155] – czy Anna rzeczywiście nie zapomni tego dnia? Czy niespodziewane zdarzenia, wyrwane z kontekstu, zaburzające naszą codzienność, działają na nas mocniej niż rutyna i powtarzalność kolejnych dni?

„Dzień, w którym wieloryb przepłynął przez Londyn” to powieść o stracie, demencji, próbie ocalenia siebie i o tym, że nawet gdy pamięć zawodzi, człowiek pozostaje ze swoimi emocjami. 

„Wkrótce zrobi się ciemno. Prędzej czy później zrobi się bardzo ciemno i na to Anna nie mogła nic poradzić. Słowa znikały, ziemia drżała, a kamienie grzechotały. Były twarze, krzesła, były te, jak im tam, ale teraz było to takie trudne. Musiała szukać w dziurach i zastanawiać się nad nazwami, ale ich nie znajdowała” [s. 222]. Dla bohaterki „wszystko było w ruchu, słowa zmieniały się miejscami” [s. 177], dla czytelników zaś opowieść odsłania kruchość pamięci, która nie znika nagle, lecz rozpływa się w ciszy między jednym a drugim zdaniem.

Książka:

Selja Ahava, „Dzień, w którym wieloryb przepłynął przez Londyn”, tłum. Justyna Polanowska, Grupa Wydawnicza Relacja, Warszawa 2026.