Jakub Bodziony: Alexandria Ocasio-Cortez stwierdziła w sierpniu, że „woke 1 było szaleństwem”. Kilka lat temu tego rodzaju krytyka byłaby nie do pomyślenia w kręgach postępowych. Dlaczego czołowi demokraci dystansują się od języka i polityki związanych z erą „woke”? To reakcja na retorykę Trumpa czy rewizja polityczna wewnątrz lewicy?
A co to właściwie jest „woke”? Dla mnie to nigdy nie było jasne.
To koncepcja, która funkcjonuje jako lekceważąca obelga. Używają jej ci, którzy nie chcą zbytnio zastanawiać się nad postulatami mniejszości, nowych ruchów społecznych. A nawet nad losami naszej planety czy wojny.
Dlatego bardzo trudno mi mówić o tym zjawisku tak, jakby było czymś dobrze znanym.
Z politycznego punktu widzenia interesuje mnie, co ludzie przez nie rozumieją. Nie sądzę jednak, żebyśmy mogli się zgodzić co do tego, o czym mówimy.
Czy o polityce feministycznej przeciwko gwałtom, przemocy seksualnej, molestowaniu? O ogólnej feministycznej lub lewicowej krytyce handlu ludźmi w celach seksualnych, jak w sprawie Epsteina? O opiece zdrowotnej dla osób potrzebujących tranzycji płciowej lub pomocy w zakresie zdrowia psychicznego? O ruchach przeciwko rasizmowi? Na rzecz ratowania migrantów na Morzu Śródziemnym? Mających na celu powstrzymanie zmian klimatycznych poprzez walkę z paliwami kopalnymi?
Czy to wszystko to „woke”?
JB: A jest?
No właśnie nie wiem, o czym mówimy, kiedy słyszę pytanie o woke. Mam z nim trudności, ponieważ muszę wyobrazić sobie osobę, która stara się zdyskredytować i uogólnić pewien zestaw stanowisk politycznych, a następnie odtworzyć jej sposób myślenia. Ale ja go nie popieram.
Pyta mnie pan też o dystansowanie się Partii Demokratycznej i lewicy od czegoś, co nazywa się „woke 1”.
Obecnie Partia Demokratyczna nie jest zbyt lewicowa. Pewne podgrupy, na przykład Demokratyczni Socjaliści Ameryki, znajdują się na lewo od programu Partii Demokratycznej. Jednak sama partia taka nie jest. Jest centrowa i neoliberalna.
To, czy da się to zmienić, czy też partia ta przechodzi obecnie proces zmian, jest ważnym i ekscytującym pytaniem. Wielu z nas to obserwuje.
JB: Dlaczego jednak postępowe skrzydło, do którego należą takie osoby jak Ocasio-Cortez czy Zohran Mamdani, otwarcie dystansuje się od ruchu „woke”? Ocasio-Cortez powiedziała wprost: „Tak, posunęliśmy się za daleko”. Chodzi o korzyści polityczne?
Ocasio-Cortez i Mamdani są sojusznikami, pamiętajmy o tym. Popieram ich oboje.
Jednak Ocasio-Cortez jest bardziej centrowa niż Mamdani. On zajął na przykład znacznie odważniejsze stanowisko w sprawie Palestyny. Co więcej, jest bardziej niż ona otwarcie socjalistyczny. A jego działania na rzecz klasy robotniczej w Nowym Jorku są bardziej kompleksowe niż działania Ocasio-Cortez.
Ocasio-Cortez nadal działa w ramach Partii Demokratycznej, a nie jako demokratyczno-socjalistyczna alternatywa dla niej. Zatem pod względem strategicznym zajmuje inną pozycję niż Mamdani. Nie wiem, co miała na myśli, mówiąc, że „posunęliśmy się za daleko”.
Przyglądając się prawicowej krytyce zjawiska „woke” – cokolwiek by ono oznaczało – oraz temu, jak przejawiała się ona w kontekście kandydatury Kamali Harris na prezydentkę, dostrzeżemy na przykład kwestię praw migrantów. Ich prawa do sprawiedliwego postępowania sądowego, do ubiegania się o azyl, do tego, by nie byli deportowani przy użyciu przemocy, nielegalnie internowani ani zatrzymywani. Prawica obawiała się, że zgodne z prawem międzynarodowym, humanitarne podejście do migrantów, jest „woke”. Nie wiem, czy prawo międzynarodowe jest „woke”. Brzmi to zabawnie.
Niektórzy twierdzą nawet, że Międzynarodowy Trybunał Karny jest „woke”, ponieważ jest skłonny stwierdzić, że w Palestynie mają miejsce działania, które można uznać za ludobójstwo. Ale czy to jest „woke”?
Nie słyszałem jednak, żeby Mamdani używał takiego języka. Wyobrażam sobie, że postrzega to jako retorykę prawicową.
I nie wyobrażam sobie, żeby komentował to w taki sposób, w jaki – jak mówisz – zrobiła to Ocasio-Cortez. I to prawdopodobnie jest różnica między nimi. Kampania wyborcza Mamdaniego na burmistrza, a teraz także jego administracja, stawia na pierwszym miejscu potrzeby ludzi z klasy robotniczej. I to jest niezwykle ważne.
Powinniśmy zadać sobie pytanie, kim jest klasa robotnicza. To kobiety będące samotnymi matkami, które próbują pracować i opiekować się dziećmi. To osoby czarnoskóre i o ciemniejszym kolorze skóry. To imigranci. To geje i lesbijki.
Nie jest tak, że te grupy są z jednej strony, a z drugiej jest klasa robotnicza. Wszyscy oni stanowią klasę robotniczą wewnętrznie zróżnicowaną.
Tak więc koalicja Mamdaniego obejmuje wszystkich, których oskarżono o bycie „woke”, w tym Naomi Klein i organizację Jewish Voice for Peace. Ale ponieważ nie wiem, jak działa ta kategoria, nie mam nic do wniesienia do debaty na jej temat.
Franciszek Dziduch: Słuchając, że pojęcie „woke” jest niemożliwe do zdefiniowania, myślę o głównym argumencie z pani książki „Who’s Afraid of Gender” [Kto się boi gender – przyp. red]. Że „płeć społeczno-kulturowa” stała się dla prawicy „sceną fantazmatyczną”, ponieważ skupia w sobie wszystkie prawicowe lęki i obawy. Co to oznacza? I czy to może odnosić się również do narracji wokół pojęcia „woke”?
Prezydent Donald Trump opowiedział się niedawno przeciwko ścieżkom rowerowym. Twierdzi, że w mieście ludzie na rowerach przeszkadzają. Nazywa też ścieżki rowerowe „DEI”, co jest skrótem od słów określających różnorodność, równość i włączanie [diversity, equity, inclusion – przyp. red.].
Celem organizacji promujących DEI jest zapewnienie różnorodności rasowej w miejscach pracy oraz wyeliminowanie dyskryminacji przy awansach. Obejmuje to również obowiązkowe szkolenia dla pracowników, jak unikać praktyk rasistowskich w miejscu pracy.
DEI spotkało się z dużą krytyką zarówno ze strony lewicy, jak i prawicy. Niektórzy twierdzą, że działania te nie są wystarczająco radykalne, inni postrzegają je jako formę kontroli. Ogólnie jednak zaczęło oznaczać wszystko, co ma związek ze sprawiedliwością rasową lub edukacją na temat relacji rasowych, historii niewolnictwa oraz idei równości rasowej.
Tak więc DEI nie oznacza już nawet konkretnych inicjatyw w miejscu pracy. Dzisiaj oznacza wszystko, co dotyczy rasy. I to właśnie nazwałbym fantazmatyczną inflacją terminu.
Ale w jaki sposób ścieżki rowerowe mają związek z DEI? To dla mnie fascynujące.
Może wszystko, co staje na drodze kierowcy dużego amerykańskiego samochodu, staje się kwestią DEI? Nawet dbający o środowisko rowerzyści, którzy nie emitują spalin do atmosfery. Tylko co to ma wspólnego z rasą czy równością rasową?
Nic. Ale jeśli połączy się te dwie rzeczy, tworzy się skojarzenie „rowery to DEI”. DEI ma oznaczać wszystkie przeszkody, które lewica postawiła na drodze zwykłych ludzi próbujących po prostu jeździć swoimi samochodami i zwyczajnie żyć.
Wydaje się, że każda frustracja prawicy wywołuje irracjonalne skojarzenia. Z tym nie da się dyskutować. Ale można pokazać, że to absurdalne. Jednym z powodów popularności programów komediowych w Stanach Zjednoczonych, jest to, że wyśmiewają te absurdy.
JB: Nie wszyscy uważają, że to absurdy. Kiedy Trump powiedział w kampanii wyborczej, że imigranci jedzą psy, poparcie dla deportacji wzrosło.
Wywołał antyimigrancką, rasistowską panikę. Miało to ogromne konsekwencje polityczne w zakresie deportacji haitańskich imigrantów ze Stanów Zjednoczonych, bo mówił o Haitańczykach.
Idąc jednak dalej z rozszerzaniem pojęć, zadajmy sobie pytanie: czym jest płeć społeczno-kulturowa? Według prawicy to próba kontrolowania was. „Ludzie zajmujący się płcią społeczno-kulturową nawrócą wasze dziecko, uczynią je transseksualistą, narzucą wam swoją doktrynę, są autorytarni”.
Ale czy tak naprawdę się dzieje? Zajmuję się studiami nad płcią od dziesięcioleci. Można powiedzieć, że należę do pokolenia założycielskiego tych studiów. Ale nigdy nie widziałam, żeby nauczyciele mówili do uczniów: „musisz opuścić klasę jako zadeklarowany homoseksualista, albo pomogę ci stać się osobą transpłciową”. Zamiast tego byłam świadkiem otwartych dyskusji na złożone tematy.
Teraz prawica zamyka ten dyskurs, zakazując nauczania o płci kulturowej. Dochodzi do tego, że książki na ten temat usuwa się z bibliotek i wyrzuca śmieci, co spotkało moją książkę w New College na Florydzie. Gdzie więc jest ta „polityczna poprawność”? Czy obowiązuje ona wtedy, gdy osoby zajmujące się kwestiami płci mówią: „chcielibyśmy mieć więcej swobód, dostęp do opieki zdrowotnej, móc swobodnie poruszać się po ulicach bez dyskryminacji”?
A może kontrola odbywa się poprzez inwigilację, cenzurę, odmowę finansowania programów, pozbawianie pracy wykładowców i profesorów uniwersyteckich, którzy nauczają o historii niewolnictwa lub polityki płci?
Uważam, że mamy do czynienia z fantazmatyczną projekcją funkcji policyjnej na lewicę.
A słowo „woke” jest skróconą wersją funkcji: „lewica, «woke» nas kontroluje. Nie możemy używać różnych słów. Musimy używać zaimków”.
Czy ktoś, kto prosi, byś nie używał nazwy, którą uważa za obraźliwą albo żebyś zwracał się do niego innym zaimkiem, naprawdę zachowuje się jak policjant?
JB: Czy postępowe skrzydło Partii Demokratycznej doszło do wniosku, że polityka tożsamościowa nie pomaga wygrywać wyborów? Mamdani mocno akcentował w kampanii kwestie klasowe. Czy to była strategia: najpierw zwyciężyć, a kwestie tożsamościowe zostawić na później?
Andrew Cuomo, demokratyczny przeciwnik Mamdaniego, skoncentrował swoją kampanię wyborczą na muzułmańskiej tożsamości Mamdaniego. I na tym, że nie możemy mieć muzułmańskiego przywódcy.
Co zrobił Mamdani? Udał się do meczetu. Pozostał wierny swej tożsamości. Ona leżała u podstaw jego działania. Jedną z głównych przeszkód, które musiał pokonać, było przekonanie wyborców z Nowego Jorku, że mogą mieć muzułmańskiego burmistrza.
Mamdani dołożył również wszelkich starań, by wyrazić poparcie dla społeczności lesbijek, gejów i osób transpłciowych. Odwiedził kościoły afroamerykańskie oraz kilka postępowych organizacji afroamerykańskich. Wszystko to można by nazwać „tożsamością”. Uważam jednak, że jest to błędne rozumowanie.
JB: Tak? Dlaczego?
Czy inicjatywy feministyczne lub różne grupy, które powstały w następstwie ruchu Black Lives Matter, dotyczą tożsamości? A może są to inicjatywy przeciwko nierównościom, przeciwko przemocy na ulicach, w miejscu pracy lub w więzieniach?
Ruchy społeczne, które często są klasyfikowane jako tożsamościowe, bronią czyjegoś prawa do poruszania się po ulicach bez ryzyka, prawa do adopcji dziecka, do zawarcia małżeństwa, do ochrony przed utratą pracy. Mówimy o zatrudnieniu, edukacji, opiece zdrowotnej. Jeśli jesteś dyskryminowany, ponieważ jesteś X, to chcesz walczyć z tą dyskryminacją nie dlatego, że uprawiasz politykę tożsamościową. Ale dlatego, że chcesz żyć w sposób wolny i równy oraz być traktowany sprawiedliwie przez instytucje, w tym przez sądy.
Motywacją są więc fundamentalne zasady demokracji, wolności, równości, sprawiedliwości oraz sprzeciw wobec przemocy. Kiedy program grup, które tak działają, nazywa się „polityką tożsamościową”, wszystko to zostaje wymazane.
Być może niewielka grupa młodych ludzi pragnie potwierdzenia lub uznania swojej tożsamości i na tym kończy się ich działalność polityczna. Nie dotyczy to jednak zorganizowanych grup feministycznych, lesbijskich, gejowskich i antyrasistowskich.
Proszę pomyśleć o ruchach społecznych będących częścią radykalnej demokracji, do której należy Mamdani, sprzeciwiających się dyskryminacji religijnej i rasowej. Klasyfikuje się je jako skupione na tożsamości, a nie na klasie społecznej. Ale klasa robotnicza obejmuje właśnie tych wszystkich ludzi.
JB: Jeśli chodzi o polską klasę robotniczą, to zdecydowana większość głosuje na partie konserwatywne, takie jak Prawo i Sprawiedliwość, albo partie skrajnie prawicowe, takie jak Konfederacja. Co ciekawe, w pewnym sensie partie te często mają podobny przekaz, co pani. Również uważają, że walczą o bezpieczeństwo kobiet. Tyle że jako zagrożenie wskazują imigrantów.
Klasa robotnicza, która uważa, że jej prawa i kobiety są zagrożone przez migrantów, jest antyimigrancka i białonacjonalistyczna. W całej Europie i gdzie indziej działają różne formy białego nacjonalizmu i nacjonalizmu chrześcijańskiego. Właśnie to krytykuje lewica. Jeśli więc twierdzisz, że prawica realizuje działania, o których mówię, muszę się z tobą nie zgodzić.
Po drugie, pogląd, iż polskie kobiety doświadczają przemocy seksualnej wyłącznie ze strony migrantów, jest mitem, który pozwala uniknąć analizowania przemocy domowej w społeczności osób niebędących migrantami. Ta retoryka pozwala na utrwalenie patriarchalnych relacji w rodzinie, w społeczności oraz w instytucjach.
Myślę więc, że musimy się zastanowić nad tym, jak rasizm i projekcje funkcjonują w sferze polityki seksualnej.
FD: W książce „Who’s afraid of gender?” pisze pani, że gender to znacznie więcej niż tożsamość. W tym pojęciu zawierają się kwestie nierówności klasowych, strukturalnego rasizmu, braku opieki zdrowotnej dla marginalizowanych osób. Prawicowi politycy w Polsce odrzucają kwestię „gender” jako coś obcego, importowanego, stanowiącego bezpośredni atak na polski naród. Jak przetłumaczyć feministyczną filozofię gender, aby dostosować ją do wielokulturowości świata, ale bez wywoływania lęku?
W Polsce istnieje silna tradycja ruchów feministycznych i antyfaszystowskich. Przykładem jest twórczość Ewy Majewskiej. Jest też naprawdę silny ruch LGBT, który odegrał kluczową rolę w walce o zniesienie tak zwanych „stref wolnych od LGBT”.
To nie są importowane zjawiska. Ci z nas, którzy interesują się globalnymi ramami rozumienia współczesnej polityki płci, w ogromnym stopniu polegali na feministycznych autorkach wywodzących się z Węgier, Rumunii i Polski, jest to tętniący życiem lokalny ruch.
Prawica może nazywać te badaczki „importem z Zachodu”. Ale w rzeczywistości to one nas uczą. Ponieważ polityka migracyjna, homofobia oraz relacje między Kościołem a państwem w Europie Wschodniej zasadniczo różnią się od tego, z czym mamy do czynienia w Europie Zachodniej i w Stanach Zjednoczonych.
FD: W książce cytuje pani polskie feministki Elżbietę Korolczuk i Agnieszkę Graff, które zauważają, że w Polsce prawicowi zwolennicy „ideologii antygenderowej” krytykują również neoliberalizm. Zazwyczaj to lewica używa krytycznie tego pojęcia.
Przez długi czas w całej Europie, a także w niektórych częściach Stanów Zjednoczonych, pojawiała się krytyka praktyki o nazwie „gender mainstreaming”. Rozumiem przez to włączenie kwestii płci do fundamentów instytucji unijnych.
Unia Europejska przyjęła pewne przepisy antydyskryminacyjne. Aby uczestniczyć w relacjach rynkowych, zawierać umowy z niektórymi krajami, trzeba przestrzegać pewnych standardów i regulacji dotyczących płci. Trzeba wykazać, że nie dyskryminuje się osób homoseksualnych, że istnieją przepisy i środki ochrony przed przemocą domową wobec kobiet lub mające na celu zapewnienie równości płci i niedyskryminacji.
Oczywiście Unia Europejska jest neoliberalnym mechanizmem rynkowym. Jest to główny regionalny organ publiczny odpowiedzialny za zarządzanie i dystrybucję neoliberalnej gospodarki.
Niektóre lewicowe feministki, należące do marksistowskich ruchów feministycznych, krytykowały taką formę instytucjonalizacji gender. Uważały, że w ten sposób pozbawia się go radykalności i transformacyjnej mocy.
FD: Dlaczego?
Wymogi dotyczące przestrzegania przepisów antydyskryminacyjnych wiążą się z wejściem w neoliberalne relacje rynkowe. Oznacza to, że
dla wielu osób polityka płciowa i UE są ze sobą tożsame jako siły dążące do zniszczenia tradycyjnych wartości tych, którzy wyznają określone poglądy na temat rodziny i narodu.
Uważam konwencję stambulską za dobrą rzecz i sprzeciwiam się dyskryminacji, jednak ludzie krytykują mnie za przyczynienie się do instytucjonalizacji gender.
Ale mnie też nie podoba się łączenie antydyskryminacyjnych praktyk z neoliberalnymi imperatywami. Takie powiązanie wywołuje prawicową reakcję, zgodnie z którą polskie, tradycyjne wartości rodziny i narodu są niszczone zarówno przez politykę płci, jak i neoliberalizm.
Uważam, że w odpowiedzi potrzebujemy zdecydowanej krytyki neoliberalizmu. Jednocześnie potrzebujemy zdecydowanego ożywienia ruchu feministycznego, gejowskiego, lesbijskiego i transpłciowego, który na pierwszy plan wysuwa radykalne ideały demokratyczne, bliskie demokratycznemu socjalizmowi.
JB: Czy nie jest tak, że w ostatnich dekadach lewica popełniła strategiczne błędy polityczne? Mam na myśli „cancel culture”, coraz bardziej rygorystyczny język dotyczący tożsamości czy praktyki aktywistyczne, które utrudniają debatę czy budowanie koalicji politycznej.
Kiedy myślę o współczesnej lewicy, inspiruję się myślą argentyńskiej filozofki Veróniki Gago i postulatami argentyńskiego ruchu Ni Una Menos. Reprezentują oni lewicę antykapitalistyczną, z feminizmem na czele.
Sprzeciwiam się wszelkim formom represjonowania, uciszania lub wykluczania ludzi. Ale dzieje się to zarówno na lewicy, jak i na prawicy.
A biorąc pod uwagę instytucjonalną potęgę Wielkiej Brytanii, Niemiec, Stanów Zjednoczonych, a także kilku rządów w Europie Wschodniej, powiedziałabym, że władza, którą stosują politycy, przeraża mnie bardziej niż ludzie, którzy wykluczają się nawzajem za wypowiedzenie niewłaściwego zdania lub nieopowiedzenie się za właściwym lewicowym stanowiskiem. Mówię o systematycznym deportowaniu, zatrzymywaniu oraz wyrzucaniu z pracy ludzi, którzy reprezentują polityczne stanowiska przeciwne partiom rządzącym.
To, co nazywacie „cancel culture”, też mi się nie podoba. Wydaje mi się, że to naśladowanie policji.
Potrzebujemy polityki głęboko koalicyjnej, która rozumie, jak ważne jest powiązanie kwestii klasowych, płci i rasy, antynacjonalizmu, antyfaszyzmu i antywojenności.
Potrzebujemy jak najszerszych koalicji. Jeśli będziemy nadal się przedrzeźniać, tak jak robią to niektórzy przedstawiciele lewicy, to takie koalicje nie powstaną.
JB: Yascha Mounk w wydanej przez „Kulturę Liberalną” książce „Pułapka tożsamości”, a Mark Lilla w „Końcu liberalizmu, jaki znamy. Requiem dla polityki tożsamości” twierdzą, że polityka tożsamościowa dzieli elektorat zamiast budować inkluzywną koalicję.
Myślę, że te twierdzenia opierają się na błędnej analizie ruchów społecznych. Jest to jednak również przykład tego, co rozumiem jako gest patriarchalny.
Kluczowe pytanie brzmi: kim jest klasa robotnicza?
Kiedy postrzegamy tych, którzy cierpią pod panowaniem kapitalizmu, jako konkretną grupę wykluczającą wszystkich pozostałych, przyjmujemy pewne założenia – demograficzne, rasowe i związane z płcią – dotyczące tego, kogo zaliczamy do klasy robotniczej. Historyczka Joan Scott pokazała, jak to działa na przykład w twórczości brytyjskiego historyka i aktywisty E.P. Thompsona. Nie dostrzegał on, że pracujące kobiety miały inne doświadczenia niż pracujący mężczyźni. Ani że płeć jako forma władzy krzyżowała się z klasą społeczną. Że musimy zrewidować nasze analizy.
Jednak ci, którzy chcą „oczyścić” pojęcie klasy, jakby nie było ono powiązane z kwestiami rasy, płci, niepełnosprawności czy nacjonalizmu, tracą szansę na zrozumienie wewnętrznego charakteru samej klasy, w tym robotniczej. To, co nazywamy tożsamością, jest tak naprawdę żądaniem uznania różnic, które definiują klasę robotniczą.
FD: Może pani podać przykłady?
Są ludzie, którzy mają możliwość dotarcia do pracy, i tacy, którzy jej nie mają. Niektórzy ludzie mogą obsługiwać określone maszyny, a inni nie są w stanie tego robić ze względu na swoje możliwości. Czy zatem chcemy powiedzieć, że niepełnosprawność jest kwestią tożsamości? Czy raczej, że nie możemy myśleć o klasie bez uwzględnienia niepełnosprawności?
Albo jaka jest różnica między warunkami pracy kobiet i mężczyzn? W jaki sposób praca jest organizowana w zależności od płci? Wiele feministycznych badań jest poświęconych polityce pracy.
Czy możemy myśleć o klasie robotniczej w Polsce bez uwzględnienia nacjonalizmu czy Kościoła?
Kiedy zrozumiemy, że klasa robotnicza jest złożoną, wewnętrznie zróżnicowaną kategorią, dostrzeżemy, że te tak zwane „ruchy tożsamościowe”, które „fragmentują lewicę”, są w rzeczywistości po prostu wezwaniami do ponownego przemyślenia tego, czym jest klasa robotnicza. Starają się one rozumieć urasowienie i płeć jako jej część.
Wśród tych, którzy mają własną, maskulinistyczną wizję robotnika, panuje nostalgia i uraza. Dla nich prośba o zrozumienie wewnętrznej złożoności struktury klasowej jest w jakiś sposób głęboko niepokojąca.
Można więc odrzucić te różnice, pozostać w nostalgii i urazie oraz oskarżać lewicę o rozdrobnienie. Albo można spróbować stworzyć wielki namiot, wielką koalicję – tak jak zrobił to Mamdani. On nie odrzucił polityki tożsamościowej. Zamiast tego włączył do niej wszystkich. To ideał. Kryje się w tym nadzieja na koalicję.
JB: Stawia pani Mamdaniego za przykład, ale on wygrał w bardzo specyficznym Nowym Jorku. Czy nie jest pani zbyt idealistyczna, sądząc, że taka szeroka koalicja zadziała w całych Stanach? Czy mobilizacja własnego elektoratu nie jest lepszym wyborem niż budowanie szerokich koalicji?
Przez ten centryzm oraz ideę powrotu do tradycyjnej bazy wyborczej demokraci przegrywają.
Ale ta tradycyjna baza – rodziny z klasy robotniczej na amerykańskim Środkowym Zachodzie – uległa zmianie. Mają kuzyna, który jest osobą transpłciową. Ich dziecko jest gejem. Albo okazuje się, że brat jest biseksualny.
I moje pytanie do demokratów brzmi: czy docieracie do ludzi tam, gdzie żyją, z całą ich złożonością i troskami, czy też nie? Czy poszerzając swoją bazę, przyciągacie ich do siebie?
Najgorszą rzeczą, jaką zrobili demokraci – przynajmniej w Stanach Zjednoczonych – było przesunięcie się w stronę skrajnego centryzmu. Zgoda na politykę klimatyczną niszczącą Ziemię, niewystarczająca krytyka Izraela, rezygnacja z przepisów antydyskryminacyjnych, które zraziły czarną i brązową społeczność. Oraz pogłębianie różnic majątkowych w interesie kapitalizmu.
FD: Obecnie w Europie sukcesy odnosi skrajna prawica. Istnieje tu dziwny paradoks: polityka każdej z tych partii ma charakter izolacjonistyczny, ich programy stoją w sprzeczności. A jednak wszystkie łączy jedna rzecz: alternatywa, którą obiecują ludziom.
JB: Polska skrajna prawica cieszyła się ze zwycięstwa AfD, choć niektórzy politycy tej partii kwestionują polskie granice. Czy prawicowe partie w Europie bardziej łączy wspólny wróg – „woke’owa” Bruksela – niż dzielą sprzeczne interesy narodowe?
Partie prawicowe w Europie nie tylko jednoczą się przeciwko „woke’owej” UE. Łączy je również rasistowska nienawiść do migrantów. Dążą do tego, by Europa znów stała się „biała”. Ożywiają biały nacjonalizm, który w dużej mierze jest również nacjonalizmem chrześcijańskim. Chrześcijański nacjonalizm umacnia również patriarchat i rodzinę, tak aby każdy powrócił do ról, jakie tradycyjnie przypisywano obu płciom. Skupiając się na tych tematach, prawica odwraca wzrok od ruchów dążących do równości, wolności i sprawiedliwości i pełniejszej realizacji demokracji.
Alternatywą mogą być ponadnarodowe koalicje przeciwko rasizmowi, przemocy wobec kobiet, na rzecz ratowania planety i powstrzymania katastrofy klimatycznej.
Coraz częściej dostrzegam też koalicje klasy robotniczej przeciwko centrom danych i temu, jak wpływają one na lokalne społeczności.
Czasami łączy to zarówno ludzi prawicowych, jak i lewicowych. W sprzeciwie wobec centrów danych i ich monopolizacji powszechnego dobra, jakim powinna być woda, dochodzi do przekraczania podziałów politycznych. Myślę, że kwestia wody ma ogromny wymiar transnarodowy.
Charakter transnarodowy ma również wojna. Chciałabym, żebyśmy mieli silniejszy ruch antywojenny, zwłaszcza teraz. Istnieją złożone powody, dla których go nie mamy, ale nie podoba mi się to.
FD: Jaka jest w tym rola feminizmu?
Widzę, jak feministki tworzą między sobą intersekcjonalne formy solidarności. Nie tylko w imię praw kobiet. Ale w imię antyrasizmu, antykapitalizmu, obrony rdzennej ludności, skłotersów, krytyki struktur zadłużenia, przemocy w więzieniach czy na granicy. Polityka graniczna również jest z definicji kwestią transnarodową. Wszystkie te działania są aktywnymi sposobami tworzenia transnarodowych koalicji. Musimy się tym grupom bacznie przyglądać.
Ważne jest, aby koalicje lewicowe nie były dominowane przez globalną Północ, Stany Zjednoczone. Musimy uczyć się od siebie nawzajem i tworzyć koalicje, które są świadome lokalnych i geopolitycznych struktur.
Uważam, że to ma potencjał demokratyzujący. Dla mnie niezwykle ważne jest dowiadywanie się, co dzieje się w sferze nieanglojęzycznej. Zmieniam się dzięki czytaniu tekstów, które nie wywodzą się z mojej kultury.
Wszyscy musimy stać się wielojęzyczni, przynajmniej w naszych nawykach czytelniczych.
Albo wiedzieć, jakie zasoby są dostępne, aby nie wyobrażać sobie świata wyłącznie z naszej własnej perspektywy.
FD: W latach sześćdziesiątych, podczas drugiej fali feminizmu fundamentalne stało się hasło „osobiste jest polityczne” [eng. personal is political]. Jednak dzisiaj, w czasach polaryzacji, mediów społecznościowych sterowanych przez algorytmy, znaczenie tego terminu zostało zmienione. To, co osobiste, będąc polityczne, umożliwia atak. Jednocześnie zwykła niezgoda z czyimś argumentem również może być odebrana jako atak. Czy to hasło stłumiło debatę na lewicy?
Byłam świadkiem drugiej fali feminizmu. Hasło „osobiste jest polityczne” polegało na uświadomieniu sobie, że pewne moje odczucia nie są wyłącznie osobistymi doświadczeniami. To, że moje podanie o pracę nie jest brane pod uwagę, że moje ciało nie jest szanowane, gdy ktoś mnie popycha lub w jakiś sposób mnie atakuje – to doświadczenia wspólne. Stanowią one strukturę społeczną.
I przez to, że są strukturą społeczną, mogą zostać zmienione poprzez zbiorowe działanie. Nie muszę rozwiązywać swojego problemu u psychiatry, bo nie jest to problem osobisty, tylko wspólny.
Wspólne doświadczenie jest niezwykle ważne. Na tym właśnie polegała cała idea poszerzania świadomości.
Nigdy nie chodziło o to, by twierdzić, że każda większa kwestia polityczna jest sprawą osobistą. „Jeśli nie zgadzasz się z moimi poglądami politycznymi, atakujesz mnie osobiście…”. Nie, to nigdy nie było intencją tego sformułowania.
FD: Według belgijskiego filozofa Antona Jägera, autora książki „Hyperpolitics”, polityka stała się nadmiernie reprezentowana w debacie głównego nurtu. Tkwimy na poziomie dyskursu, a on nie prowadzi do zmian legislacyjnych ani regulacji. Czy rzeczywiście za dużo się mówi, a za mało działa?
Teza o hiperpolityce wiąże się z doświadczeniem w mediach społecznościowych. Jäger dobrze opisuje te ulotne chwile politycznego oburzenia, a jednocześnie niezdolność do zjednoczenia się w szersze ruchy społeczne, które mogłyby doprowadzić do zmian.
To prawda, że jeśli nasze poczucie polityki, a nawet poczucie więzi politycznej, zależy całkowicie od mediów społecznościowych, to ogranicza się ono wyłącznie do tego, co jest widoczne sporadycznie.
Ale teza o hiperpolityce nie uwzględnia niewidzialnych siatek, działających na różnych granicach i w krajach, które pomagają zapewnić schronienie i ochronę osobom prześladowanym politycznie.
FD: Czy może pani podać przykład?
W Stanach Zjednoczonych obecnie toczy się kampania deportacyjna skierowana przeciwko migrantom podejrzanym o posiadanie nieważnych wiz. Przeciw osobom pracującym bez odpowiednich dokumentów lub tym, których dokumenty nie zostały jeszcze w pełni rozpatrzone. Czasami nawet przeciwko osobom, których dokumenty zostały już rozpatrzone.
Organizacje, które pomagają tym osobom, nie pojawiają się w mediach społecznościowych. Nie mogą, ponieważ wtedy stałyby się celem ataków i zostałyby zniszczone. Większość społeczności dysydentów politycznych żyjących pod rządami reżimów autorytarnych lub totalitarnych zdaje sobie z tego sprawę. Dlatego te siatki działają w podziemiu. Muszą być widoczne tylko na tyle, by ludzie wiedzieli, jak się z nimi skontaktować.
Teza o hiperpolityce to pomija. I jest mi z tego powodu przykro, ponieważ jedną z najbardziej poruszających rzeczy, jakie dzieją się obecnie w Stanach Zjednoczonych, jest ruch schronienia [eng. sanctuary movement] pomagający osobom będącym celem ataków.
Ludzie przygotowali kartki, dzięki którym – jeśli zobaczysz furgonetkę ICE – możesz zadzwonić pod numery na nich zapisane. Rozdaje się je w sklepach spożywczych. Taka oddolna pomoc jest niewidoczna na większą skalę.
Słyszę pytania: dlaczego w Stanach Zjednoczonych nie dochodzi do buntu? Ale my robimy coś innego. Uczymy się od innych.
Rozmawiamy przez telefon z ludźmi z Chile i Argentyny. Pytamy ich: jak się zorganizowaliście? Pomóżcie nam, bo jesteśmy idiotami z pierwszego świata.