Franciszek Dziduch: Dlaczego demokraci osiągnęli taki sukces w wyborach połówkowych w Stanach Zjednoczonych? Co on zmieni, jeśli chodzi o najbliższe dwa lata? I jakie ma znaczenie ze względu na wybory prezydenckie w 2028 roku?
Christine Ockrent: Jest to zwycięstwo amerykańskiej demokracji. Oraz dowód na to, że ogromna liczba obywateli – znacznie większa niż zwykle w wyborach połówkowych – wyraziła swój sprzeciw wobec polityki prezydenta Donalda Trumpa. To ważny moment.
Ale niekoniecznie oznacza to, że nadchodzące dwa lata będą spokojne i sielskie, nawet dla demokratów. Bo cechą charakterystyczną Partii Demokratycznej jest to, że prawdopodobnie już pojutrze jej politycy zaczną się kłócić.
FD: Jednym z najczęściej komentowanych zwycięstw jest wygrana Abdula El-Sayeda w stanie Michigan, który reprezentuje bardziej postępowe skrzydło w Partii Demokratycznej. Jakie wyzwania stoją przed demokratami? Czy nastąpi jakaś redefinicja?
Wydaje mi się, że w Europie – i sądzę, że dotyczy to zarówno Polski, jak i Francji – nie do końca rozumiemy, jak działają partie polityczne w Ameryce. A zwłaszcza Partia Demokratyczna. Nazywają ją „wielkim namiotem”, bo tradycyjnie skupia bardzo różnorodnych demokratów, co dobitnie pokazały wczorajsze wybory.
Wspomniałeś o El-Sayedzie. To niezwykłe zwycięstwo, w tym sensie, że będzie on pierwszym muzułmańskim senatorem w historii Stanów Zjednoczonych. Ale nawet El-Sayed otwarcie mówi, że nie jest socjalistą, a raczej kapitalistą sprzeciwiającym się monopolom. Delikatnie mówiąc, nie jest więc lewicowcem w naszym europejskim rozumieniu.
Z kolei James Talarico, który zwyciężył w Teksasie, to zupełnie inna para kaloszy. Jest prezbiterianinem, politykiem bardzo centrowym i sprytnym strategiem wyborczym. Oparł swoją kampanię na idei walki „dna ze szczytem” – szczególnie że oligarchia sztucznej inteligencji zalała te wybory ogromnymi pieniędzmi.
Spójrzmy też na Jona Ossoffa, który został ponownie wybrany na senatora w Georgii. On również nie jest lewicowym podżegaczem. Błędem byłoby więc wierzyć, że El-Sayed i Zohran Mamdani w Nowym Jorku przejmują kontrolę.
Miejmy nadzieję, że będzie to długi proces dojrzewania. Ciekawie będzie obserwować, jak starsze pokolenie demokratów poradzi sobie z wczorajszą falą zmian. Na przykład Hakeem Jeffries, który od 3 stycznia będzie pierwszym czarnoskórym przewodniczącym Izby Reprezentantów. A także były przewodniczący Senatu, Chuck Schumer, reprezentujący zdecydowanie starszy porządek.
FD: A co z republikanami? Jakich przetasowań możemy się spodziewać po ich ogromnej porażce?
Steve Bannon, który był strategiem podczas pierwszej kadencji Trumpa i który wciąż ma spory wpływ, choćby dzięki swoim podcastom i popularności w mediach społecznościowych, przewidział wojnę domową w Partii Republikańskiej. Wszyscy kandydaci, którzy byli blisko Donalda Trumpa i których prezydent osobiście odwiedzał, żeby okazać wsparcie, przegrali.
Nie oznacza to jednak, że baza zwolenników MAGA się rozpadła. To jest coś w rodzaju sekty. A jej guru od razu po wyborach stwierdził w swoim tradycyjnym stylu, że gdyby to jego imię było na karcie wyborczej, to republikanie by wygrali. I że nie ponosi odpowiedzialności za porażkę, bo to kandydaci okazali się słabi.
Bastion MAGA pozostanie. Ciekawe będzie jednak obserwować, jak zachowają się republikańscy senatorowie i przedstawiciele, którzy sprawują swoje funkcje do 3 stycznia. Bo współpraca z demokratami rozpocznie się dopiero na początku przyszłego roku – zostały więc jeszcze dwa miesiące.
Czy Donald Trump będzie zachowywał się jak zranione, narcystyczne zwierzę? A może zdoła opanować swoje impulsy? Zobaczymy.
Adam Józefiak: Dlaczego właściwie republikanie przegrali? Jaki był główny problem ich kampanii? I co ostatecznie doprowadziło do porażki Trumpa?
Powodem były trzy główne kwestie. Jedną z nich jest inflacja spowodowana wojną z Iranem. A przecież Trump obiecywał złoty wiek i koniec wojen.
Po drugie, korupcja. Była ona naprawdę bardzo ważnym czynnikiem we wszystkich wyborach, w tym na gubernatorów. A ten szczebel ma znaczenie dla wyborów prezydenckich w 2028 roku.
Po trzecie, centra danych i sztuczna inteligencja. Widać obawy, zwłaszcza wśród młodych ludzi, związane z rozprzestrzenianiem się centrów danych oraz z niknącymi perspektywami zatrudnienia w nadchodzących latach – kwestia ta była szeroko dyskutowana.
FD: Czy Trump w reakcji na przegraną pogodzi się z porażką? A może spróbuje sabotować wybory?
Oczywiście pojawiły się poważne obawy, że w przypadku bardzo niewielkiej różnicy głosów w niektórych z okręgów wyborczych doszłoby do niekończących się procesów sądowych. Jednak porażka jest tak ogromna, że nawet Donald Trump zdaje sobie sprawę, iż nie ma jak zakwestionować wyników. To naprawdę było niebieskie tsunami. Tuż po ogłoszeniu wyników Trump udzielił wywiadu „New York Timesowi”, w którym powiedział, że je akceptuje.
Wiemy jednak, że to niewiele znaczy. Trump nie przejmuje się Kongresem. Spójrzcie, co działo się od 25 stycznia. Wypowiedział dwie wojny bez zgody Kongresu, co jest niezgodne z konstytucją. I oczywiście zdominował Partię Republikańską do tego stopnia, że nawet nie zadał sobie trudu, by się z nią skonsultować. Do tego korzysta z prawa weta.
Uprawnienia prezydenckie zostały rozszerzone przez Sąd Najwyższy – ten sam, który Donald Trump w znacznym stopniu obsadził zgodnie ze swoimi poglądami politycznymi. Tak więc przy demokratycznym Kongresie Trump może wykorzystać weto w dowolnym momencie.
Czy w ciągu najbliższych dwóch miesięcy ponownie wypowie wojnę Iranowi? Cóż, kilka dni temu w „Financial Timesie” temu zaprzeczył. Mówił, że obecna sytuacja jest bardzo dobra, a przez cieśninę Ormuz przepływa coraz więcej statków. Jednak co z tego, skoro z doświadczenia wiemy, że Trump ma tendencje do zachowywania się w sposób całkowicie sprzeczny, często neguje sam siebie.
FD: A co z Ukrainą? Czy Trump będzie jeszcze bardziej forsował proputinowską politykę?
Niepokojące jest to, że w tej kampanii ani razu nie wspomniano o Ukrainie, nawet wśród demokratów. O Iranie, oczywiście, w kontekście wojny. A o Ukrainie – w ogóle.
Ciekawe będzie obserwować tych republikańskich senatorów i przedstawicieli, którzy protestowali, gdy prezydent powiedział, że Putin to świetny facet i unieważnił część sankcji, kupując rosyjski gaz i olej napędowy. Czy taka polityka Trumpa obruszy to, co pozostało z obecnego Kongresu? Może planowane spotkanie w Chinach Putina i Trumpa z Xi Jinpingiem, który będzie gospodarzem szczytu APEC w Shenzhen, stanie się swego rodzaju nową Jałtą? Tych trzech może uznać, że są świetni i że powinni razem rządzić światem.
A jeśli do tego dojdzie, obawiam się, że z perspektywy Ukrainy – a to dla nas, Europejczyków, ma największe znaczenie, oczywiście obok ceł – sytuacja się pogorszy.
AJ: W jaki sposób przyszły Kongres może przeciwstawić się Trumpowi? Czy istnieje realna szansa na impeachment?
Demokraci stracili mnóstwo czasu i energii, nie zdoławszy doprowadzić do impeachmentu Trumpa podczas pierwszej kadencji. Być może więc wyciągnęli z tego wnioski.
Pamiętajmy, że nowy Kongres zgromadzi się dopiero w styczniu przyszłego roku. Ale już w ciągu najbliższych dwóch miesięcy może dojść do ukarania kilku kluczowych postaci z najbliższego otoczenia prezydenta. Począwszy od odejścia Pete’a Hegsetha, sekretarza obrony Stanów Zjednoczonych, z całym jego testosteronowym zachowaniem. Być może będzie musiał on zapłacić cenę za porażkę w wojnie z Iranem.
Ciekawe będzie, jaką decyzję podejmie Marco Rubio, który otwarcie rywalizuje z JD Vance’em o sukcesję po Trumpie. Przez cały czas Rubio konsekwentnie trzymał się z dala od Iranu i Ukrainy, pozostawiając te sprawy Steve’owi Witkoffowi i Jaredowi Kushnerowi, którzy nie mają pojęcia o Europie ani o historii tej części świata – licząc, że uda im się zawrzeć jakieś porozumienie.
Możliwe, że Rubio uzna, iż musi pójść własną drogą. Druga kadencja Trumpa jest tak nieprzewidywalna, że powinniśmy po raz kolejny zachować spokój i obserwować, jak sprawy potoczą się dalej.