Kilka godzin po ataku Michała O. W Krakowie słuchałam w mediach wypowiedzi ekspertów od broni, szkoleń strzeleckich i paramilitarnych, byłego komandosa. Jeden z nich analizował broń zamachowca i na tej podstawie jego kwalifikacje. Wnioskował, że to osoba przeszkolona, która zna się na broni i umie jej używać.

Telewizja, w której komentował, pokazywała właśnie ogarnięty chaosem Rynek w Krakowie. Ekspert w tym czasie zaklinał: to, że ten człowiek ma broń, nie znaczy, że należy ograniczać teraz innym dostęp do niej. Argumentował: ja też mam broń i nie robię czegoś takiego jak on. Aż w końcu dał upust emocjom – gdyby teraz zabierać ludziom broń, to byłaby zdrada.

Każdy, kto zda egzamin na prawo jazdy, może jeździć samochodem. Zamachy, w których zbrodniarz wjeżdżał ciężarówką w tłum ludzi, tego nie zmieniły. Każdy może kupić nóż i nie zmieniły tego morderstwa popełnione przez nożowników.

Jednak to nie znaczy, że należy zaakceptować argument o patologii sytuacji, która zazwyczaj bywa prawidłowa.

Dostęp do broni należy limitować tak, żeby nie miał go człowiek zdolny do zabijania niewinnych osób.

A jeśli taki człowiek się znalazł, to nie jest to moment na to, by wzruszyć ramionami i pokiwać głową. To znak, że system dostępu do broni jest źle kontrolowany. A nie żadna „zdrada”.

Jeśli, jak podają media za policją, w domu Michała O. był arsenał, to nie jest sytuacja, w której należy pokiwać głową i skwitować, że tak bywa. Wszystko jedno, czy Michał O. miał nagły kryzys emocjonalny, czy też od dawna zdradzał niepokojące objawy (dawna koleżanka z klasy opowiada dziennikarzom, że rysował ofiary strzelaniny w szkole i siebie z bronią). Człowiek zdolny do zbrodni miał dostęp do broni. Do arsenału broni. I to jest coś, co nie powinno było się wydarzyć.

Kurs strzelania czy zabijania?

Po drugie – Michał O. umiał się tą bronią posługiwać. Inny ekspert, którego wczoraj słuchałam, tłumaczył, że zwykłe szkolenia na strzelnicach są w sytuacji zagrożenia wojennego bardzo potrzebne. Obywatele powinni umieć się bronić. Jednak, jak podkreślał, zdobycie umiejętności takich jak w wojsku nie powinno być możliwe poza armią. Tymczasem w Polsce są firmy, które legalnie organizują paramilitarne, zaawansowane kursy. Człowiek po takim kursie umie znacznie więcej niż po lekcjach na strzelnicy. Umie tyle, by zaplanować atak i zabić wiele osób.

Eksperci od antyterroryzmu ostrzegają o tym od dawna. A jednak organizacje paramilitarne rozwijają się pod pretekstem obrony. Przed kim? Kiedy oglądamy „interwencje” bojówek związanych z Konfederacją Grzegorza Brauna – widzimy, że przed ludźmi, których uznają za imigrantów, a więc ich zdaniem za osoby niebezpieczne.

I znowu – większość osób, które wezmą udział w takim szkoleniu, pewnie uzna to po prostu za przygodę i nikomu nie zrobi krzywdy.

Ale są takie, które nie powinny zdobyć tych umiejętności.

A więc znowu coś tu działa źle. I to coś powinno być zmienione.

Przemoc wszędzie

I kolejna sprawa to przemoc w życiu publicznym. Wspomniane bojówki to nie wszystko. Politycy bazują na złych emocjach, które u większości ludzi wywołają gniew i niechęć.

Ale znajdą się tacy, u których wywołają nienawiść i chęć dania jej realnego upustu.

Nie chodzi tylko o polityków, którzy za pośrednictwem emocji komunikują się z potencjalnymi wyborcami w mediach społecznościowych, czy na konferencjach prasowych. Także o działaczy, którzy mobilizują publiczność na demonstracjach, marszach. Kiedy Robert Bąkiewicz drze się podczas dowolnej demonstracji albo narusza czyjąś nietykalność, jak podczas „obrony kościoła” w Warszawie, może wywołać w publiczności satysfakcję albo oburzenie. Może też jednak zachęcić kogoś do działania.

Kiedy w Gdańsku w 2019 roku morderca ugodził nożem Pawła Adamowicza, w lokalnej telewizji trwała kampania wzniecania napięcia wokół prezydenta. Większość widzów po prostu z ożywieniem dyskutowała o tym w domu. Jeden człowiek, który miał uraz do prezydenta, zabił. I jego z pewnością nie należało publicznie utwierdzać w tym, kto jest jego wrogiem, w sposób budzący silne emocje.

Stop silnym emocjom

Od dawna piszemy w „Kulturze Liberalnej”, że wywoływanie skrajnych emocji w polityce jest niebezpieczne. Że populistyczne partie, które zdobywają dzięki tym emocjom poparcie, ryzykują bezpieczeństwem wskazanych przez siebie grup albo po prostu tym, że posłucha ich osoba, która działa nieobliczalnie.

Nie powstrzymamy w ten sposób nieodpowiedzialnych cyników. Ale wskazujmy ich.

Nie gódźmy się – my: dziennikarze, eksperci, posłowie, ministrowie, wyborcy – na to, żeby dać się uspokoić argumentom o bezpiecznym dostępie do broni. Jeśli ma ją w domu osoba, która dokonuje zamachu, w której mieszkaniu policja znajduje martwą rodzinę, to znaczy, że dostęp do broni nie jest dobrze limitowany. Nie – i już.

Każda niebezpieczna osoba jest dowodem na słabość systemu. A szczególnie w niebezpiecznych czasach, kiedy emocje szybują wyżej niż zwykle.