Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Pytając > Wiedziałam, że chcę...

Wiedziałam, że chcę śpiewać, kiedy tylko zaczęłam myśleć

z EDITĄ GRUBEROVĄ rozmawia Aleksander Laskowski

Wiedziałam, że chcę śpiewać, kiedy tylko zaczęłam myśleć –

– z Editą Gruberovą rozmawia Aleksander Laskowski

* * *

Na wywiad przyszła jak antydiva – w skromnym fioletowym golfie, bez biżuterii. Z uśmiechem. Zaczęliśmy rozmowę przeplatając polski i słowacki. W końcu stanęło na tym, że nagranie zrobimy po niemiecku.

Aleksander Laskowski: Kiedy postanowiła pani zostać śpiewaczką?

Edita Gruberová: Wiedziałam, że chcę śpiewać, kiedy tylko zaczęłam myśleć. Chociaż nie była to sprawa głębokiej świadomości. Nauczycielka w szkole podstawowej powiedziała mojej mamie: „Pani córka musi zostać śpiewaczką”. W szkole ciągle śpiewałam. Zgłaszałam się na ochotnika i śpiewałam przed całą klasą. Piosenki dziecięce, to czego uczyła mnie ciocia i sąsiadki. To po prostu był mój żywioł. Potem śpiewałam w chórze dziecięcym w rozgłośni radiowej w Bratysławie. Zostałam solistką, brałam udział w nagraniach. Prezentowano je w radiu, a ja byłam bardzo szczęśliwa. Wszystkie przyjaciółki musiały słuchać moich występów. Więc tak naprawdę wtedy się to zaczęło, chociaż jako dziecko nie myślałam, że rzeczywiście muszę zostać śpiewaczką. Nie mieliśmy w rodzinie takich tradycji. Później, w chórze szkolnym, nasz chórmistrz powiedział mi, że powinnam studiować śpiew. Słuchając moich nagrań, dostrzegł potencjał. Miałam wtedy 13 lat. Ale decydujący wpływ miał na mnie nasz ewangelicki pastor. W czasie przygotowań do konfirmacji zawsze prowadziłam naszą grupę we wspólnym śpiewie. Potem śpiewałam w kościele podczas świąt bożego narodzenia i wielkiej nocy. A on towarzyszył mi na organach. I pewnego dnia oświadczył: „Musisz zostać śpiewaczką operową. Musisz!” – jakby wydawał rozkaz. A ja zapytałam: „Ale panie pastorze, czy z tego się wyżyje?” Przygotował mnie do egzaminu wstępnego do konserwatorium. Ćwiczyłam na fortepianie, pracowaliśmy nad pieśniami, bo przecież ja o niczym nie miałam pojęcia, nie chodziłam do szkoły muzycznej, chociaż to było wtedy w modzie. Inne dzieci zaczynały edukację muzyczną w wieku sześciu lat. A ja niestety nie. W konserwatorium udało się nadgonić zaległości. Miałam bardzo dobre stopnie na dyplomie. Potem zaśpiewałam na przesłuchaniu w Wiedeńskiej Operze Państwowej i dostałam kontrakt.

Gdzie pani studiowała?

Przez sześć lat w konserwatorium w Bratysławie. Później chciałam ułożyć sobie życie w tym mieście, ale było to niemożliwe. Na etatach było tam wiele sopranów koloraturowych, chociaż tylko jedna pani rzeczywiście śpiewała. Taki był wtedy system. Może jest taki do dzisiaj – śpiewaczki okupują etaty i nie ma miejsca dla młodych. Pojechałam więc na dwa lata do Bańskiej Bystrzycy. I śpiewałam tam wszystko – debiutowałam jako Traviata, śpiewałam Gildę, wszystkie partie w Opowieściach Hoffmana. Z dzisiejszego punktu widzenia to czyste szaleństwo, ale to był mały teatr. Mój głos nie ucierpiał, a ja przez dwa lata miałam mnóstwo pracy. Z Bańskiej Bystrzycy trafiłam prosto do Wiednia.

Czy ciężko było przenieść się do Wiednia, z bloku wschodniego na zachód?

Było to możliwe, chociaż piętrzyły się trudności. To było dwa lata po okupacji Czechosłowacji przez Armię Czerwoną i wojska Układu Warszawskiego. Był to rok 1970. Trzeba było mieć wizę wyjazdową. Wszystko było skomplikowane. Zdecydowałam się więc na emigrację. Wizę dostawałam tylko na tydzień, od poniedziałku do soboty. Ale w sobotę policja nie pracowała, w niedzielę też nie. A ja na poniedziałek na 10 rano musiałam być z powrotem w Wiedniu na próbie. To było tylko 60 kilometrów od Bratysławy, ale bez tego papierka nie mogłam wyjechać. Miałam dość. Bo to było nieludzkie. Zabrałam więc mamę i męża. Zostałam uchodźcą. W Wiedniu urodziły się moje córki. A na Słowacji dostałam nawet wyrok dwóch lat więzienia za ucieczkę. Musiałam spłacić studia. I zrezygnowałam z obywatelstwa Czechosłowackiego. Zostałam Austriaczką.

A wcześniej – w 1968 roku – widziała Pani polskich żołnierzy w Czechosłowacji?

Nie. Pochodzę z przedmieść Bratysławy, były wakacje i wszystko rozegrało się w mieście, tam były czołgi i soldaci. Ja ich nie widziałam. W domu – na przedmieściach Bratysławy – nic się nie działo, chociaż sklepy spożywcze zostały zamknięte. I tak nic nie było na półkach, jak na wojnie. W radiu wciąż mówili o tym, że Wojska Układu Warszawskiego przekroczyły nasza granicę. Bardzo się baliśmy. Miałam wtedy 20 lat. Dla mnie zaczynało się życie. A tu znowu wojna.

A jak żyło się pani jako wygnańcowi?

Lekko nie było, zwłaszcza na początku. Nie znałam języka, chociaż już na studiach uczyłam się niemieckiego, ale mówiłam zbyt słabo. Do tego dialekt wiedeński to był dla mnie zupełnie nowy język. Znalazłam mieszkanie – było ono całkowicie puste. Przyjechałam dosłownie z dwoma walizkami. Mieliśmy tylko dwuosobowe łóżko, a była z nami jeszcze moja mama. Po tygodniu urodziła się moja pierwsza córka. Naprawdę opuściłam Słowację. Z dzieckiem na ręku niewiele mogłam wychodzić. Miałam kłopoty z językiem, do tego nowe otoczenie, nowe życie, puste mieszkanie, słowem żyliśmy bardzo skromnie. Dochodziła jeszcze niepewność, co będzie dalej. A co jeśli z takiego czy innego powodu stracę głos? Takie myśli, obawy stale mi towarzyszyły. Drzwi się za mną zamknęły. Znalazłam się po drugiej stronie Żelaznej Kurtyny. Nie było przede mną zbyt wielu perspektyw. Musiałam wszystko zacząć od zera. Ciężko mi było na duszy. Byłam wygnańcem, co roku musiałam meldować się w urzędzie dla emigrantów, co roku zabiegać o nowe pozwolenie na pracę, żeby śpiewać w operze.

A czy był taki moment, że wiedziała pani, iż odniosła sukces i obawy się skończyły?

Minęło sześć czy siedem lat. Zaśpiewałam dla doktora Böhma – Zerbinettę, czyli moją życiową rolę, a on mnie zaakceptował. Zaprosił mnie do nowej inscenizacji w Wiedeńskiej Operze Państwowej i to był przełom w mojej karierze.
Poczułam, że mam pewny grunt pod nogami. Chociaż zawsze może zdarzyć się coś złego. Zawsze byłam bardzo ostrożna. I starałam się myśleć pozytywnie. Ufałam swojemu głosowi, bo go lubiłam. Nie naużywałam go – nie wszystko od razu, z pewnością nie najtrudniejsze partie. Działałam powoli.

Langsam aber sicher.

Właśnie tak. To moje życiowe motto.

* Transkrypcja wywiadu Aleksandra Laskowskiego wyemitowanego na antenie Programu II Polskiego Radia 22 czerwca 2010.
** Edita Gruberová, słowacka śpiewaczka operowa, sopran koloraturowy.
*** Aleksander Laskowski, kierownik Wydziału Terytorialnego Instytutu Adama Mickiewicza, współpracuje z Programem II PR. Członek Redakcji „Kultury Liberalnej”.

„Kultura Liberalna” nr 73 (23/2010) z 1 czerwca 2010 r.

SKOMENTUJ

Nr 73

(22/2010)
1 czerwca 2010

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail