Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Pytając > Śmierć jako narzędzie...

Śmierć jako narzędzie polityki

Z filozofką Agatą Bielik-Robson, o podejrzliwości liberałów wobec polityki historycznej, rozmawia Jakub Krzeski.

Śmierć jako narzędzie polityki

„Zbiorowym bohaterem polityki historycznej prawicy zawsze jest honorowo ginący w powstaniu szlachcic-katolik. Celem tych narracji jest obrócenie polskich beznadziejnych powstań w zwycięstwa moralne, a tym samym – zwycięstwa w ogóle. Karmi się ona motywem śmierci męczeńskiej, który ma służyć celom czysto politycznym”. Z filozofką Agatą Bielik-Robson, o podejrzliwości liberałów wobec polityki historycznej, rozmawia Jakub Krzeski.

Jakub Krzeski: Polityka historyczna jawi mi się przede wszystkim jako domena sztandarów i totemów, w której brak miejsca dla jednostki z jej własną, niepowtarzalną biografią. A przecież jednostka, która nie mieści się w walce kolektywnych symboli, stoi w centrum zainteresowania liberałów. Jak zatem liberał powinien postrzegać politykę historyczną?

Agata Bielik-Robson: Polityka historyczna to szalenie cyniczna dziedzina. Już w samej swojej nazwie jasno definiuje cel, którym jest dokonywanie manipulacji na faktach historycznych w imię dowartościowania takiej czy innej grupy, którą uważa się za centralną dla danej wspólnoty. Główne zadanie myśli liberalnej wobec tego fenomenu to patrzeć na niego podejrzliwie. Liberałowie nie powinni się zabierać za tworzenie swojej własnej formuły polityki historycznej, ale od samego początku wystąpić jako siła krytyczna. Jeśli mamy być jakkolwiek wierni podstawowej idei myśli liberalnej, musimy powiedzieć sobie jasno – polityka historyczna, która skupiałaby się na jednostce, to mrzonka.

W wywiadzie dla „Kultury Liberalnej” mówiła pani o potrzebie uczynienia liberalizmu bardziej atrakcyjnym. Polityka historyczna z pewnością stawia przed liberałami takie wyzwanie. W końcu martyrologicznej propozycji prawicy, w wydaniu choćby Jarosława Marka Rymkiewicza, nie można odmówić namiętności i siły przyciągania. Przyjęcie pozycji krytycznej i brak własnej kontrpropozycji to wycofanie się z tego postulatu i oddanie pola oponentowi. 

Nie zgadzam się. Liberalizm to nie tylko chłodny krytycyzm i sceptyczna dekonstrukcja – „popsujzabawa” różnych wspólnotowych gier. Jego namiętności lokowane są po prostu gdzie indziej, dlatego błędem byłoby podjęcie próby stworzenia własnej narracji martyrologicznej. Niezależnie od tysiącletniej historii, jako nowożytny naród dopiero raczkujemy. Z kolei polityka historyczna to genealogicznie polityka właśnie tworzących się narodów. Jej celem jest obsłużenie namiętności rodzącej się wspólnoty, która potrzebuje silnej narracji samostanowienia. W sposób oczywisty wiąże się z tym nadmiar kolektywizmu. Liberał powinien raczej zwracać się do jednostek, które ten optymizm sztucznie wykrajanych historii uwiera. Tylko w taki sposób liberalizm stanie się w Polsce atrakcyjną propozycją. Inaczej przegra już w przedbiegach z patriotycznym romantyzmem i wieszczami, w których tradycję wpisuje się choćby Jarosław Rymkiewicz.

Przejdźmy w takim razie do postawionego przez panią postulatu zdystansowania się wobec polityki historycznej i wzięcia na siebie roli krytycznej. Dostrzegam tu kolejny problem. Tradycyjny aparat krytyczny zupełnie się dziś zdezawuował. Pojęcia takie jak „homofob” czy „antysemita”, które piętnują politykę opartą na wyłączaniu ze społeczeństwa jego „zbędnych”, „obcych” elementów, straciły dziś swą moc. Na polskiej prawicy te epitety zdają się nie robić wrażenia.

Wielokrotnie wspominałam już o tym, że słowa te straciły swoją wagę, zwłaszcza określenie „antysemita”. Po części winna jest temu agresywna polityka historyczna uprawiana przez „Gazetę Wyborczą” w latach 90., kiedy to walczyła zarówno o swoje przewodnie miejsce wśród mediów opiniotwórczych, jak i prawo do kształtowania sfery publicznej. Niemal wszyscy wrogowie polityczni, bez względu na to, czy choćby napomknęli o kwestii żydowskiej, lądowali w worku z etykietką „antysemita”. Wystarczyło tylko, że krytykowali to, co popierała „Gazeta Wyborcza”: politykę Leszka Balcerowicza, okrągły stół, kapitalizm czy choćby chwilowe zbliżenie Adama Michnika i Jerzego Urbana, które przecież wielu ludziom mogło się wydawać niesmaczne.

Ja również mam zastrzeżenia do metod prowadzenia walki politycznej przez „Gazetę Wyborczą”, zwłaszcza w dobie transformacji ustrojowej, mam jednak wątpliwości, czy określenie polityka historyczna jest tu odpowiednie. Prędzej doszukiwałbym się tu sporej dozy paternalizmu.

Ależ jak najbardziej, to też był rodzaj polityki historycznej. Słowo „antysemita” jest w naszym kraju silnie związane z długą historią – często zresztą przemilczaną – prześladowań Żydów przez Polaków. Stąd też ogromnie oburzenie osób, które zostały zaszufladkowane jako antysemici. Podejmowali oni z góry skazaną na porażkę walkę z etykietką, która zdążyła już do nich przylgnąć. Prawicę, czy też raczej wszelką opozycję wobec wybranej strategii „kompromisu historycznego” i obsługującej go polityki historycznej (a jakże), nazywano antysemitami po prostu zbyt często i zbyt łatwo, co wywołało inflację tego skądinąd bardzo poważnego oskarżenia. Więcej jeszcze, doprowadziło to do wykształcenia się nowej postawy, w której bycie antysemitą w oczach „Gazety Wyborczej” nie jest już powodem do wstydu, ale wręcz źródłem legitymizacji. Piętno nałożone przez establishment świadczy wszak o tym, że jest się kimś ważnym i zupełnie różnym od tego establishmentu. „Antysemityzm” stał się w rezultacie tylko kolejnym epitetem w arsenale walk politycznych. Biorąc pod uwagę, że mamy w Polsce do czynienia z jego jak najbardziej realnymi przejawami, to ogromne nieszczęście.

Rozumiem jednak, że nie ma pani na myśli całej polskiej prawicy. To byłoby silne nadużycie.

Zgadzam się. Są jednak ludzie, którzy są jak najprawdziwszymi, substancjalnymi antysemitami. Ideowo odwołują się do tradycji endecji, rehabilitując ją wraz z całym jej bagażem wrogości wobec Żydów. Przypomnę tu tylko dyskusję, jaka toczyła się, między innymi w „Newsweeku”, po osławionym wystąpieniu Rafała Ziemkiewicza na Pomorzu, kiedy ten ogłosił, że cała tradycja endecka – łącznie z ekonomicznie motywowaną niechęcią wobec Żydów – powinna zostać przejęta jako część jej pozytywnego, w pełni uzasadnionego historycznie dziedzictwa. Jego obrona getta ławkowego wywołała zresztą sprzeciw także po prawej stronie; Dawid Wildstein napisał do Ziemkiewicza gorzki list otwarty, na który RAZ odpowiedział bardzo butnie, w stylu: jestem endekiem integralnym i nic z doktryny Dmowskiego nie jest mi obce; nie będę wobec niej stosował wybiórczego krytycyzmu, żeby się przypodobać „salonowi”.

Co można wobec tego zrobić? Załamanie rąk i przyznanie się do bezbronności nie wchodzi przecież w grę.

Walka nie jest jeszcze przegrana. Ciąży na nas obowiązek odzyskania tych pojęć. Oferują nam one sprawny i uprawniony aparat krytyczny, który jest w stanie pokazać zło w społeczeństwie, choć oczywiście szowinistyczna niechęć wobec różnych mniejszości jest złem tylko z liberalnego punktu widzenia. Nie wolno więc liberałom porzucić tego języka,. Ja sama uważam, że polska formacja prawicowa jest faszystowska w źródłowym i „technicznym” sensie tego słowa. Znamionujące ją cechy sprawiają, że to nie jest tylko przygodna etykietka na bieżący użytek polityczny, ale ważna kategoria opisowa formułująca istotne ostrzeżenie.

Czy mówiąc o faszyzmie jako przygodnej etykietce, ma pani na myśli język, jakim często posługuje się polska lewica?

Ta uwaga nie odnosi się tylko do polskiej lewicy. Zawłaszczenie tego pojęcia przez lewą stronę politycznego sporu to zjawisko na skalę światową. Stoi za nim bardzo prosty pomysł określania każdego prawicowego odchyłu faszyzmem, co ma na celu natychmiastowe odebranie drugiej stronie wszelkich argumentów. Doprowadziło to do utracenia przez to pojęcie ostrości.

Co zatem pani rozumie przez pojęcie faszyzmu polskiej prawicy? To bardzo poważne oskarżenie, nie sposób więc pozostawić go bez komentarza. Wielu ludzi uważa, że to właśnie nadużywanie tego określenia prowadzi do eskalacji przemocy w dniach takich jak 11 listopada.

Jednym z najważniejszych elementów jest tanatofiliczna polityka, czyli umiłowanie przez polską prawicę śmierci. „Niech żyje śmierć!” to w końcu stare, dobre faszystowskie zawołanie z Hiszpanii. Dlatego też zbiorowym bohaterem polityki historycznej zawsze jest honorowo ginący w powstaniu szlachcic-katolik. Celem tych narracji jest obrócenie polskich beznadziejnych powstań w zwycięstwa moralne, a tym samym – zwycięstwa w ogóle. Karmi się ona motywem śmierci męczeńskiej, który ma służyć celom czysto politycznym. Tworzy przekonanie, że tylko człowiek, który jest w stanie zrezygnować ze swego mało znaczącego życia i świadomie stawić czoła śmierci, jest naprawdę człowiekiem. Natomiast ludzie pogrążeni w drobnych sprawach i zapobiegliwości życia codziennego są tak naprawdę tylko zwierzętami. To stary wątek, najlepiej widoczny u anarcho-konserwatystów, którzy z ochotą porzucali animalność mieszczańskiej egzystencji, by sprawdzić się jako ludzie na frontach pierwszej i drugiej wojny światowej.

Jaki jest cel stosowania takiej figury myślowej? Fascynacja śmiercią to słabe narzędzie realizowania politycznych celów.

Wręcz odwrotnie. Takie przesłanie ma ogromną wartość symboliczną, która skutecznie zniechęca część idealistycznej młodzieży w Polsce do podjęcia liberalnego trybu życia, w którym zamiast wojny uprawia się handel (jak to w swojej koncepcji umowy społecznej zgrabnie ujął Hobbes). Dla faszystów bogacenie się było jednym z mieszczańskich grzechów głównych. Ponadto zwieńczeniem heroicznej martyrologii narodu polskiego miało być odzyskanie długo wyczekiwanej niepodległości, jednak nie do końca się to udało. I tu pojawia się kolejny element faszyzmu polskiej prawicy – ciągłe kwestionowanie suwerenności narodu. W końcu wciąż jesteśmy pod okupacją czy to Rosji, czy to Brukseli. Pragmatyczna wartość tego przesłania służy wpędzaniu młodzieży w ramiona partii wiecznego stanu wyjątkowego, którą kieruje postać schmittowskiego suwerena – Jarosław Kaczyński.

Jakie będą konsekwencje tak prowadzonej polityki?

Polityka ta opiera się na ciągłym podgrzewaniu atmosfery konfliktu i tworzeniu stanu ciągłej mobilizacji. Naturalnym żywiołem retoryki stanu wyjątkowego jest przemoc. Do tej pory mieliśmy do czynienia głównie z przemocą symboliczną, jednak zaczynamy dostrzegać jej jak najbardziej realne wybuchy. Dzień Niepodległości dwa lata temu był właśnie takim festynem przemocy po prawej stronie. Prawicy udało się jednak zagospodarować tę datę dzięki własnej polityce historycznej. Interpretację samych zamieszek przepisano tak, by za przemoc winę ponosiła „Krytyka Polityczna” i niemieckie, lewackie bojówki, rzekomo przez nią uzbrojone w kastety i gaz pieprzowy. Oczywiście jest to wierutna bzdura, która została jednak przyjęta jako dogmat po prawej stronie i stała się kartą przetargową w debatach publicznych. Do dziś zresztą powraca jako zbijający wszystko argument. Tydzień temu w siedzibie „Krytyki Politycznej” na pokaz filmu z serii LGBT wpadło dwóch zamaskowanych chłopców, którzy wrzucili tam petardę z gazem dymnym, wywołując tym sporą panikę. Mieliśmy do czynienia z realną przemocą, lecz jeśli przywoła się to wydarzenie w dyskusjach z prawicowymi publicystami, jedyną odpowiedzią jest: sami zaczęliście, trzeba było nie uzbrajać niemieckich bojówkarzy. Wydaje się, że w obliczu takiego sposobu uprawiania polityki historycznej nawet śmierć człowieka będzie bez znaczenia.

Z pani wypowiedzi wyłania się obraz polityki historycznej, która z konieczności dąży do różnicowania i konfliktu. Są jednak w Polsce próby tworzenia polityki historycznej, której celem jest budowanie otwartej, włączającej wspólnoty. Dobrym przykładem jest tu zeszłoroczny marsz z okazji 11 listopada zorganizowany przez obóz prezydencki. Może warto więc spojrzeć na sprawę nieco bardziej optymistycznie i powiedzieć sobie, że czasem historia może łączyć, a nie tylko dzielić. 

Rozumiem podejmowanie takich prób, ale to niestety tylko „słowiańska sielanka”, która przykrywa dosyć obrzydliwą rzeczywistość, w jakiej przyszło nam żyć. Jesteśmy wspólnotą przeoraną wojną domową. Żyjemy w permanentnym konflikcie i tego rodzaju inicjatywy, podejmowane przez obóz prezydencki, niewiele są w stanie naprawić. Mogą tylko przez sekundę wzbudzić w nas jakąś iluzję, osłodzić rzeczywistość czekoladą rodem z akcji „Orzeł może”. Nie zmienia to jednak faktu, że polskie Realne jest przerażające.

* Agata Bielik-Robson, profesor filozofii. 

** Jakub Krzeski, członek redakcji „Kultury Liberalnej”.

„Kultura Liberalna” nr 252 (44/2013) z 5 listopada 2013 r.

...czy możemy zatrzymać Cię na chwilę? Skoro jesteś tu z nami, mamy do Ciebie ważną prośbę.

„Kultura Liberalna” jest tygodnikiem wydawanym społecznie, to znaczy istnieje dzięki wsparciu Darczyńców. W każdy wtorek publikujemy pełnowymiarowe wydanie magazynu, wydajemy książki, organizujemy wydarzenia publiczne.

Dajemy głos ludziom rozmaitych profesji i środowisk, którzy mają do powiedzenia coś ważnego i ciekawego - niezależnie od potrzeb reklamodawców i komercyjnych wymogów. Wierzymy w pluralistyczną demokrację i rozmawiamy także z tymi, z którymi się nie zgadzamy. Bez „KL” w naszym kraju byłoby smutniej!

Przed nami kolejne cele. Aby działać stabilnie i zachować pełną niezależność, musimy znacznie poszerzyć grono osób, które wspierają nas bezpośrednimi, comiesięcznymi wpłatami. Dlatego zwracamy się do Ciebie z prośbą, abyś dołączył lub dołączyła do grona naszych comiesięcznych Darczyńców. Zajmie to tylko minutę!

SKOMENTUJ

Nr 252

(45/2013)
5 listopada 2013

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj