0000 398 695
close
Ratuj społeczeństwo obywatelskie! Przekaż 1% na Kulturę Liberalną
close
Z centrum widać najwięcej
  

PRZEKAŻ
1%
PODATKU
close

Ratuj społeczeństwo obywatelskie!

Przekaż 1% na Kulturę Liberalną

Przekaż 1% na Kulturę Liberalną forward
close

KULTURA LIBERALNA > Pytając > Ironia w dawkach...

Ironia w dawkach homeopatycznych. Rozmowa z NEO RAUCHEM

Z NEO RAUCHEM rozmawia KAROLINA WIGURA

Ironia w dawkach homeopatycznych

O tym, kiedy obraz jest gotowy, o niemieckim pierwiastku w jego malarstwie i podziemnych prądach z Neo Rauchem rozmawia Karolina Wigura. Wystawę prac niemieckiego malarza „Begleiter: Mit realizmu” można zobaczyć w Zachęcie jeszcze do 15 maja.

Karolina Wigura: Kiedy Pan wie, że obraz jest gotowy?

Neo Rauch: Oczywiście nigdy. Niedobrze byłoby na to pozwolić. Obraz należy zostawić w takim momencie, w którym jego stan jest zadowalający. Obraz – i malarstwo w ogóle – stawia malarzowi wymagania, i to im należy sprostać. Należy mieć na tyle taktu, wyczucia, by pozostawić obraz w momencie, gdy ma on w sobie jeszcze wiele wolności. Mam na myśli taki moment, taki stan, w którym obraz może jeszcze oddychać. Gdy ma jeszcze w sobie coś oddzielnego. Innymi słowy, nie wolno pozwolić, by był perfekcyjny. Nie wolno pozwolić, by był skończony. Musi potrafić przykuć uwagę. Być może również wzbudzić współczucie.

Kiedy kilka lat temu rozmawiałam z Rüdigerem Safranskim, filozofem i autorem licznych biografii filozofów niemieckich, powiedział mi, że według niego niemiecka filozofia może istnieć tak długo, jak będzie w niej obecna ironia. Hegel, Nietzsche, a współcześnie Peter Sloterdijk – to dla niego przykłady wielkich filozofów, którzy ten pierwiastek w swoich dziełach potrafili zawrzeć. Kiedy oglądam pańskie obrazy, mam zawsze ochotę się uśmiechnąć. Są one dla mnie przepełnione ironią. Czy ironia jest w pańskich obrazach czymś niemieckim, czy też wprowadza ją Pan jako coś ważnego dla Pana osobiście?

Byłoby pięknie, gdyby ironia była w sztuce typową esencją niemiecką. Niestety, mamy jej znacznie za mało. Francuskie, czy też angielskie spojrzenie na świat w stylu „zarówno – jak i” tzn. jest tak, ale jest również troszkę inaczej, przyjmijmy rzeczywistość taką, jaką ona jest, spróbujmy wyciągnąć z niej to, co najlepsze – ono ironię umożliwia. Albo samo jest już w sobie ironią. To z tym my Niemcy mamy największy problem. Niemcy preferują inne postawienie rzeczy: „albo – albo”. A to wyklucza ironię. Jest ona obcą zabawą w niemieckim świecie i sposobie myślenia. Tym bardziej warto ją stosować, choćby w dawkach iście homeopatycznych… Dlatego jest ona w moich pracach składnikiem nieodzownym. Co nie oznacza, że chciałbym popadać w cynizm. Mam nadzieję, że tego ostatniego udaje mi się unikać.

W pańskich obrazach zastanawia mnie bardzo niewielka – jeśli jakakolwiek – ilość przemocy. W porównaniu z Otto Dixem, czy nawet Gerhardem Richterem, są one bardzo łagodne. Nie mówi Pan głośno o tym, co w niemieckiej debacie i także niemieckim malarstwie istotne – ukrytej agresji, Holocauście. Dlatego, oglądając pańskie obrazy, zawsze mam wrażenie, że patrzę na alternatywną wizję historii Niemiec.

Od Otto Dixa dzielą mnie jednak aż dwa pokolenia i mamy zupełnie odmienne doświadczenia. Dix był żołnierzem na frontach pierwszej wojny światowej. Przeżył rzeczy niewyobrażalne. I o tym opowiadał. Był też człowiekiem rozrywanym namiętnościami. Mówił o sobie, że gdyby nie potrafił namalować morderstwa z lubieżności, musiałby je popełnić. Malarstwo było więc dla niego rodzajem lekarstwa, odciągającego od popędów. U mnie to wszystko jest o wiele silniej przefiltrowane i schowane. Kiedy maluję, mam co prawda przed oczami prace moich poprzedników: nie tylko Dixa, ale o Maxa Beckmanna, czy Baselitza. Zadaję sobie jednak zupełnie inne pytania, niż oni. Jak to, co było ich doświadczeniem, zostało zachowane i prześwieca w pięciu dekadach mojego własnego życia? A zatem muszę się odcinać, kamuflować i przetwarzać, cały czas pytam, jak wiele mogę pokazać. Nie tylko dlatego, że niektóre rzeczy oni już po prostu zrobili i nie warto po nich powtarzać. Ja jestem po prostu zupełnie inny. Jestem innym człowiekiem.

Czy czytał Pan „Łaskawe” Jonathana Littella?

Nie. Wiem o czym są, ale świadomie nie chciałem ich brać do ręki. Dlaczego Pani pyta?

Jest tam pewien fragment, gdy bohater – nazistowski zbrodniarz – porównuje swoją przeszłość do kota kochanki. Kiedy próbuje go głaskać – kot go drapie. Ale czasem, gdy budzi się w nocy, kot śpi na jego piersiach, powodując nieznośne uczucie ciężaru. O tych zdaniach pomyślałam, kiedy zobaczyłam pański obraz „Puls”. O przemocy nie mówi Pan głośno, jest za to u Pana ów ciężar. Ale ogromny sześcionogi kret, siedzący na piersi malarza w „Pulsie” przypomina mi o jeszcze jednym tekście. Nie wiem, czy zna Pan wiersz Czesława Miłosza „Biedny chrześcijanin patrzy na getto”. To, oprócz „Fugi śmierci” Paula Celana, zapewne najlepszy wiersz o Zagładzie Żydów, jaki kiedykolwiek napisano. U Miłosza kret ogląda umarłych, sprawdzając po „tęczowym oparze ich ciał”, jakich czynów dokonali za życia…

Nie znam tego wiersza. Ta wizja jest mi bliska i szalona zarazem. Naprawdę szalona i przejmuje mnie teraz ponownie. Przypomina, że istnieją podziemne prądy, które wszystkich nas ze sobą łączą. Jeśli ktoś sobie tak życzy, może je nazwać „esencją”, „fluidem”, „wiedzą świata”. Artysta, jeśli ma wystarczająco wiele wrażliwości, może owe prądy uchwycić, może wyciągnąć je na światło dzienne. Tak funkcjonuje sztuka. Łącząc nas z prądami, które nas wszystkich łączą. Nie poruszając się wyłącznie po powierzchni. Nie chodzi tylko o chwilową zdolność uchwycenia, relację, niby depeszę w telewizyjnych wiadomościach. Sztuka musi pochodzić z wewnątrz. Inaczej nie byłaby sztuką. Oto jest ta minimalna dawka fundamentalizmu, na którą sobie pozwalam. Bardzo malutka.

Powiedział Pan wcześniej, że rozmyślnie nie przeczytał Littella. Co w takim razie Pan czyta?

Bardzo wiele. Ale jest kilka wyjątkowych pozycji, które towarzyszą mi przez lata. Mają one szczególnie wiele wspólnego z tym, o czym mówiliśmy wcześniej – „zarówno – jak i”. Od blisko 20 lat czytam Juliena Greena. Pochodził z Ameryki, ale mieszkał całe życie we Francji. Dożył niemal 100 lat. Drugim z moich ukochanych pisarzy jest Ernst Jünger. Ten dożył 102 lat… Nadzwyczajny wiek dał im szczególną perspektywę. Ostatnio czytałem dzienniki Jüngera z czasów pierwszej wojny światowej. Z okopów. Miał wówczas 19, może 20 lat. Jeszcze dziecko, jak mój syn dzisiaj. To nie literatura, same notatki. Są jak raport z obcej planety. Pisany ogniem, żelazem i krwią. Nie rozumiem, jak takie dziecko może przez to wszystko przejść. Ale gdy czytam, zaczynam rozumieć, jakie rany na duszach tych mężczyzn musiała pozostawić wojna. Rany, które potem tak szpetnie objawiły się w późniejszej historii. Teraz Pani rozumie lepiej, dlaczego nie chciałem czytać Littella. Z zupełnie innych książek – czytam również od czasu do czasu którąś powieść Stephena Kinga. Świetnie naszkicowane historie i bohaterowie, których nie da się pomylić z żadnymi innymi: bardzo inspirujące. A ze współczesnych autorów niemieckich – z pewnością Uwe Tellkamp i jego „Wieża”. Książka jest trudna, szczególnie jej pierwsze, mroczne, bardzo poetyckie strony, „Uwertura”, ale to też strony najlepsze. Wiele u Tellkampa świadomych nawiązań do mojego malarstwa. I ja sam chętnie się nim inspiruję.

Rozmawialiśmy wcześniej o relacji pańskiej twórczości do poprzedników. Na koniec chciałabym zapytać, którzy współcześni niemieccy malarze są dla Pana ważni.

W malarstwie najważniejsze jest dla mnie, by nie było ono traktowane wyłącznie jako środek do celu. Interesuje mnie tylko taka twórczość, która przychodzi na świat niby zjawisko ze sfery natury. Coś, co ma w sobie niemal cechy biologicznego istnienia. Jest tu sporo nazwisk do wymienienia. Koncepcyjnie dopracowane do ostatniego szczegółu obrazy Gerharda Richtera, który raz po raz zmienia środki wyrazu i kamuflaż dla przekazywanych przez niego opowieści. Znajdująca się na antypodach mojej twórczość Daniela Richtera, przepełniona inteligentną analizą, ale w której malarstwo zawsze ma swoje ostatnie słowo. Moja nieoceniona koleżanka po fachu i żona Rosa Loy. Jej malarski świat istnieje w korespondencji z moim, jednak przejawia się w silnie kobiecych wariantach figuratywności i atmosferze bliskiej niemal rytualnemu spotkaniu. Ważne i inspirujące są dla mnie te obrazy, w których towarzystwie dobrze się czuję. Niekoniecznie takie, jak moje. Kiedy na nie patrzę, mówię sobie: jestem gdzieś pomiędzy. To wszystko jest możliwe. To jest „zarówno – jak i”. Taką przynajmniej mam nadzieję.

* Neo Rauch, malarz niemiecki, przedstawiciel tak zwanej Nowej Szkoły Lipskiej. W Zachęcie jeszcze do 15 maja trwa wystawa jego prac „Neo Rauch: Begleiter. Mit realizmu”.

** Karolina Wigura, doktor socjologii, dziennikarz. Członkini redakcji „Kultury Liberalnej”, adiunkt w Instytucie Socjologii UW.

„Kultura Liberalna” nr 122 (19/2011) z 10 maja 2011 r.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 122

(19/2011)
10 maja 2011

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:


TEMATY TYGODNIA

drukuj